Skopali 9-letnie dziecko, sterroryzowali matkę. „Byliśmy jak zakładnicy!”

Mieszkanka Mińska Inna Radwilaite wracała z synem do domu. Gdy weszli do pobliskiego sklepu, trafili na milicyjną obławę. Chłopczyk został pobity i skopany, bo nie wykonał polecenia OMON-wca.

Ina Radwilaite. Zdjęcie udostępnione redakcji.

Jeśli mnie aresztują, co stanie się z dzieckiem?

Ina nadal ze strachem wspomina wydarzenia z wieczora 11 sierpnia. To co się naprawdę stało, dotarło do niej dopiero na trzeci dzień. Wychodzić z domu – nawet przed zmrokiem – boi się do dziś.

– Jestem teraz naprawdę przerażona. Obawiam się, że w każdej chwili mogę zostać aresztowana. Boję się nie tylko wyjść na zewnątrz, ale i być w domu – a co, gdyby ktoś się włamał? Mieszkam sama z dzieckiem. Jeśli mnie aresztują, co się z nim stanie? To jest jakiś koszmar. Dziecko przeżywa ogromny stres, nie śpi dobrze.

Po „spotkaniu” z milicjantami. Zdjęcie udostępnione redakcji.

Feralne zakupy

Ina wracała do swojej dzielnicy – na Kamienną Górkę – około 23:00.

– Wracaliśmy z przychodni do domu. Tylko nie było zasięgu i nie mogliśmy wezwać taksówki. A wszędzie wokół strzały, huki… W końcu poszliśmy pieszo z centrum na ulicę Puszkińską, a tam złapaliśmy taksówkę. Wstąpiliśmy do sklepu spożywczego po zakupy – wspomina. – Wtedy nie było żadnych pojazdów służb ani policji. Tak, byli tam ludzie. Ale nic w tym dziwnego, ludzie gromadzą się teraz wszędzie. Co więcej, protestujący nigdy nie stanowili dla mnie zagrożenia, w przeciwieństwie do ludzi, którzy powinni nas chronić.

Po drodze poszli do sklepu spożywczego w pobliżu domu. Chłopczyk poprosił o skorzystanie z toalety.

– Mieszkamy obok, dobrze znamy ten sklep – nie jest taki duży, więc go puściłam – mówi dalej kobieta. – A potem były wybuchy, strzelanina. Centrum handlowe ogłosiło, że jest zamknięte i nikt nie będzie mógł wejść do sklepu.

Ludzie poszli do drzwi, żeby zobaczyć, co się dzieje na zewnątrz. Ina też. Zaczęła nagrywać na telefon to, co się dzieje.

„Gonili, strzelali, rzucali granatami”

– Było tam wielu milicjantów. Gonili ludzi, strzelali, rzucali granatami. Osoby, które wyszły ze sklepu – z torbami, z artykułami spożywczymi – były natychmiast aresztowane i pakowane do autobusów. Zrozumieliśmy, że jesteśmy zamknięci, że jeśli będziemy chcieli wyjść i wrócić do domu, to zostaniemy zatrzymani.

Dziennikarz Biełsatu: „W areszcie było bicie i bochenek chleba na 13 osób”

Ludzie czuli się jak zakładnicy. Najstraszniejszy był moment, gdy oddziały OMON-u zaczęły wyważać drzwi.

– Szef ochrony sklepu poprosił, żeby człowiek, który zaczął wyważać drzwi, zadzwonił do swojego przełożonego, żebyśmy mogli dowiedzieć się kim oni są – a może gangsterami? – wspomina Ina. – Chciał wyjaśnić, że jesteśmy spokojni, nie ma tu żadnej akcji, że to są zwykli klienci, kobiety z dziećmi. Ale nikt go nie słuchał. Zaczęli tłumem wyważać drzwi. Wiedziałam wtedy, że wtargną do środka, a moje dziecko wciąż było w toalecie, bardzo się bałam.

