Krótki przewodnik po parlamentaryzmie na Białorusi i jej okolicach


Gmach Domu Rządu w Mińsku, będący siedzibą białoruskiego parlamentu. Zdj. Joanna Borowska/FORUM

Białoruski parlament bardziej przypomina te z postsowieckiej Azji, niż pełne wad, ale demokratyczne z Ukrainy i Gruzji. Łukaszenka postawił na pełną fasadowość i nie pozwolił nawet na powstanie lojalnych wobec władzy, ale cokolwiek znaczących partii.

Jutro Białorusini wybiorą Izbę Reprezentantów, czyli izbę niższą swojego parlamentu. Skład Rady Republiki, czyli izby wyższej (pełni rolę zbliżoną do senatu) wyłoniono dziesięć dni temu. Wybory w tym kraju pełnią rolę testu intencji prezydenta: raz trochę luzuje reżim i dopuszcza kilku kandydatów opozycji, innym razem całkowicie skreśla opozycję z listy, a najczęściej manipuluje i fałszuje wybory.

Wytrawni analitycy mogą jeszcze coś wyczytać ze składu parlamentu. Czy więcej będzie lobby agrarnego i dyrektorów kołchozów, czy może prezesów z przemysłu, a może młodej nomenklatury? Parlament i tak będzie pełnił rolę fasadową.

Kadłubek, fasada, para-demokratyczna dekoracja – tak jest najczęściej nazywany białoruski parlament. Nie jest pod tym względem ewenementem wśród państw powstałych z rozpadu ZSRR. Plasuje się bliżej środkowoazjatyckich „parlamentów”, niż rosyjskiej Dumy. Daleko mu do parlamentów Ukrainy i Gruzji. Brak odgrywających jakąkolwiek, nawet fasadową, rolę partii politycznych sprawia, że białoruską Izbę i Radę wyprzedza nawet oddany dynastii Alijewów parlament Azerbejdżanu. W nim przynajmniej są jakieś rywalizujące ze sobą partie.

Niemi deputowani

W białoruskim parlamencie aktywność, a raczej zdolność inicjowania samodzielnych zmian ograniczona jest do absolutnego minimum. W dwóch sesjach jesiennej i wiosennej, 174 parlamentarzystów (w sumie 110 w izbie niższej i 64 w Radzie Republiki) przegłosowują pakiety ustaw przysłanych z administracji prezydenta Alaksandra Łukaszenki. Inicjatywa ustawodawcza jest właściwie jedynie po stronie prezydenta. Nie ma przecież normalnego systemu partyjnego.

 

Wzorzec z Sevres postsowieckiego parlamentaryzmu, czyli rosyjska Duma, wygląda przy białoruskiej Izbie Reprezentantów, jak grecka agora z czasów świetności demokracji ateńskiej. W Dumie są partie. Fakt, że wszystkie są kontrolowane przez Kreml. Rządzi Jedna Rosja z premierem Dmitrijem Miedwiediewem na czele, plus jej przybudówki o nacjonalistycznych, bądź komunistycznych profilach. A jednak rosyjski system jest lepszy w tworzeniu pozorów.

238 incydentów w 3 dni. Fałszywe wybory na Białorusi

W wyborach Rosjanie pozornie mają większą ofertę ideologiczną. Pozornie Duma czasem przejawia jakąś inicjatywę ustawodawczą i czasem nawet prowadzone są dyskusje i spory. W rzeczywistości pełni ona rolę wielkiego forum, na którym ścierają się interesy lobby regionalnych, korporacji różnych gałęzi gospodarki, czy nomenklaturowych klanów. Jest zarządzana żelazną ręką przez kremlowskiego namiestnika Wiaczesława Wołodina.

Tak aby pozory demokracji były, ale żeby sytuacja nie wymykała się spod kontroli. I np. nikomu nie przyszło do głowy inicjowanie ustaw szkodliwych dla kremlowskiego systemu władzy. Putin skutecznie zmarginalizował parlament i uczynił z niego trybik w swoim systemie władzy. A przecież rosyjski parlamentaryzm pełen skłóconych partii i sterowanych przez oligarchów frakcji jeszcze w latach 90. był na dobrej drodze, by przypominać taki, jaki widzimy dziś na Ukrainie, czy w Gruzji.

Szable oligarchów

Od kilku dni przed siedzibą parlamentu w Alei Rustawelego w Tbilisi gromadzą się demonstranci. Trwają manifestacje opozycji niezadowolonej z rządów partii Gruzińskie Marzenie. W samej partii doszło do rozłamu. W parlamencie trwają gorące debaty. Najważniejsze i decydujące dla gruzińskiej demokracji wydarzenia nie raz rozgrywały się na ulicy. Gruziński parlament widział przewroty i rewolucje, bijatyki, a nawet strzelaniny. Być może teraz rozegra się w nim spektakularny upadek rządów oligarchy Bidziny Iwaniszwilego, lidera, sponsora i właściciela Gruzińskiego Marzenia.

Gruziński parlament zdominowany przez oligarchię (a właściwie jednego oligarchę), jest przez to ułomny. Ale trudno odmówić Gruzji prawdziwej demokratycznej debaty, a parlamentowi znaczenia dla systemu politycznego. Jest głośny, zanarchizowany, ale tak wykuwa się demokracja – w parlamentarnej konfrontacji i frakcyjnych przepychankach. Podobnie, choć w wersji turbo, jest w ukraińskiej Radzie Najwyższej.

Budynek przy ulicy Hruszewskiego w Kijowie jest chyba najczęściej obleganą przez wszelkiej maści demonstrantów świątynią demokracji na świecie. W pobliskim parku Maryjskim namiotowe miasteczka są stałym elementem krajobrazu. Pod mównicą ukraińskiej rady deputowani tłukli się na pięści i szarpali. Zaczynały się i kończyły rewolucje zmieniające bieg historii. Jednak na zapleczu ukraińskiej Rady parkują mercedesy, bentleye i maybachy sterników ukraińskiego parlamentaryzmu. Tak, na Ukrainie jest żywy i gotujący się system partyjny. Są pieniądze, to partia powstaje w miesiąc.

Tak było choćby niedawno ze Sługą Narodu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego – zbudowana w kilka tygodnia partia wygrała wybory i rządzi. Ideologia? Nie ma znaczenia. Partie w Gruzji, czy na Ukrainie nie mają jeszcze ideologii, albo mają ją dobieraną pod sondaże. To partie jednego lidera, zbieraniny „szabel” które zbiegają się do magnata, kiedy rośnie w siłę i opuszczają go, gdy słabnie.

Są partie Poroszenki, Tymoszenki, Laszki, czy Zełenskiego. Partie oligarchów, które co wybory kupują masowo głosy śrubowanymi do maksimum populistycznymi obietnicami. A jednak w tym zanarchizowanym tyglu na Hruszewskiego, czy Rustawelego jest więcej demokracji, niż we wszystkich parlamentach postsowieckich (za wyjątkiem nadbałtyckich) razem wziętych. I co najważniejsze – gruzińscy i ukraińscy parlamentarzyści dobrze zdają sobie sprawę z własnych niedoskonałości.

Model azjatycki

Środkowoazjatyckie „parlamenty” (medżlisy) wywodzą swoje tradycje od rad stepowych koczowników i sowieckiego, scentralizowanego systemu zarządzania. To nie są najlepsze wzorce. Nic dziwnego, że w Turkmenistanie, Uzbekistanie, czy Kazachstanie stały się one zdyscyplinowanymi przybudówkami dla władzy liderów-prezydentów. Pełnią raczej rolę dworu monarchy z czeredą potakiwaczy, przy okazji czasem załatwiających jakiś interes dla swojego klanu, miejscowości, kiedy uda się wkraść w łaski władcy.

W Turkmenistanie pierwsze wybory do których dopuszczono inne, niż prezydencka partia, odbyły się dopiero w 2013 r. Oczywiście nadal nie ma miejsca na improwizację i działania w jakikolwiek sposób niezgodne z linią lidera. W kazachskim „parlamencie ” partia Nursułtuna Nazarbajewa – Nur Otan (czyli Światło Ojczyzny) ma 84 na 107 mandaty. Stosunkowo najbardziej demokratyczna jest władza ustawodawcza Kirgistanu. Podzielona na rzeczywiście rywalizujące ze sobą partie, które reprezentują klanowe bądź regionalne interesy. To efekt ostrej walki politycznej i rewolucji, które nieznacznie zdemokratyzowały życie w Kirgistanie.

Czy Kirgistan czeka trzecia rewolucja?

Podobnie wygląda sytuacja w Azerbejdżanie. Nie ma mowy o prawdziwej opozycji, ale są partie reprezentujące różne koterie i grupy interesu lojalne wobec władzy prezydenta Ilhama Alijewa. Jednocześnie władza musi brać pod uwagę interesy tych grup. Ta zależność jest daleka od demokracji, ale w ramach systemu partyjnego ma przynajmniej jakąś zinstytucjonalizowaną formę.

Na Białorusi Łukaszenka również uwzględnia interesy nomenklaturowych klanów i wpuszcza je do parlamentu. Jednak nie dał im szansy zrzeszyć się w partie i przez to nabrać siły. Postawił na rozdrobnienie, a brak systemu partyjnego nazywa prawdziwą demokracją. W ten sposób wie, że ze strony parlamentu nic mu nie grozi.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze