Alaksandr Kłaskouski Gorzki smak kremlowskiej wódki. Łukaszenka i Putin nie mieli czego świętować


Anschsluss, przeciwko któremu protestowała i będzie protestować białoruska opozycja, się nie odbył. Wczoraj dwaj wodzowie rozstali się po ponad pięciu godzinach niezbyt produktywnych rozmów. Dziś z kwaśnymi minami gratulowali sobie nawzajem z okazji 20-lecia Państwa Związkowego.

Umowa jak listek figowy

Jeszcze pół roku temu wydawało się, że z tej okazji zostanie oficjalnie podpisany pakiet dokumentów o „pogłębionej integracji”, ale jak widać, coś nie wyszło… Nie oznacza to oczywiście, że Alaksandr Łukaszenka jakoś szczególnie oddalił tę perspektywę. Sidła trzymają mocno, a Moskwa się nie odczepi. Większość „map drogowych”, regulujących pełniejszą realizację umowy związkowej z 1999 roku, została podpisana. Pozostałe mają być dopracowane przez rządy.

Białoruscy „naczelnicy” twierdzą: nie dzieje się nic strasznego, to tylko gospodarka i żadnej ponadnarodowej nadbudowy. Ale problem polega na tym, że w relacjach z byłym imperium (które, jak się okazuje, wcale nie jest byłe), nie bywa czystej gospodarki. To zawsze również polityka. Przecież samą umowę z 1999 roku traktowano wyłącznie jako listek figowy dla eleganckiej inkorporacji „młodszej siostry”, która wskutek jakiegoś kaprysu historii uzyskała niepodległość.

„Muchy osobno, kotlety osobno”, czy 90. gubernia? O co chodzi w integracji Białorusi z Rosją

Koniec darmochy

Przez długi czas Mińskowi udawało się sabotować niewygodne punkty tego porozumienia (organy ponadnarodowe, wspólna waluta itd.) Ale w grudniu ub.r. Moskwa ustami premiera Dmitrija Miedwiediewa wyraźnie dała do zrozumienia: „darmocha się skończyła”.

Teraz partner został pozostawiony o chlebie i wodzie. Nie ma rekompensat za manewr podatkowy z rosyjską ropą, nie ma możliwości jej podwójnego clenia. Dawało to setki milionów dolarów do białoruskiego budżetu. Bez tego białoruska gospodarka, kompletnie uzależniona od Rosji, przędzie bardzo cienko. Nie ma nawet nawet kontraktu na dostawy gazu w przyszłym roku i nie jest wcale pewne, że cena będzie satysfakcjonująca.

W ten sposób wszystkie atuty są w ręku Władimira Putina. Białoruski przywódca musi, chcąc nie chcąc, kontynuować ryzykowną grę. Jest zakładnikiem sytuacji.

Rosyjska ruletka Łukaszenki, czyli integracyjna gra o przetrwanie

Dziś nie. A jutro?

Kilka dni temu, zwracając się do parlamentarzystów, Alaksandr Łukaszenka pogardliwie wyraził się o opozycji:

Widzicie no, oni bardziej występują o „niepodległość” niż wy, albo ja. Że niby podpiszemy tam jakieś takie dokumenty, które nie odpowiadają interesom Białorusi. Nikt nigdy nie podpisze dokumentów, które nam zaszkodzą. Dziś w ogóle nie ma mowy w rozmowach z Rosją o polityce, dyplomacji itd.

Zwraca tu uwagę słowo „dziś”. A jutro? Moskiewskie źródła w rodzaju gazety Kommiersant, czy radia Echo Moskwy nawet nie ukrywają, że Kreml rozmyśla właśnie o integracji politycznej.

I nie chodzi nawet o „problem 2024” dla Putina, który może znaleźć prostsze rozwiązanie na pozostanie u władzy po zakończeniu ostatniej kadencji, niż powoływanie w tym celu nowego państwa.

Dla Moskwy pryncypialnie ważne jest blokowanie możliwości odejścia Białorusi na Zachód. To Łukaszenka nigdzie się nie podzieje, ale kto wie, w którą stronę zacznie spoglądać drugi lub trzeci prezydent „błękitnookiej Republiki”.

Gorzki smak kremlowskiej wódki

A pozycja negocjacyjna Rosji jest znacznie mocniejsza. Jest właścicielką zasobów naturalnych potrzebnych Mińskowi. Dla Łukaszenki zaś sytuacja będzie stawać się coraz mniej komfortowa. Do tego wkrótce wybory i ugłaskiwać elektoratu za bardzo nie ma czym.

I niezależnie od tego, jak wódz będzie pokrzykiwał na „piątą kolumnę”, to właśnie świadoma narodowo część społeczeństwa wychodziła na protesty jeszcze w połowie lat 90. Kiedy młodemu białoruskiemu prezydentowi chodziły po głowie myśli o zajęciu kremlowskiego tronu po Borysie Jelcynie. Dlatego z taką łatwością stawiał podpisy na dokumenty i tłukł przed kamerami na szczęście kieliszek po spełnieniu toastu z rosyjskim prezydentem. Teraz te dokumenty stały się pułapką.

Rosyjsko-białoruska integracja. Bardzo swoisty kompromis?

Ale z ręką na sercu trzeba przyznać, że każdemu białoruskiemu przywódcy przyszłoby się nielekko (i przyjdzie się nielekko) zmagać z rosyjskim niedźwiedziem. Gwałtowne ruchy mogą sprowokować agresywny odruch. Przed oczami jest przykład Ukrainy.

Ostrożna finlandyzacja?

Szereg politologów uważa, że przy tak specyficznym sąsiedztwie optymalnym rozwiązaniem dla Białorusi byłaby taka ostrożna finlandyzacja. Tak, Finlandia po II wojnie światowej umiała nie drażniąc sowieckiego imperium, dynamicznie się rozwijać i z powodzeniem integrować się ze strukturami europejskimi.

Jednak, żeby powtórzyć to doświadczenie, Białoruś potrzebuje innego systemu politycznego i ekonomicznego. Ten, który zbudował Łukaszenka, jest skazany na związanie się z Moskwą.

Na tym polega dramatyzm białoruskiej sytuacji. Przywódca bije się w piersi, że nie odda suwerenności, ale specyfika reżimu jest taka, że de facto hamuje on umocnienie niepodległości.

Łukaszenka o integracji z Rosją: Na cholerę komuś taki związek?

Odmawiając prowadzenia reform, rozwoju świadomości narodowej i społeczeństwa obywatelskiego. W tych procesach niezmienny białoruski prezydent (wcale nierwący się na emeryturę) widzi właśnie zagrożenie dla zbudowanego przez siebie systemu władzy osobistej.

Z przyklejonymi uśmiechami

W dążeniu do zatrzymania, a wręcz cofnięciu czasu i zakonserwowania politycznego archaizmu, dwaj wodzowie – Łukaszenka i Putin – wyglądają jak bratnie dusze.

Ale kremlowski władca chce przy tym zapewnić zwycięski marsz imperium. Zaś jego „zaklęty sojusznik” (chociaż też wielokrotnie żałował rozpadu ZSRR) dawno zasmakował we władzy w osobnym kraju i nie zamieni tego na żadne synekury.

Dlatego przeciąganie integracyjnej liny będzie trwać dalej. Z tymi samymi przyklejonymi uśmiechami.

Alaksandr Kłaskouski, komentator polityczny dla belsat.eu

Inne teksty autora:

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Zobacz też
Komentarze