Rosja działa identycznie, jak sowieci po Czarnobylu


Eksperymenty z bronią jądrową i reaktorami zawsze grożą katastrofą na niewyobrażalną skalę. Dzisiejsza Rosja traktuje informacje o zagrożeniach promieniowaniem, jak tajemnicę państwową. Źródło: kadr z serialu pt. "Czarnobyl" HBO z kanału Youtube

Po tajemniczej eksplozji i wykryciu promieniowania Moskwa w pierwszym rzędzie troszczy się o ukrycie prawdy. Z trudem maskuje błędy, chaos w dowodzeniu i systemie bezpieczeństwa.

Zaraz po wybuchu na poligonie Nionoksa 8 sierpnia w obwodzie archangielskim przestały działać dwie rosyjskie stacje monitorujące promieniowanie jądrowe. Najpierw zgasły dwie stacje na Czukotce i w Kraju Ałtajskim. Potem dwie kolejne w podmoskiewskiej Dubnie i w Kirowie. Rosyjskie władze tłumaczą, że to przypadek. Ale w mediach na całym świecie mnożą się spekulacje.

Świat się boi, bo działania Rosji zaczynają przypominać mieszankę improwizacji, dezinformacji, chaosu i utajniania. Jednym słowem: bardzo przypominają wydarzenia z 1986 r. po awarii w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Świat całkiem niedawno przeżywał te tragiczne wydarzenia na nowo za sprawą serialu HBO pt. „Czarnobyl”. I był przerażony ogromem cynizmu i nieudolności ówczesnych, sowieckich władz.

Dlaczego Kreml boi się „Czarnobyla”?

Świeże wydarzenia z obwodu archangielskiego budzą strach. Bo pokazują, że współczesne rosyjskie władze nie tylko niczego się nie nauczyły, ale i stosują wobec groźnych katastrof z udziałem materiałów rozszczepialnych te same metody, co w Czarnobylu.

Co tam wybuchło?

Powstało już wiele hipotez na temat tego, co wybuchło na poligonie morskim Nionoksa. Najbardziej prawdopodobne są domysły, że doszło do eksplozji w testowanym na morskiej platformie pocisku manewrującym 9M730 Burewestnik, wyposażonego w zminiaturyzowany reaktor jądrowy służący do napędu. Choć początkowo sądzono, że zdarzyła się awaria na jednym z atomowych okrętów podwodnych stacjonujących w porcie lub stoczniach Siewierodwińska.

Czy to ta rakieta o napędzie nuklearnym wybuchła koło Siewierodwińska? Źródło: screen z kanału Youtube Russian Armed Forces

Inna teoria, lansowana przez Wiktora Barańca, eksperta wojskowego Komsomolskiej Prawdy, mówi, że mogło dojść do eksplozji testowanej rakiety R-29. Ta wersja jest jednak bardziej elementem dezinformacji i mnożenia teorii, gdyż rakiety R-29 (SSN-8) są już wycofane i nie posiadają napędu jądrowego, a raczej mało prawdopodobne jest, by były testowane z głowicami jądrowymi (ich wybuch byłby katastrofą na dużo większą skalę). Bez względu na przyczynę katastrofy na północy kraju, Rosjanie przystąpili skrzętnie do operacji maskującej.

– Decyzja o wyłączeniu stacji ma związek z próbą ukrycia danych o próbach rakietowych koło Archangielska – tłumaczył Wiaczesław Dokuczajew, naukowiec z centrum badań jądrowych Rosyjskiej Akademii Nauk w rozmowie z radiem „Mówi Moskwa”.

Rzecz w tym, że dane ze stacji monitorujących są przekazywane na bieżąco do Wiednia, do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Instytucja ta czuwa nie tylko nad zagrożeniami promieniowaniem, ale i przestrzeganiem traktatu o zakazie prób jądrowych. Rosjanie blokując dane chcieli ukryć jakiego rodzaju broń testowali. Na podstawie takich informacji można by było określić np. wielkość reaktora i jego rodzaj.

Czarnobyl 2.0

Władze dość długo milczały w sprawie wypadku. Władimir Putin dopiero 19 sierpnia, a więc jedenaście dni po wydarzeniu zabrał głos.

– Nie ma zagrożenia promieniowaniem, sytuacja jest pod kontrolą, są podejmowane odpowiednie środki – tyle powiedział Putin.

Tymczasem w szpitalu w Archangielsku rzeczywiście podjęto środki służące ukryciu prawdy. Szóstkę pracowników Rosatomu, którzy ucierpieli przy wybuchu, dostarczono do dwóch szpitali w Archangielsku: szpitala rejonowego i centrum im. N. Siemaszki.

O ile w drugim szpitalu są odpowiednie środki i przeszkolony personel, który podchodził do rannych w specjalnych kombinezonach, to w szpitalu rejonowym początkowo znaleźli się oni na zwykłej izbie przyjęć. W ten sposób szpital i personel byli skażeni radioaktywnym cezem-137. Lekarze nie wiedzieli nic, poza tym, że doszło do „wybuchu”.

W nocy do szpitali w Archangielsku dotarli specjaliści z Moskwy. Oraz wojsko i FSB. Przeprowadzili procedurę dezynfekcji szpitali. Żołnierze skosili nawet trawę wokół szpitala. W ciągu kolejnych dni dozymetry ciągle pokazywały w szpitalach zwiększone promieniowanie. Oficerowie FSB zabrali całą dokumentację medyczną, a lekarze i personel musieli podpisywać oświadczenia o zachowaniu tajemnicy.

Lekarzy, którzy mieli bezpośredni kontakt z ofiarami wybuchu przewieziono do Moskwy. Wojskowi wybrali się na rozmowy uspokajające mieszkańców wiosek przylegających do poligonu Nionoksa. Opowiadali, że nie ma zagrożenia.

– To jest dokładnie to samo, co po Czarnobylu. Najważniejsza jest tajemnica, więc póki zagraniczni eksperci nie odkryją prawdy, Rosjanie jej nie poznają – mówił Wiaczesław Dokuczajew.

Działania władz są najpierw skierowane na całkowite ukrycie prawdy, namnożenie teorii spiskowych i uzyskanie efektu propagandowego. Podobnie działały przecież zarówno po tragedii okrętu podwodnego Kursk w 2000 r., (testował nowy rodzaj torped), jak i okrętu Łoszarik w lipcu (jednostka eksperymentalna).

W wypadku koło Archangielska chodzi o pokazanie, że rosyjska armia pracuje nad supertajną i groźną bronią. Dlatego, żeby ukryć prawdę o niej władze na Kremlu ryzykują falę domysłów, panikę i strach przed powtórką z Czarnobyla. I nawet jeśli tym razem rzeczywiste źródło promieniowania jest niewielkie, to nie ma gwarancji, że Rosja nie zaryzykuje światowego bezpieczeństwa w przypadku większej i bardziej tragicznej katastrofy w przyszłości.

Likwidator fotografował zonę czarnobylską. Potem KGB odebrało mu aparat FOTO

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze