Reporter Biełsatu, który dotarł Multiplą do irackiego Kurdystanu: „Nie wierzyliśmy, że dojedziemy”

Wywiad

W czym Donbas jest podobny do irackiego Kurdystanu? Jak nie stać się niewolnikiem islamistów? Co łączy Białorusinów i Kurdów? Wywiad z reportażystą Biełsatu, który dopiero co wrócił z Iraku.

Kręciłeś swoje dokumenty w Donbasie pośród separatystów, jak i Ukraińców. Teraz wróciłeś z Iraku. Czy jest coś wspólnego w tych konfliktach?

Każdy konflikt jest z natury rzeczy do siebie podobny, a tym bardziej, gdy rozgrywa się pomiędzy grupami etnicznymi i religijnymi. To, co widziałem w Mariupolu i Doniecku, gdy mówimy o Kurdystanie, jest dla reportera odczuciem bardzo podobnym. Przyjeżdżasz do miasta, które kontroluje ukraińska czy iracka armia, ale ludzie w większości wspierają tą separatystyczna ideę. W Doniecku wspierają ideę prorosyjska, tak zwany „russkim mirem”, a w irackim Kirkuku ludzie w dużym stopniu są za islamistami. Bez względu na to, że miasto jest kontrolowane przez irackie wojsko, możesz zostać ostrzelany cię lub sprzedany w niewoli. Gdy na ulicach są żołnierze, to panuje spokój. Ale gdy nadchodzi noc, dzieją się tam bardzo ciekawe rzeczy. Wszyscy mówili nam, byśmy nie wychodzili na dwór, nie wychodzili z samochodu, kryli się. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, nie pozwalano nam spać w hotelach, bo hotel jest pierwszym miejscem, w którym cudzoziemca można schwytać i sprzedać.

Sprzedać komu? Jako niewolnika Państwu Islamskiemu?

Państwu Islamskiemu. Mają opracowaną drogę postępowania z takimi ludźmi. Jesteś Europejczykiem, na pewno można za ciebie dostać pieniądze, albo choć odciąć ci głowę i zrobić kolejny ciekawy filmik wspierający ich ideologię.

Siarhieju, w Iraku byłeś ze swoim polskim kolega Konradem Zagórskim. Kręciliście pełnometrażowy reportaż dla Biełsatu o młodzieży, która próbuje zmienić ten kraj po upadku reżimu Sadama. Jednocześnie robiliście videoblog dla strony belsat.eu. Będą tam wychodzić jeszcze kolejne odcinki vlogu. Byliście kontrolowani przez milicje, kręciliście w zdobytej przez Kurdów bazie Państwa Islamskiego. 

Pierwszy odcinek vlogu, z polskimi napisami.

Wszystko tam mogło być zaminowane. Nie baliście się?

Wiadomo, baliśmy się, ale po tylu miejscach, w których byłem, granica strachu przesuwa się.

Nasza współpraca rozpoczęła się od wspólnego wyjazdu na Majdan. Potem ty poszedłeś dalej, byłeś w Donbasie, w Turcji. Dlaczego kontynuujesz pracę jako korespondent wojenny?

Co się tyczy niebezpieczeństwa, to jest ono zawsze. Po każdym kolejnym etapie, poziom niebezpieczeństwa, a raczej odczuwania niebezpieczeństwa, maleje. Byłem już w takim miejscach, że tam wydawało się bardzo bezpiecznie. Gdybym trafił tam za pierwszym razem, nie byłbym tak spokojny, ale z czasem nabiera się dystansu do takich sytuacji. To jedno.

A dlaczego się tym zajmuję? Mieszkam w Warszawie, gdzie jest bardzo spokojnie, mam swój biznes, który dobrze kręci się beze mnie. Czym więc mam się zajmować? Chcę dać ludziom trochę dobra i pokazać coś ciekawego? I gdzie znaleźć swoje miejsce? To są pytania, na które od dawna szukam odpowiedzi. I wydaje mi się, że to dobre miejsce, w którym na razie nie mam dużej konkurencji. Nie każdy człowiek może pochwalić się, czy odważyć się na takie wyjazdy. Dlatego dobrze się w tym czuję.

Wyjazd był bardzo nietypowy. Pojechaliście z Konradem samochodem równie nietypowym – Fiatem Multiplą, aż do Iraku. To może szokować. Dlaczego wybraliście taką drogę i czy mieliście w jej trakcie jakieś ciekawe przygody?

Mieliśmy ogromną ilość przygód. Nasza Multipla przeżyła już ciekawe przygody na innych frontach. W Donbasie oderwały się jej dwa koła. Sprowadziliśmy ją z powrotem, naprawiliśmy i zdecydowaliśmy się jechać do Iraku. Prawdę mówiąc, nie wiedzieliśmy, czy dojedziemy. Raz już jechaliśmy, w tamtym roku, do Iraku, tylko inną trasą i bez samochodu. Nie wpuszczono nas wtedy. Tym razem było inaczej. Ale do ostatniej chwili mieliśmy wątpliwości. I jak już dojechaliśmy i przeszliśmy te wszystkie problemy i jeździliśmy po Iraku już kilka dni, zdecydowaliśmy dojechać do ostatniego punktu kontroli, za którym rozpoczyna się granica Państwa Islamskiego. Jakieś 600 metrów przed granicą z Państwem Islamskim mocno się rozpędziliśmy. Nie ja kierowałem autem, a nasz przyjaciel, arabski dziennikarz, który nie zauważył wielkiej dziury w drodze, w którą bardzo mocno wpadliśmy. Zniszczyliśmy silnik, koła i jeszcze kilka podzespołów. Już myślałem, że do domu będzie trzeba wracać samolotem. Ale dzięki…

Miejscowym złotym rączkom…

…miejscowym złotym rękom wujka naszego znajomego Araba, samochód udało się naprawić. Udało się nam dojechać do końca naszej podróży i nawet wrócić do Warszawy tym samochodem.

Kurdowie żyją bardzo daleko od nas, ale ich los jest częściowo podobny. Jak byś opisał tych ludzi, co to za naród? Czy mają z Białorusinami jakieś cechy wspólne? Może zauważyłeś coś, co nas łączy?

Jest masa rzeczy, które nas łączą. Wielu Kurdów emigrowało ze względu na sytuację w kraju, tak jak i Białorusini. Największą ich tragedią jest to, że nie mają swojego państwa, albo mają je, ale w ograniczonym zakresie.

Masz na myśli autonomiczny iracki Kurdystan? Więcej terenów nie mają. Jest i Kurdystan w Syrii, ale tam toczą się brutalne walki.

W Syrii trwa wojna, a iraccy Kurdowie są tak mocno uciskani, że nie mogą reagować.

Najbardziej uciskani są chyba tureccy…

Warunki tureckie są chyba najbardziej podobne to białoruskich. To wojna o samostanowienie, o autonomię, język, ale na to im nie pozwalają. Iraccy Kurdowie są spokojniejsi, bo mają już swoją autonomię. Poszli w kierunku Zachodu, nie tak jak tureccy, którzy poszli w kierunku Rosji i komunizmu. Ale bez względu na to, ich losy są bardzo podobne. Jednak to rozmowa na oddzielne programy, całe godziny.

Zobacz także: 

I o tym, między innymi, będzie wasz reportaż pod tytułem „Kurdyjski dziennik”. Opowiadać będzie o młodym pokoleniu Kurdów w Iraku, a Biełsat pokaże go za kilka miesięcy. Dziękuję za rozmowę Siarhieju.

Dziękuję bardzo.

Z Siarhiejem Marczykiem rozmawiał Siarhiej Pieliasa dla programu „Świat i my”

Zobacz też
Komentarze