Nie śni mi się po nocach człowiek z wąsami”



Czy ambasadorzy mówią po białorusku, jak wygląda korespondencja z władzami Białorusi, skąd dyplomaci biorą informacje oraz czy z Łukaszenką można romansować? Odpowiedzi na te pytania udzielił były ambasador RP na Białorusi.

Leszek Szerepka wydał niedawno książkę pod tytułem „Oblicza Białorusi. Zapiski ambasadora”, w której zdradził, jak wygląda dyplomacja z Białorusią od kuchni. W czwartek w czasie spotkania autorskiego dopowiedział także to, czego w książce nie było.

Zobacz także>> Leszek Szerepka: Moskwa chce, by na Białorusi panowała stabilność. VIDEO

Jak wspominam Białoruś? To był mój dom.

„Jakie mam wrażenia związane z Białorusią? Spędziłem tam cztery i pół roku i to tak, jakby zapytać: “Jakie mam wspomnienia z Warszawy?” Kojarzy mi się i źle i dobrze. Na pewno kojarzy mi się też bardzo dobrze, bo podczas mojego pobytu na Białorusi urodził się mój jedyny syn.

Na pewno te złe wspomnienia związane są z aresztowaniami, łamaniem praw człowieka. 

Gdy tam jechałem, to oczywiście wiedziałem gdzie jadę. Znałem ludzi, znałem historię Białorusi na tyle, na ile to było możliwe w moim wypadku. Natomiast to było około dwóch miesięcy po wydarzeniach grudnia 2010 roku. Czyli to było na świeżo. Jeszcze teraz pamiętam, jak siedzieliśmy z żoną przy komputerze i jak czytaliśmy: ilu było „kozaków”, ilu zatrzymanych, ilu zabitych. Oglądaliśmy relacje. Także jechałem tam z pewną obawą” – mówi Leszek Szarepka. 

Dodaje przy tym, że praca na misji dyplomatycznej rzeczywiście jest misją.

„Jednak to, że tak szybko tam jechałem świadczyło o tym, że polskiej stronie zależało na tym, by podtrzymać kontakty z Białorusią. Oczywiście mogła być taka decyzja, że nie jedziemy, poczekamy pół roku, rok. To w stosunkach z Białorusią nie jest takie rzadkie. Państwo pamiętacie przecież konflikt dotyczący Związku Polaków na Białorusi, przecież wtedy nie było tam rok ambasadora naszego kraju. Teraz pojechałem tam szybko, ale to świadczy o tym, że chcieliśmy podtrzymywać kontakt, że Białoruś jest ważna.”

Pojedynek wywiadów: bezpieka vs. dyplomacja

Z mojego punktu widzenia, to było troszeczkę tak, jakbym jechał na linię frontu. I rzeczywiście, przez pierwszy okres, prawie dwóch lat, tak się mogłem czuć, ponieważ Białoruś jest krajem w dużym stopniu zinfiltrowanym przez różnego rodzaju służby.

Te służby muszą jakoś uzasadnić swoje istnienie. Muszą uzasadnić swój budżet, więc kreują sobie wrogów. Jak nie mają, to ich kreują, a ja byłem takim wrogiem namacalnym, obecnym.

I to się dało odczuć: w dwa miesiące po moim przyjeździe w jednej z głównych gazet, Sowieckiej Białorusi, pojawił się artykuł na kilka szpalt, że Polska wraz z Niemcami przygotowuje zamach stanu na Białorusi. Jak to już nie było potrzebne z propagandowego punktu widzenia, to zapomniano o sprawie, ale jednak podejrzenie o przygotowywanie zamachu stanu to poważna sprawa.

Białoruska telewizja pokazywała PRL lat 80-tych

„O nieprzestrzeganiu praw człowieka ciągle przypominała mi białoruska telewizja. Białoruska telewizja to taki PRL lat 80-tych w Polsce, a ten okres nie bardzo mi się podobał” – powiedział były ambasador.

Mimo to, dyplomaci zdobywali wiedzę o świecie, który ich otaczał, nie tylko z dyplomatycznej korespondencji, ale i z białoruskich mediów. A te są różne.

„Jako analityk, z zasady nie ufam mediom. Staram się zawsze sprawdzać w wielu źródłach (…), ale mówiąc szczerze, to tam wyboru nie było. Mogliśmy oglądać tylko oficjalną telewizję i to robiliśmy. Natomiast braliśmy wszystko, co było dostępne, z Internetu czy gazet. Staraliśmy się czerpać z wszystkich możliwych źródeł informacji i na pewno nie lekceważyliśmy wagi informacji, jakie były w mediach niezależnych.

Świat widziany przez niezależne media i te państwowe różni się diametralnie. Nie tylko, jeśli chodzi o interpretację, ale i tematykę. Na przykład, w mediach oficjalnych często nawet nie było wzmianki o tym, co było ważne dla opcji niezależnych. Media oficjalne wychodziły z założenia, że jak coś nie jest wspomniane, to nie istnieje. A nawet jak coś było wspomniane, to w kontekście taki, by to ośmieszyć, zdyskredytować.”

Szkodliwy romans z Łukaszenką

„Chcieliśmy rozmawiać ze wszystkimi stronami, ale do tanga trzeba dwojga. Z władzami chcieliśmy rozmawiać na konkretne tematy, na przykład przestrzegania praw człowieka. Natomiast strona białoruska nie chciała rozmawiać. Mówili, że mogą rozmawiać o handlu, ale dyskutowanie o prawach człowieka to mieszanie się w ich własne sprawy. Stanowiło to pewien problem. Jeżeli strona przyjmująca traktowała wszystkie nasze kontakty z przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego jako wrogi akt i wyciągała z tego konsekwencje, na przykład przez trzy miesiące nie odpowiadała na noty dyplomatyczne, to rzeczywiście jest bardzo trudno na takich fundamentach budować.

Ja zawsze byłem za budowanie polityki zagranicznej na interesach. Jeżeli z obu stron są spójne interesy, to stosunki się rozwijają. Jeżeli interesy są rozbieżne, to cokolwiek by dyplomata robił, jest to walenie grochem o ścianę.

Książkę rozpoczynam esejem z okresu poprzedniego ocieplenia w latach 2008-2010. Nazywa się on “Romans z Łukaszenką”. W dyplomacji trzeba pracować z zimną głową, a człowiek, który romansuje, troszeczkę traci kontakt z rzeczywistością, idealizuje obiekt swojej adoracji. Jestem przeciwny temu, żeby romansować z Białorusią, z Łukaszenką. Jestem za tym, by współpracować zdając sobie sprawę z tego, jaka jest istota tego reżimu.

Leszek Szerepka podpisuje książkę pracownikowi ambasady Rosji w czasie spotkania autorskiego w Warszawie.

Czy białoruski jest językiem dyplomacji?

„Dyplomaci, szczerze mówiąc, rzadko sięgają po język białoruski. Dla nas otrzeźwiający był przykład pierwszego ambasadora, pani Smółkowej, która idealnie mówiła po białorusku, jest specjalistką od tego języka. Miała ona problemy, by porozumieć się w nim ze swoimi partnerami. To nie zachęcało dyplomatów, by tego języka używać i by go ćwiczyć. Wyjątkiem jest tu Stefan Eriksson [szwedzki dyplomata i tłumacz – przyp. red.], który nauczył się języka białoruskiego i który lepiej znał niż rosyjski, co mu na pewno przysparzało sympatii. Wśród dyplomatów język białoruski nie jest jednak popularny, nie ma presji, by się go uczyć. Gdyby była tak presja, to nie ma problemu. W Polsce są studia białorutenistyczne i można ich tam wysyłać. Jednak nie jest to priorytet.

Ze swojej strony staramy się prowadzić korespondencję po białorusku. Zazwyczaj wysyłamy noty po białorusku. Chyba, że są to noty do ministerstw gospodarczych. I wtedy, mając na uwadze nasze interesy, nie wysyłamy noty po białorusku, wiedząc, że minister jej nie przeczyta, bo z założenia nie czyta po białorusku. Wtedy wysyłamy po rosyjsku.

W kontaktach z MSZ staramy się przestrzegać świętej reguły korespondencji w języku białoruskim. I ja, gdy występowałem gdzieś publicznie jako ambasador, czytałem swoje przemówienia po białorusku. Mimo, że miałem braki. Ale było to świadome.

W czasie spotkania autorskiego były ambasador tłumaczył także zawiłości związane z kwestią popularności języka białoruskiego wśród Białorusinów, problemami Polaków na Białorusi i obronnością regionu.

Leszek Szerepka urodził się w 1964 roku. Z wykształcenia jest historykiem i sowietologiem. Polityką wschodnią zajmuje się od 1992 roku: był pracownikiem naukowym Ośrodka Studiów Wschodnich, sekretarzem ambasady w Moskwie, zastępcą ambasadora w Kojowie. W latach 2011-2015 pełnił funkcję ambasadora RP na Białorusi.

Czytaj także>> Szerepka: Polska powinna ściągnąć do siebie Polaków z Białorusi

PJr, belsat.eu

Zobacz też
Komentarze