Wenezuela: Pokojowy protest w kraju przepełnionym biedą i przemocą REPORTAŻ WIDEO


Siarhiej Marczyk, współautor reportażu „Kraj nad przepaścią. Wenezuela” opowiada o pracy w jednym z najniebezpieczniejszych miast na świecie. I to tym, jak jego ekipa była śledzona przez rosyjskiego tajniaka.

– Czym protesty w Wenezueli różnią się od tych, które obserwujemy w naszej części Europy – np. Majdanu, który też dokumentowałeś?

– To dwie różne sprawy. Wenezuelczycy nie budują np. miasteczek namiotowych. Wolą wychodzić częściej na ulicę, ale nie jest to protest permanentny. Bywają zamieszki, starcia z policją, ale to nie Majdan.

– Brutalność policji nie jest powszechna?

– Policja dzieli się na różne jednostki zajmujące się innymi rzeczami. Na takim zwykłym proteście, gdzie wychodzi 100-150 tys. ludzi, nie są oni od razu atakowani prewencyjnie.

Istnieją natomiast oddziały specjalne policji FAES, które zajmują się atakowaniem aktywistów w domu lub w dzielnicach. Przychodzą do domu, mogą zabrać takiego człowieka do więzienia, czy nawet zabić.

Jednak policja raczej stara się nie ruszać ogromnych demonstracji, gdzie przychodzą też kobiety i dzieci. Starcia z policją odbywają się w konkretnym miejscu i z konkretnej okazji. Pamiętajmy, że Caracas jest jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. W ludzkich rękach znajduje się gigantyczna ilość broni.

Reporter Biełsatu, który dotarł Multiplą do irackiego Kurdystanu: „Nie wierzyliśmy, że dojedziemy”

– Jednak podczas protestów giną ludzie. Skąd te ofiary?

– Zabija głownie FAES – pierwsze ofiary to były dzieciaki z faweli – czyli slumsów. I w nie były wymierzone ataki. Nie są to więc przypadkowe ofiary, ale ci najbardziej radykalni, o których policja dowiaduje się dzięki informatorom w dzielnicach.

– Caracas jest podobno jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Jak wam się udało przeżyć bez problemów odwiedziny w stolicy Wenezueli?

– To rzecz dość subiektywna. Na początku wszyscy nam mówili, żebyśmy komórkę chowali do majtek i nie odbierali połączeń na ulicy. A aparatu mogliśmy używać jedynie w pomieszczeniu czy samochodzie. Przyzwyczailiśmy się do tego, że jest bardzo niebezpiecznie i musimy być ostrożni.

Dopiero po jakimś czasie zrozumieliśmy, że są miejsca, gdzie można wyjąć kamerę. Nawet w slumsach. A byliśmy w Petarze, w drugich co do wielkości slumsach w Ameryce Południowej. Baliśmy się, że zaraz nas porwą, a potem okazało się, że jednak są tam ludzie, z którymi da się dogadać.

– Były momenty, że ktoś do was się przyczepiał?

– Były, grozili nam, że nas zastrzelą, kazali nam wyp…ć. Była sytuacja, którą widać w reportażu. Jeden człowiek chwalił się, że ma broń i może nas zastrzelić. Ale dzięki interwencji naszej przewodniczki i jednej bohaterki reportażu facet się odczepił.

– A nie chodzili za wami jacyś „smutni panowie”?

– Był taki jeden. Na początku spotkałem go blisko naszego hotelu i myślałem, że to bandyta, który chce mnie obrabować. Potem, po dwóch dniach spotkaliśmy go już w naszym hotelu i podsłuchiwał naszą rozmowę z trójką bohaterów, którzy nas odwiedzili. I wtedy zaczęliśmy się mocno zastanawiać, co się dzieje. Gość nie wyglądał jak Europejczyk, był mocno opalony. Nie wiedzieliśmy, czy to bandyta, czy służby specjalne?

Dwa dni później spotkaliśmy go w centrum miasta. Coś nam się przypomniało i raptownie zmieniliśmy kierunek marszu i natknęliśmy się właśnie na niego. I następnego dnia znowu spotkaliśmy się hotelu. A hotel był bardzo strzeżony i zdawaliśmy sobie sprawę, że to jedyne miejsce, w którym można z nim pogadać, bo ochrona nie da nas skrzywdzić. Podeszliśmy do niego i zapytaliśmy go, co tu robi. A on uciekł i skrył się w podwórzu.

Jednak gdy zobaczył, że nie odpuścimy – usiłował chyłkiem opuścić hotel. Ale i tak dopadliśmy go w kącie. Zaczął nam odpowiadać płynnym angielskim, ale z wyraźnym rosyjskim akcentem. I przyznał się nam, że jest „turystą z Moskwy” i jest tu już miesiąc. A Caracas jest najmniej turystycznym miejscem na świcie: jest drogie i bardzo niebezpieczne.

Podejrzewam, że Rosjanie mogli kogoś wysłać, by kontrolował, czy nie zajmujemy się niewygodnymi dla nich rzeczami. Np. że przebywamy w Caracas, a nie jeździmy w okolice bazy wojskowej, nie obserwujemy lotniska… W centrum miasta znajduje się lotnisko wojskowe, na które przylatują rosyjskie samoloty.

– Czyli to był wywiad?

– Jest takie poważne przypuszczenie, choć nie mamy stuprocentowych dowodów.

– Widza może zdziwić, że bohaterzy waszego reportażu bardzo odważnie prezentowali swoje poglądy polityczne – opozycyjne wobec Maduro. Nie bali się pokazywać twarzy. Z czego to wynika?

– Reżim Maduro jest o wiele mniej skory do represji, niż to się wydaje. Dla Wenezuelczyków protest pokojowy jest normą, na te protesty głównie wychodzą kobiety i dzieci. Ludzie żyją w biedzie, rozumieją, że mają ogromny problem.

Ale nie mają takiej paranoi, jaką można było spotkać kiedyś na Ukrainie czy Turcji, gdzie ludzie opowiadali, że czują się inwigilowani. Tu tak nie było.

Represje częściowo wynikają z gigantycznej ilości broni na ulicy. W stronę policji lecą czasem koktajle Mołotowa. Jednak ludzie na demonstracjach czują się bezpieczni. Najprawdopodobniej umieją się oddzielić od tych najbardziej radykalnych. Podkreślają, że są zwolennikami pokojowego protestu.

Z Siarhiejem Marczukiem rozmawiał Jakub Biernat

Obejrzyjcie inne reportaże i dokumenty Siarhieja Marczyka:

jb/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze