„Śmierć przeszła obok mnie”: Białorusin wspomina, jak gasił reaktor w Czarnobylu


Artysta-malarz Lawon Hryszuk 33 lata temu uprzątał radioaktywny grafit z dachu zniszczonego reaktora. Żaden z pracujących z nim kolegów nie dożył kolejnej rocznicy katastrofy.

„Moja dusza poczuła śmierć”

– Oto majątek Tadeusza Rejtana w Hruszówce – pokazuje swoje prace. – To kapliczka, którą będą restaurować. Czekam na cieplejsze dni i wtedy namaluję sam dworek.

Niewielka pracownia artysty na prospekcie Niepodległości w Mińsku jest dosłownie zawalona starodawnymi artefaktami: glinianymi naczyniami, żelazkami, jest tu też drewniany kołowrotek do przędzenia wełny. Malarz dużo podróżuje po Białorusi, zbierając na wsiach ciekawe elementy wyposażenia chat. Prac poświęconych tematyce czarnobylskiej jest niewiele – bo jak mówi, nie chce wracać do przeszłości.

– Żadnego z moich przyjaciół nie ma już wśród żywych i dla mnie są to ciężkie wspomnienia – mówi.

Lawon skończył szkołę artystyczną i znalazł pracę w zawodzie, jako dekorator w przedsiębiorstwie transportowym. Tam też przy okazji zdobył prawo jazdy. Osiągnął wiek poborowy, a po roku wydarzyła się katastrofa i wezwano go do armii.

– Mówiłem im – jestem artystą. Ale im było wszystko jedno – opowiada.

Jako rekruta wysłano go do likwidowania następstw katastrofy. W „zonie czarnobylskiej” spędził 3 miesiące. Na miejscu namalował kilka obrazów, ale z powodu skażenia musiał je zniszczyć. Żałuje, bo teraz mógłby je sfotografować chociaż telefonem.

Lawon służył batalionie chemicznym, który skierowano na dach reaktora. Likwidator wspomina, jak wziął rękami kawałek radioaktywnego grafitu i zaniósł, by go wrzucić w głąb krateru.

– Zajrzałem, a tam czarna otchłań bez dna: tylko wystawały pręty zbrojeniowe. I choć na dworze było chyba ze 30 stopni, powiało stamtąd takim chłodem. Aż mną wstrząsnęło i zrozumiałem: to moja dusza poczuła śmierć. Ona przyszła do mnie.

„Popatrz: a ten jeszcze żywy”

Co roku likwidatorzy przechodzą komisję medyczną i co roku Lawon obserwuje, że takich jak on jest coraz mniej. Ktoś przychodzi już o lasce czy kulach, skarżą się na ból pleców czy nerek. Dawniej leczyli się w szpitalu klinicznym Aksakauszczyna – i do dziś Lawon czasem tam przyjeżdża, by sobie pospacerować i powspominać przyjaciół.

On sam ma duszności, problemy z sercem i stawami. Kilka lat po powrocie z „zony” na jego rękach pojawiły się pęcherze.

– Pytam się doktora: „Od czego to? Jestem malarzem, nie przeciążam się”. A ten mówi: „Byłeś tam, brałeś to rękami? To, co się pytasz” – opowiada.

Likwidator przypomina, że w szpitalu lekarze chcieli się dowiedzieć o wielkości dozy, którą promieniowania otrzymanego w „Zonie”. Od tego uzależniali sposoby leczenia. Jednak władze odpowiadały, że to utajnione dane. Specjaliści obcięli im paznokcie i wysłali na analizy do Japonii. Jednak nie poinformowali ich o wynikach.

– Pięć lat temu przyszedłem do kliniki, a tam moja stara lekarka spojrzała na mnie i mówi: „Popatrz, a ten jeszcze żywy”.

17 zł na rehabilitację: jak żyje dziś „likwidator” skutków katastrofy w Czarnobylu

„Zachowałem życie, dzięki Bożej Łasce”

Ostanie prace Lawona malowane są jaskrawymi, radosnymi kolorami – to głównie pejzaże białoruskich zabytków. Jednak wśród obrazów wyróżnia się jeden mroczny, wiszący przy wejściu do pracowni.

– Namalowałem to w 1990 r. – opadam na nim na dno, a wokół zębate ryby. Ja ty wyciągam rękę do Boga – opowiada artysta, który jest członkiem protestanckiej wspólnoty św. Jana Chrzciciela – gdzie nabożeństwa odbywają się po białorusku.

Do wiary Lawon doszedł poprzez cierpienie, choroby, poprzez niekończący się czas, który spędził w szpitalnych salach i na korytarzach. Podczas kolejnego seansu leczenia nagle do jego głowy przyszła myśl, że pomóc może mu Bóg. Następnego dnia do szpitala przyszli młodzi ludzie, którzy zaczęli rozdawać Ewangelię. Kilka dni potem w jego sali położono milicjanta, bardzo religijnego człowieka, który zaprowadził go do zboru. Od tego czasu Lawon jest przekonany, że żyje dzięki Bożej Łasce.

– Kiedyś przyśniła mi się Prypeć – zupełnie puste miasto. W Biblii napisano, że Bóg zabierze wszystkich do siebie, a na ziemi zostawi tylko grzeszników. I widziałem, że idę, a dookoła nikogo. Z przerażeniem pomyślałem: czyżby Bóg wszystkich zabrał – czyli jedynym grzesznikiem jestem ja?

„Z okazji 30-lecia Czarnobyla nie wspomniał o nas nikt”

Lawon nie skarży się na białoruskie państwo i opowiada o różnych ulgach i o preferencjach przysługujących likwidatorom. Kiedyś otrzymywali oni darmowe skierowania do sanatoriów i bezpłatne leki. Teraz mają je tylko osoby z I i II kategorią niepełnosprawności. Jednak kilka lat temu likwidatorzy stracili swój oficjalny status.

– Już nawet nie jesteśmy likwidatorami, ale „poszkodowanymi podczas katastrofy Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. A kto to taki „poszkodowany? Zjadłem radioaktywny grzyb i też jestem „poszkodowany”. Gdy było 30-lecie katastrofy, to z Rosji przyjechali likwidatorzy. Przywieźli medale i wręczyli nam. A tu nikt o nas nawet nie wspomnieli.

„To pewnie ta wola życia”: jak miłość uratowała życie likwidatorowi skutków katastrofy czarnobylskiej

Nasta Kachanowicz, jb/ belsat.eu

Zobacz też
Komentarze