„Nikt nie chciałby słuchać…”

Wszyscy zaczęli panikować. Ludzie zaczęli krzyczeć.

– Pobiegłam w kierunku toalety, i usłyszałam za plecami, że już są w środku. Krzyczeli na ludzi używając wulgaryzmów, bardzo wymownych. „Mordy na podłogę! Pod ścianę!”.

Ina schowała się pod ladą, żeby zobaczyć, co się dzieje i złapać syna, gdy tylko wyjdzie z toalety.

– Wiedziałam, że gdybym się nie ukrywała, zostałabym zatrzymana i nie mogłabym nikomu niczego wyjaśnić. Nikt nie chciałby słuchać, że mam tu dziecko. Kiedy się ukrywałam, czułam się, jakbyśmy zostali schwytani przez terrorystów, że to nie policja, która miała nas chronić.

Pobity, bo szukał mamy

Syn długo nie wychodził. Ina nie mogła tego znieść i poszła go szukać.

– Wyszłam i rozejrzałam się – wielu ludzi leżało na podłodze, niektórzy stali pod ścianą. Na podłodze było dużo krwi. Na kobiety krzyczeli policjanci, wyzywali je od prostytutek. One także dostały rozkaz położenia się „mordami” do ziemi.

Zaczęła głośno wołać syna. Wtedy zobaczyła go na podłodze z jakąś kobietą, która przykryła go własnym ciałem.

– Usłyszał mnie, podbiegł. Powiedział mi, że go pobili i kazali położyć się na podłodze. A on nie chciał, opierał się, chciał iść mnie szukać – mówiła nam Ina ledwo powstrzymując łzy. – Kiedy opowiadam o tym wszystkim, znowu wraca to nieprzyjemne uczucie i strach…

Ludzi dosłownie wywlekano ze sklepu. Niektórzy zostali zabrani do autobusów, inni zostali na zewnątrz.

Podczas wczorajszych protestów zatrzymano ponad tysiąc osób. 51 osób w szpitalach

– Trzymałam mojego syna mocno i wyszłam na zewnątrz. Może mnie nie zabrali, bo byłam z dzieckiem. Na ulicy nie wiedziałem, dokąd się udać, żeby było bezpiecznie.

„Trzymaj mnie za rękę, a nikt was nie skrzywdzi…”

Dookoła ludzie próbowali uciec, gonili ich funkcjonariusze OMON-u, strzelali. Wszędzie unosił się gaz.

– Oczy łzawiły, trudno było oddychać. Po prostu nas truli. Powoli poszłam w kierunku mojego domu. Zbliżał się do nas konwój, a ja zacząłem do nich krzyczeć – zabierzcie mnie i mojego syna do domu, boję się, chcę wrócić do domu! Bałam się, że nas zabiją.

Jeden mundurowych podszedł do Iny i zapytał ją, gdzie mieszka. Wziął ją za rękę i powiedział, że zaprowadzi ją do domu.

– Gdy przechodziliśmy obok autobusu, bałam się, że mnie tam wciągnie. Powiedziałam: „Nie, nie pojadę autobusem”.

Homel: mężczyzna zmarł po zatrzymaniu

Ale milicjant doprowadził ich do skrzyżowania.

– Cały czas mnie uspokajał, mówił, że nikt mnie nie skrzywdzi, żebym się nie bała i trzymała go za rękę. Ale mój syn był w ogromnym stresie, cały czas krzyczał: „Mamo, nigdy więcej nie pójdę do łazienki, przepraszam”. Teraz nie sypia dobrze, jest zdenerwowany.

Mówiąc o stanie syna, kobieta znowu prawie płacze. Ale próbuje się pozbierać i dalej wspomina wydarzenia z tamtego wieczoru:

– Na skrzyżowaniu, zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle. I nagle pojawiły się niebieskie autobusy, wyskoczyli z nich ludzie z bronią w czarnych mundurach i zaczęli strzelać do samochodów.

Wtedy towarzyszący matce z dzieckiem oficer po prostu zepchnął ich z drogi, żeby nie zostali trafieni przez kule. Sam pobiegł gdzie indziej.

Pożegnanie pierwszej ofiary protestów w Mińsku NA ŻYWO

W złym miejscu o złej porze?

– Zaczęło się tam dziać coś strasznego. Zostawiono nas samych. Widziałam już mój dom. Przechodziliśmy na zielonym świetle, a kiedy byliśmy na środku drogi, zobaczyłam, że pędzi na nas radiowóz i dwa niebieskie autobusy. Niemal nas potrąciły, przejechały na czerwonym świetle.

Kiedy Ina z synem jakoś przedostała się na drugą stronę ulicy, podeszła do ludzi w mundurach. Zaczęła ich prosić, aby zaprowadzili ją do domu. Wciąż się bała, ponieważ widziała obok jej bloku tłum ludzi i słyszała strzały. Jeden z funkcjonariuszy podszedł do dowódcy i zameldował mu o sytuacji.

– Przełożony podszedł, a ja zaczęłam mówić: „Może pan mi wytłumaczyć, gdzie ja się znajduję? Czy jestem w centrum Mińska, w centrum Europy? Dlaczego boję się wrócić do domu z moim dzieckiem? Dlaczego oni tak z nami postępują?”

Milicjant miał jej odpowiedzieć, że znalazła się „w złym miejscu o złej porze”. I żeby szła do domu.

– Mówię mu, że się boję, a on odpowiada: „Jeśli się pani boi, to wsadzimy was z synem do autobusu i będziecie siedzieć tam. Miał najpewniej na myśli: „Kobieto, nie prowokuj mnie, bo was zamkniemy w tym autobusie”. Zamilkłam.

„O co walczycie? – A ch… wie”

Dowódca kazał swoim ludziom odprowadzić ją z synem. Jak policzył chłopiec, towarzyszyło im sześciu funkcjonariuszy. Ina usiadła na ławce przy wejściu, żeby się uspokoić. Zapytała swoich konwojentów, o co walczą.

„A ch… wie” – odpowiedzieli wulgarnie. – Oni sami nie wiedzą, dlaczego biją ludzi – dzieci, kobiety… – podsumowuje kobieta.

„Czytaj, albo cię zastrzelę”: chłopaka zmuszono do przyznania się przed kamerami do udziału w zamieszkach

Już w domu zobaczyła krew na spodniach i ranę na nodze. Inna mówi, że nawet nie zauważyła, gdzie i kiedy to się stało, bo nie czuła żadnego bólu.

Tego nie da się wybaczyć

– To było okropnie przerażające. Te kilka minut strachu, że jestem zakładnikiem terrorystów kosztowały mnie połowę życia. A tego, że tak dręczyli mojego syna, nigdy im nie wybaczę – mimo napływających do oczu łez, w głosie kobiety słychać gniew. – Milicjant kopnął syna w nogę, został ogromny siniak. A kiedy syn nie chciał leżeć na podłodze, dostał pałką w plecy.

Czegoś takiego nie jest w stanie wybaczyć.

– Dlaczego nam to zrobili? Byliśmy tylko zwykłymi klientami w sklepie. Nie uczestniczyliśmy w protestach, nie przeciwstawialiśmy się władzy. Ale ucierpieliśmy fizycznie i moralnie. Kto za to odpowie? Dlaczego mówią mi, że byłam w złym miejscu o złej porze? I dlaczego oni – milicja – nie przemyśleli swoich działań, nie wzięli pod uwagę, że mogą tam być zwykli obywatele, kobiety, w tym kobiety w ciąży, dzieci? Dlaczego jak psy rzucali się na ludzi i bili ich tak, że na podłodze były kałuże krwi?

na, cez/ belsat.eu

Wiadomości