17 zł na rehabilitację: jak żyje dziś „likwidator” skutków katastrofy w Czarnobylu

Wywiad

Przed przypadającą na 26 kwietnia kolejną rocznicą wybuchu w elektrowni jądrowej w Czarnobylu Biełsat przygotował serię materiałów o losach tzw. likwidatorów, którzy mieszkają dziś na Białorusi, Ukrainie i w Rosji. Dziś opowiadamy o losach Sierhija Riabowa z Wołnowachy na Ukrainie.

Za Serhijem Riabowem – przykryty sarkofagiem 4. blok elektrowni jądrowej w Czernobylu. Zdjęcie z archiwum rodzinnego.

Punkt docelowy – Czarnobylska Elektrownia Jądrowa

Od dawna znam z widzenia tego siwego mężczyznę: należymy do tej samej parafii prawosławnej. Ale o tym, że Serhij Jehorowycz Riabow jest uczestnikiem likwidacji skutków awarii w Czarnobylu, dowiedziałam się przypadkiem, poszukując bohatera dla materiału. Wiedziałam, że chętnie uczęszcza na nabożeństwa i pomaga w świątyni. Życie po Czarnobylu to dla niego codziennie zmaganie się z chorobami i niesprawiedliwością.

W 1987 r. Serhij miał 24 lata. Mieszkał i pracował w Wołnowasze, mieście rejonowym w obwodzie donieckim. Wezwanie do wojska dostał wiosną. Stawił się i przeszedł komisję. A 22 kwietnia, razem z kolegami wysłano go najpierw do Mariupola. Dopiero na peronie, przed wejściem do pociągu młodzi ludzie dowiedzieli się o punkcie docelowym podróży. Była to Czarnobylska Elektrownia Jądrowa.

– Przed Mariupolem nie wiedzieliśmy dokładnie, co nas czeka. Dostaliśmy rozkaz, ojczyzna wezwała. Wsiedliśmy i pojechaliśmy. Tak nas wychowano. Ale najpierw były dwie wersje: Czarnobyl lub Mołdawia, gdzie było silne trzęsienie ziemi. Okazało się, że to pierwsze – wspomina Serhij Riabow.

Prypeć. Koledzy Serhija. On sam był autorem zdjęcia. Archiwum rodzinne.

Pociąg przywiózł ich do stacji Biała Cerkiew. Tam przesadzono ich do samochodów i zawieziono do „strefy 7.”, żeby przebrali się w mundury. Dalej – wieś Orane, niecałe 25 km od Czarnobyla, i 25. Brygada Obrony Chemicznej i Radiologicznej. Codziennie „brudnymi”, czyli skażonymi samochodami wieziono ich do pracy w elektrowni.

– Co robiliśmy? Rozwalaliśmy młotami beton pomiędzy 3. a 4. blokiem. Ten, którym od razu po awarii zalewano elektrownię z samolotów. 3. blok chciano uruchomić na nowo, a między nim a 4. była rura, którą trzeba było oczyścić z betonu. Zajmowaliśmy się też „dezaktywacją”, tzn. usuwaniem substancji radioaktywnych z powierzchni różnych zabudowań i konstrukcji na terenie elektrowni – opowiada Serhij.

I tak 10 dni. A potem Serhija przeniesiono do sztabu grupy operacyjnej obrony cywilnej ZSRR. Do Czarnobyla, na stanowisko dozymetrysty. W oddziale było ich czterech – dwa dni w sztabie, dwa na wyjeździe. W całej strefie i dookoła niej mierzyli stan napromieniowania i codziennie przekazywali meldunki dowództwu w Moskwie.

Posmak zardzewiałych gwoździ

– Pierwsze odczucie wpływu skażenia to posmak żelaza w ustach. Posmak zardzewiałych gwoździ – wspomina likwidator.

Zwiadowczo-patrolowy wóz opancerzony należący do 25. Brygady Obrony Chemicznej i Radiologicznej. Używano ich w pierwszym roku likwidacji skutków awarii w Czarnobylu. S.Riabow – pierwszy z prawej. Zdjęcie z archiwum rodzinnego.

Potem znowu odesłano do brygady. Znowu dezaktywacja oraz różne prace budowlane: układanie dachów, tynkowanie, pomaganie cywilnym budowlańcom. Z rodzinami, które martwiły się o nich w domu, rozmawiali przez telefon – była taka możliwość. Pisano też listy.

– Nie opowiem wam nic romantycznego… Pracowaliśmy, uczciwie wykonywaliśmy wyznaczone nam zadania. Dlatego, że to był nasz obowiązek wobec kraju i ludzi. Z miejscowymi nie utrzymywaliśmy kontaktu, ale wiem, że już wtedy ludzie wracali do 30-kilometrowej „zony”, do opuszczonych domostw.

Swoją dawkę – 10 rentgenów „zebrał” po dwóch miesiącach. Taka w 1987 roku była norma dla likwidatorów, a w 1986 wynosiła ona 25 rentgenów.

– Uczeni, z którymi spotykaliśmy się w elektrowni, mówili, żeby po powrocie chodzić do łaźni i pić piwo. I w ogóle dużo płynów żeby wypocić napromieniowanie – opowiada Serhij.

Dwa miesiące, 30 wyjazdów do elektrowni. Pozostały czas spędzony w Czarnobylu, na terenie brygady. Podczas każdego wyjazdu dawkę promieniowania rejestrowano, ale na terenie jednostki, poza 30-kilometrową strefą, już nie…

Znak przed wjazdem do elektrowni. Serhij Riabow (w środku) ze zmiennikiem i kierowcą. Zdjęcie z archiwum rodzinnego.

Z Białej Cerkwi do domu każdy wracał na własną rękę. Państwo nie uznało za stosowne zapewnić im powrotu.

Przedtem było łatwiej

Skutki przebywania w „zonie” dały o sobie znać w latach. Serhij pracował wtedy jako kierowca ciężarówki. Zaczęły się bóle głowy, tracił orientację za kierownicą. Poszedł do szpitala – poziom hemoglobiny przekraczał wszelkie normy. Nie wrócił już „za kółko”. Dziś ma grupę inwalidzką, kilka diagnoz „radiacyjnych” i status likwidatora – zrównany ze statusem inwalidy wojennego. Regularnie leczy się stacjonarnie w szpitalu. Nawet dziś korzysta z opieki szpitala chorób zawodowych w okupowanym Doniecku. Na to nie miały wpływu nawet wydarzenia ostatnich lat.

„Brudne”, czyli skażone samochody nie wyjeżdżały poza „zonę”. Rozwoziły wojskowych i pracowników cywilnych tylko w obrębie elektrowni. Zdjęcie z archiwum rodzinnego.

Jako likwidatorowi, Serhijowi przysługują ulgi na opłaty komunalne. Jest mu zwracane 100 proc. rachunków.

Dotyczy to tylko osób z przyznaną 1. kategorią. „Czarnobylcom” niezrównanym w prawach z inwalidami wojennymi jest zwracane tylko 50 proc.

A z ulg dotyczących bezpłatnego wypoczynku Serhij skorzystał tylko dwukrotnie – w 2010 r. pojechał do uzdrowiska w Truskawcu, a w 2014 r. zdążył wyjechać na Krym.

– Myślałem, że będę jeździł na zmianę – na półwysep i w Karpaty. Ale na tych wyjazdach wszystko się skończyło. Po pierwsze, zaczęła się wojna. Po drugie, wynikły sprawy rodzinne: ciężko zachorowała moja matka. Co prawda raz skorzystałem z bezpłatnego przejazdu pociągiem: pojechałem niedawno do córki do Charkowa – mówi Riabow.

Głównym źródłem utrzymania Serhija jest renta. Wynosi ona 6,5 tys. hrywien, a więc ok. 930 złotych.

– Za to teraz dostaję śmieszne odszkodowanie: to 120 hrywien miesięcznie [nieco ponad 17 złotych]. Tymczasem turnus w sanatorium kosztuje 6 – 7 tys. hrywien. I jeszcze mam jakieś 90 hrywien dodatku rehabilitacyjnego. Ale żeby dostać to żałosne „wyrównanie” trzeba jeszcze przejść odpowiednią komisję.

Z żołnierzami z 25. Brygady Obrony Chemicznej i Radiologicznej, wieś Orane. Serhij Riabow pośrodku w górnym rzędzie. Zdjęcie z archiwum rodzinnego.

Podsumowując, wcześniej „czarnobylcom” żyło się lepiej – uważa Serhij. A przynajmniej łatwiej było im bronić swoich praw. Jeździli do Kijowa ze swoimi żądaniami, w 2011 r. głodowali przed Funduszem Emerytalnym Ukrainy. Domagali się, aby świadczenia dla likwidatorów i osób poszkodowanych wskutek katastrofy w Czarnobylu wypłacano zgodnie z wcześniejszymi regulacjami.

– W 2007 roku „czarnobylcy” z całej Ukrainy procesowali się, aby otrzymywać renty zgodnie z „naszą” ustawą. W latach 2011-12 znowu trwały procesy, aby przywrócić świadczenia czarnobylskie, które zlikwidował Wiktor Janukowycz. Kto się „załapał”, ten dostaje dziś pełne wypłaty czarnobylskie, kto nie – mizerne grosze. Nie rozumiem, według jakich zasad nas podzielono, ale ta niesprawiedliwość nadal nie została naprawiona.

Nie róbcie sobie na nas PR-u!

Serhij Riabow: „Nie jesteśmy bohaterami. Po prostu sumiennie wywiązywaliśmy się z obowiązku wobec kraju i ludzi”. Zdjęcie z archiwum rodzinnego.

Zarówno pracownicy opieki społecznej z Wołnowachy, gdzie mieszka Serhij, jak też specjaliści z Kijowa zapewniali nas, że wszystkie świadczenia przewidziane przez ustawę, są udzielane potrzebującym. Poszkodowani wskutek katastrofy mają też ulgi na opłaty komunalne, zwroty za kupno opału oraz prawo do bezpłatnego przejazdu transportem miejskim i pociągami podmiejskimi.

Ale nie wszystko wygląda tak tęczowo. Np. prywatni przewoźnicy wożący w pasażerów tzw. „marszrutkami”, na mocy umów z władzami miejskimi zabierają „czarnobylców” do swoich busów bezpłatnie. Ale tylko… jedną osobę. Jeśli nie było się tą pierwszą, to trzeba zapłacić.

– Teraz boimy się tylko jednego: żeby nie zabrano nam tego, co mamy. Jak to już nieraz bywało. O tym, żeby strajkować lub żądać jakichś praw, nie ma już mowy – przyznaje Serhij. – Ale do rządzących mamy pretensje tylko o jedno. Chociaż może to raczej prośba: Wzięliście się za to i napisaliście ustawę, to ją wykonujcie. Nie róbcie sobie na nas PR-u, jak lubicie to robić, ale dajcie nam realną możliwość korzystania z naszych praw! – apeluje Serhij Riabow.

Czytaj także:

Alona Mierżewska, mb, cez/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze