Rosyjska ruletka Łukaszenki, czyli integracyjna gra o przetrwanie


Alaksandr Łukaszenka i Władimir Putin w Soczi. Zdj. kremlin.ru

Wсzoraj w Soczi Putin po raz kolejny próbował złamać Łukaszenkę. Czemu Rosji tak bardzo zależy na integracji z Białorusią, która od 20 lat stawia dość skuteczny opór przed całkowitym wchłonięciem?

W niedzielę 8 grudnia mija dokładnie dwadzieścia lat od rozpoczęcia procesu integracji Białorusi i Rosji i budowania państwa związkowego. W tym czasie Unia Europejska zdążyła rozszerzyć się na Europę Środkową, Wschodnią, Bałkany i Południe. W sumie o 13 państw. W błyskawicznym tempie integrując zachodnie struktury z gospodarkami i społeczeństwami po dekadach komunizmu wychodzącymi z innego świata. Rosja w tym czasie nie potrafiła dogadać się z Białorusią. Republiką z którą była zintegrowana w każdej dziedzinie przez kilka dekad ZSRR.

Wczoraj w Soczi Alaksandr Łukaszenka znów rozmawiał z Władimirem Putinem o integracji. I kolejny odcinek tego tasiemca także nie był przełomowy. Białoruski prezydent jeszcze przed wyjazdem do Rosji podgrzał atmosferę opowiadając, że wokół Putina działa antybiałoruskie lobby, a w Mińsku trwały protesty przeciw tzw. integracji. Również premierzy Dmitrij Miedwiediew i Siarhiej Rumas, którzy spotkali się dzień przed rozmowami prezydentów, nie byli w stanie uzgodnić żadnego znaczącego postępu w procesie integracji.

Putin i Łukaszenka rozmawiali dziś 5,5 godziny. Spotkają się znów – za dwa tygodnie

Mimo to Kreml nadal walczy o Białoruś. A Łukaszenka targuje się zapamiętale, tak jakby samo negocjowanie było głównym sensem trwającej ćwierć wieku prezydentury. Jego cel jest oczywisty: chce zachować władzę. Nie ma innej strategii negocjacyjnej poza tym. Dla Putina sprawa jest bardziej złożona. Targi trwają długo i są emocjonalne, bo Rosji zależy na cenie. Chce dostać Białoruś po prostu jak najtaniej.

Puls integracji

Gdyby negocjacje w sprawie białorusko-rosyjskiej integracji przenieść na wykres z oznaczeniem sukcesów, postępów i kryzysów, to wyglądałby jak diagram EKG pacjenta przechodzącego średnio raz na rok zawał, a znajdującego się permanentnie w stanie przedzawałowym. Łukaszenka lubi wywierać presję na Moskwę za pomocą oświadczeń wygłaszanych przed, lub po ważnych spotkaniach integracyjnych. Nie inaczej było tym razem.

– Na prezydenta Władimira Putina wywierany jest okrutny nacisk. Przy tym z bliskiego, antybiałoruskiego otoczenia – oznajmił Łukaszenka przed wylotem do Rosji, występując w nowo wybranym białoruskim parlamencie.

Co miał na myśli? Czy tych na Kremlu, jak minister finansów Anton Siluanow, którzy naciskają na Białoruś za pomocą „manewru podatkowego” nie dając dofinansowania do eksportu rosyjskiej ropy? A może chodzi o ministra rozwoju gospodarczego Maksima Oreszkina, który ostro krytykuje Mińsk np. za handel produktami wpisanymi w Rosji na listę sankcji? W rzeczywistości irytacja Łukaszenki nie jest ukierunkowana na konkretne postaci z kremlowskiego dworu. Lecz na rosyjską konsekwencję. Białoruski prezydent długo uznawał integrację za klucz do rosyjskiego wsparcia dla swojej władzy.

Łukaszenka: „Nie zamierzamy wchodzić w skład innego państwa!”

W parlamencie tłumaczył, jakich krzywd doznała Białoruś ze strony Rosji tuż po rozpadzie ZSRR. Kiedy Moskwa zostawiła bratnią republikę z bezwartościowymi rublami i przez Rosję rozwijał się na Białorusi bandytyzm. To pokazuje jak głęboko rozmijają się oczekiwania Łukaszenki z planami Putina. Białoruski prezydent nie diagnozuje przyczyn, ani nie myśli długofalowo.

Łukaszenka w Moskwie: Prosimy tylko o równe warunki

Patrzy na relacje z Rosją bardzo merkantylnie, wyłącznie przez pryzmat tego, co może z Rosji dostać. Tania, dotowana ropa, gaz na preferencyjnych warunkach, zakupy białoruskich towarów i cały szereg ulg zapewniały białoruskiej władzy względną stabilizację. Ale to się skończyło. Po rewolucji na Ukrainie w 2014 r. Moskwa skorygowała swoją politykę wobec Mińska. Przyspieszyła na integrację. Nie bez powodu.

Mini ZSRR

Putin poniósł na Ukrainie porażkę. Owszem, wziął Krym i wprowadził chaos rozpoczynając wojnę w Donbasie. Ale nie osiągnął celu strategicznego. Nie udało mu się jej podporządkować. Przeciwnie, brutalną wojną zraził do siebie dużą część ukraińskiego społeczeństwa. Wywołane w 2014 r. procesy spowodowały, że Ukraina „odpłynęła” Rosji. Moskwa postawiła wprawdzie na inne rozwiązania i próbuje używać nad Dnieprem instrumentów politycznych oraz odzyskać wpływy rozgrywając kwestię Donbasu na poziomie międzynarodowym. Te działania nie rokują jednak szybkich sukcesów.

Amerykański think-tank radzi Polsce dogadać się z Łukaszenką

Przyspieszenie w integracji z Białorusią jest więc dla Rosji rekompensatą za Ukrainę. Ale i próbą wyprzedzenia rozwoju wydarzeń. Tak, aby na Białorusi nie spełnił się scenariusz ukraiński z czasów Wiktora Janukowycza. Czyli wierzgający lider, tak zagalopowujący się w targach z Rosją, że aż w jego ręku znajdzie się długopis, a przed nim umowa z UE.

Rosja oczywiście, tak jak na Ukrainie, ma narzędzia, by siłowo przeciwdziałać tej czarnej dla niej wizji. W Moskwie doskonale jednak wiedzą czym to się skończyło na Ukrainie: wojną. Kreml nie chce powtórki na Białorusi. Dlatego chce zbudować choćby mini-ZSRR z Białorusią, a w przyszłości może również Kazachstanem.

Rosyjska ruletka

Integracja ma dla Rosji istotne znaczenie strategiczne. Dałaby możliwość przesunięcia jednostek wojskowych bezpośrednio pod granicę z Polską i Litwą. Poprawiając sytuację obwodu kaliningradzkiego i wpływając na równowagę sił w Europie. Z gospodarczego punktu widzenie integracja nie będzie jednak dla Kremla opłacalna. Przykład to zajęty Krym, gdzie z wielkim trudem Rosja integruje region zamieszkały przez dwa miliony mieszkańców.

Putin ma już Białoruś? Ukraina następna?

Białoruś jest pięciokrotnie większa. Ma wprawdzie dużo lepiej rozwiniętą infrastrukturę i gospodarkę, ale finalnie utworzenie „mini-ZSRR” oznaczałoby dla Moskwy konieczność powrotu do dotowania Białorusi. Nawet biorąc pod uwagę, że zyski (np. z reeksportu surowców przetwarzania ropy naftowej) byłyby w jakiejś formie dzielone między Mińsk i Moskwę, to i tak pełna integracja byłaby dla Rosji kosztowna. Być może nawet nie do udźwignięcia.

Oprócz rachunku ekonomicznego, pozostaje ten ważniejszy z perspektywy zarówno Łukaszenki, jak i Putina: polityczny. Targi o gospodarkę przesłaniają prawdziwe motywacje, dla których są prowadzone. Utworzenie nowego bytu politycznego, z nową konstytucją dałoby Putinowi możliwość rozwiązania problemu roku 2024. Wtedy kończy się obecna, druga i zgodnie z rosyjską konstytucją ostatnia kadencja Putina. I nie chodzi tylko o konstytucję, bo choć kremlowska władza jest przywiązana do pozorów trzymania się litery prawa, to przecież zmiana ustawy zasadniczej nie byłaby problemem.

Dwadzieścia lat temu Władimir Putin został premierem. Władzy już nie oddał

Przy topniejącym poparciu dla rosyjskiego prezydenta i braku perspektyw wyraźnej poprawy sytuacji gospodarczej ważniejsze jest jednak coś innego. Utworzenie państwa związkowego i pokazanie w propagandzie, że Moskwa znowu zbiera „ziemie ruskie”, lub odbudowuje ZSRR, albo tworzy konkurencję dla NATO i UE (jakkolwiek to w kremlowskiej narracji się nazwie), dałoby Putinowi efekt Krymu. Tylko w wersji turbo. Przecież to po zajęciu Krymu w 2014 r. euforia i poparcie dla Putina osiągnęło rekordowe poziomy.

Jaka by była, gdyby Putin ogłosił, że odbudował ZSRR, którego rozpad nazwał największą tragedią XXI wieku? Pozostaje tylko jeden problem: Alaksandr Łukaszenka. Nie godzi się na rolę drugorzędnego sekretarza republiki, przy liderze Putinie. Gra w rosyjską ruletkę, zapominając o jej zasadach. Zapamiętale targuje się o cenę metra sześciennego gazu, jakby nie rozumiał, że w tzw. integracji dawno już nie chodzi o to, czy Rosja sprzeda taniej gaz i ropę Białorusi.

Łukaszenka o integracji z Rosją: Na cholerę komuś taki związek?

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze