Likwidator fotografował zonę czarnobylską. Potem KGB odebrało mu aparat FOTO

Foto

Siarhiej Szalkiewicz (w centrum) razem z kolegami-likwidatorami w pobliżu Brahina. Przełom października i listopada 1986 r.

Biełsat publikuje unikalne zdjęcia, zrobione przez kierowcę kompanii dezaktywacji Siarhieja Szalkiewicza w zamkniętej strefie wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej jesienią i zimą 1986 r.

W 1986 r. Siarhiej Szalkiewicz skończył 21 lat. Kilka miesięcy wcześniej wrócił z wojska i nagle otrzymał kolejne wezwanie.

– Na pierwszych wezwaniach dla likwidatorów awarii był czerwony pasek. Do domu przynosili je milicjanci. Gdy ludzie zaczęli zwalniać się z pracy, uciekać, zaczęli przysyłać zwykłe wezwania na 25-dniowe ćwiczenia wojskowe. Ja dostałem właśnie takie. I nawet ucieszyłem się, że nie jadę do Czarnobyla.

Gdy Szalkiewicz dotarł do Mińska, przed dworcem stała już kilkukilometrowa kolumna żołnierzy, z której wyławiano zbyt pijanych i wcześniej karanych. Mężczyzna konstatuje z goryczą, że do Czarnobyla pojechali trzeźwi, zdrowi i porządni obywatele.

– Tym, którzy pozostali, przeczytano rozkaz o wezwaniu na specjalne manewry w celu likwidacji, ostrzegając, że za samowolne oddalenie się grożą trzy lata więzienia – opowiada Siarhiej.

Jednak to nie zniechęciło Siarhieja do przygód:

– Dowódca kompanii pojechał do Brześcia, żeby odebrać mieszkanie. I z kolegami postanowiliśmy ciągnąć zapałki i wylosować, kto podczas jego nieobecności pojedzie do domu. Ja wyciągnąłem zapałkę. Jeśliby mnie złapali, to czekałby mnie pokazowy proces, żeby inni się nie odważyli. Jednak wtedy o tym nie myślałem. Co masz w głowie, jak masz 20 lat? – wspomina.

Wracając z rodzinnych Stołpców zabrał ze sobą prosty radziecki aparat Smiena 8M i kilka klisz fotograficznych. I wtedy zaczął dokumentować życie w „zonie”.

Na promieniowanie… z widłami

W strefie czarnobylskiej Siarhiej został kierowcą wozu strażackiego w kompanii dezaktywacji. Zajmował się zmywaniem radioaktywnego pyłu z budynków i pojazdów w wysiedlonych wsiach. Ale też w okolicach samej elektrowni.

„Partyzanci” (żołnierze rezerwiści – belsat.eu) w miasteczku namiotowym pomiędzy wysiedlonymi wsiami Babczyn i Rudakowo.

W batalionie Siarhieja służyli wyłącznie rezerwiści, których nazywano „partyzantami”. To właśnie oni wykonywali „najbrudniejszą” robotę w „zonie”.

Likwidatorzy mieszkali w namiotach po 36-38 osób. Ogrzewano je piecykami, w których palono skażonym drzewem z okolicznych lasów. Okazało się, że zostający na miejscu palacze „nałapali” więcej promieniowania niż likwidatorzy pracujący w pobliżu elektrowni. Jednak nikt nie wiedział, jaką dawkę otrzymał, gdyż wszystkim z automatu wpisywano do dokumentów od 7,7 do 10, 5 rentgena – czyli dawkę bezpieczną.

Siarhiej Szalkiewicz przed budynkiem dowództwa Garnizonu Brahińskiego.

Były likwidator opowiada, że w tym czasie ludzie bali się wysiedlonych z zony. Mężczyźni bali się spotykać z dziewczynami pochodzącymi ze strefy czarnobylskiej. Obawiali się, że z takiego związku urodzą się niepełnosprawne dzieci.

– I te kobiety często przyjeżdżały szukać szczęścia wśród likwidatorów. Nie potępiam ich, takie było życie. To nie było łatwe, bo mieszkało nas po 38 osób w namiecie – czasem nocami pojawiały się tam 3-4 nowe „lokatorki” dodaje.

W miasteczku namiotowym zimą 1986 r.

– Zima 1986 r. byłą bardzo mroźna. Do zony dowozili nas tunelami w śniegu. A drogę przed nami oczyszczały specjalne pojazdy.

Siarhiej Szalkiewicz przed namiotem, w którym żyli jego koledzy z kompanii dezaktywacji.

Żołnierze jeździli od wsi do wsi, gdzie usuwali wierzchnią warstwę ziemi i czyścili budynki przed ich zburzeniem. Szałkiewicz opowiada, że żołnierze uzupełniali swoją dietę przetworami, które znaleźli w przydomowych piwniczkach. Okazało się, że promieniowanie nie przenikało pod ziemię.

– W prawie każdej ziemiance można było znaleźć zakopaną bańkę z samogonem. Byli koledzy, którzy mieli do tego nosa i znajdowali ukryty spirytus – dodaje.

Żołnierz z kompanii rozpoznania chemicznego sprawdza poziom promieniowania w jednej z wysiedlonych wsi. Potem te dane były nanoszone na mapę terenów skażonych.
Siarhiej Szalkiewicz przed swoim Ziłem 133.

Oprócz samochodu strażackiego do kompanii Szalkiewicza przydzielono samochód do przewozu ludzi.

– Ziły 133 dla przewozu ludzi, na wiejskiej drodze. To przypadkowa fotografia: akurat załadowałem nową kliszę i zrobiłem na próbę pierwsze zdjęcie, które najczęściej jest prześwietlone. A potem okazało się, że udało się zrobić cenne dla mnie zdjęcie: pustą drogę w wysiedlonej wsi.

„Partyzant” z widłami w jednej z opuszczonych wsi w rejonie Homla.

W czasie dezaktywacji żołnierze nie otrzymywali narzędzi – nie pozwalano im wchodzić do domów, jednak mogli brać, co chcieli w pomieszczeniach gospodarczych.

– Często się śmieliśmy, że walczmy z promieniowaniem takimi oto podręcznymi środkami – wspomina Szalkiewicz.

Żołnierz z kompanii zwiadu chemicznego z licznikiem Geigera.
Kierowcy przed jednym z Ziłów. Z tyłu widać samochód strażacki.
Jeden z „partyzantów” przed namiotem mieszkalnym.
Mieszkańcy jednego z namiotów. „Zwróćcie uwagę, jak w różnym są wieku” – wskazuje Szalkiewicz.

„Wrócisz jako bohater albo jako więzień”

Szalkiewicz wiedział, że z powrotem nie zawiezie do domu swojego aparatu z powodu napromieniowania. Jednak stało się tak z zupełnie innej przyczyny.

Pewnego razu jego oddział wysłano do elektrowni:

– Wyskoczyliśmy z paki samochodu i zobaczyliśmy KrAZ (ciężarówkę – Belsat) z przeciętą na pół kabiną. Z oszczędności tylko druga połowa była obłożona ołowiem. Ołowiem obkładano również traktory, buldożery.

Gdy to wszystko zobaczyłem, aż dostałem drżączki ze strachu. Podniosłem maskę i zapaliłem. Nikt mi nie powiedział tam, że najgorsze w tym miejscu było oddychanie. Mundur można zmienić, wziąć prysznic, a to, co dostało się do płuc to już zostawało na zawsze – opowiada.

Siarhiej postanowił uwiecznić te pojazdy przy pomocy swojej Smieny. I choć jedynie dwójka jego towarzyszy wiedziała, co zrobił, następnego dnia został wezwany przez oficera kontrwywiadu wojskowego.

– Zacząłem układać sobie w głowie wszystkie możliwe wpadki i nic nie mogłem sobie przypomnieć. Przychodzę na miejsce, a tam siedzi kapitan. Uśmiecha się i od razu zadaje pytanie: – „Gdzie klisza?”. Ja na to – „Jaka klisza?”. A ten do mnie – „Młody człowieku, nie zawracajcie głowy, nie mam czasu. Wyjdźcie, pomyślcie, i wybierzcie: albo wracacie do domu jako bohater, albo jako więzień”. Ja potem cały czas myślałem. Kto mógł donieść, przecież byliśmy tam jedynie we trójkę. Nie wiem do dziś – opowiada Szalkiewcz.

Zamiast 25 dni, Siarhej Szalkiewicz spędził w strefie czarnobylskiej całe pół roku.

– Okres ćwiczeń, na które wzywano wojska wyspecjalizowane oficjalnie wynosił do 3 miesięcy. Jednak gdy tam już się znaleźliśmy, wydłużono go dwukrotnie. Nie wiem, czy brakowało im ludzi, czy państwo pomyślało sobie, że skoro już i tak „nałapaliśmy”, to oni się z nami rozliczą. Ale teraz mam poczucie, że „ojczyzna wysłała, ojczyzna zapomniała”.

Siarhiej teraz skarży się, że ma nawet problemy, by uzyskać zaświadczenie, że w ogóle pracował w „zonie”.

– Po powrocie stamtąd zaczęły się krwotoki z nosa i podskakiwało mi ciśnienie. Żeby zdobyć zaświadczenie o stanie zdrowia, poszedłem do archiwum i poprosiłem o wydanie zaświadczenia nt. tego, kim byłem w zonie, i co robiłem. Okazało się, że kart z ilością dawek promieniowania nie oddano do archiwum. Chciałbym spojrzeć w oczy swoim dowódcom, ale okazało się, że jednostkę rozwiązano.

Dziewięć lat po katastrofie czarnobylskiej Siarhiej został uznany za inwalidę. W dokumentach napisano, że jego choroba – tętniak rozwarstwiający aorty brzusznej jest związana z przebywaniem w „zonie”.

Czytajcie także:

Rozmawiał Dzianis Dziuba i Jakub Biernat. Fotografie z archiwum Siarieja Szalkiewicza/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze