„Jeśli złapali parę – chłopaka bili, a dziewczynę zmuszali do patrzenia lub na odwrót” – relacja z mińskiego aresztu

Uładzisłau, który został zatrzymany podczas protestu uważa, że miał szczęście, gdyż został „jedynie” pobity, a nie jak inni poddany metodycznym torturom.

28-latek urodził się w Mińsku, ukończył studia prawnicze na Wydziale Prawa Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego, specjalizując się jako adwokat i notariusz. Po studiach pracował i mieszkał w Moskwie. W 2016 roku wrócił do Mińska, próbował pracy jako komornik, wkrótce jednak wyjechał do Polski i ponownie wrócił na Białoruś. W 2018 roku zaczął wszystko od zera.

Uładzisłau. Zdj. z archiwum bohatera tekstu

Teraz Uładzisłau pracuje jako pomocnik wychowawcy w przedszkolu. Po ostatnim powrocie do ojczyzny całkowicie zrezygnował z pracy w swoim zawodzie i przeniósł się do sfery socjalnej. Belsat.eu rozmawiał z nim o wydarzeniach z ostatnich tygodni i o tym, skąd wzięło się zainteresowanie polityką.

Wszystko zaczęło się od podpisów dla Babaryki

– Start Babaryki w wyborach stał się dla mnie punktem wyjścia – mówi Uładzisłau. – Złożyłem podpis pod jego kandydaturą, zwerbowałem wszystkich moich przyjaciół, aby też się podpisali, krótko mówiąc była to maksymalna agitacja dla Babaryki. Naturalnie, spodziewałem się, że nie będzie uczciwych wyborów, że w rzeczywistości jesteśmy prawie sto lat do tyłu, ale kiedy Babaryka został zatrzymany razem z synem, byłem zaskoczony, myślałem, że przynajmniej syna zostawią w spokoju.

Zdj. z archiwum bohatera tekstu

9 sierpnia już rozumiałem, że mimo inicjatywy „Gołos”, mimo ludzi zebranych wokół lokali wyborczych, mimo apeli do sumienia członków komisji wyborczych, trzeba wyjść na ulicę i bronić tam swojej obywatelskiej pozycji.

W noc wyborów byłem w pobliżu Placu Zwycięzców, obok mnie wybuchł granat i spalił moje ubranie. Po aresztowaniu ludzie pomogli mi tym, że zabrali moje ubrania, bo gdyby je zobaczono, to widać by było, że stałem w pierwszym rzędzie. Mógłbym wyjść z aresztu jako inwalida.

Zmęczony uciekaniem przed OMON-em

– Zostałem zatrzymany o 2:00 nad ranem. Początkowo udało mi się uciec, gdy rozpraszali protest. A potem byłem tak zmęczony bieganiem, że właściwie sam się poddałem. Wyszedłem na aleję koło placu Jakuba Kołasa i tam zostałem zatrzymany.

Uładzisłau, Zdj. z archiwum bohatera tekstu

Z więźniarki już wybiegaliśmy sami. Zdałem sobie sprawę, że trzeba biec wzdłuż osobliwego szeregu złożonego z funkcjonariuszy OMON. Ci, którzy się potknęli lub nie biegli wystarczająco szybko, byli natychmiast bici. Mieli broń i psy. Na ul. Akreścina ustawiono nas w rzędzie na kolanach, naprzeciwko ogrodzenia, zabroniono nam obracać się, a następnie wyzywano i pobito. Byliśmy bici za wszystko. Nie było dobrego ani złego zachowania. Nieważne, jak nisko trzymasz głowę, czy milczysz, czy odpowiadasz na pytania. I tak biją wszystkich. Jeden chłopak został pobity za nazwisko Cichanowicz, ponieważ, jak powiedzieli, brzmi podobnie do Cichanouskiej.

Funkcjonariusz OMON-u na Marszu Pokoju i Niepodległości w Mińsku 20 sierpnia br. Zdj. Iryna Arechouskaja/ Belsat.eu

30 osób w celi

– O świcie, byliśmy już w areszcie, tam też nas pobili. Szczególnie zapadła mi w pamięć kobieta, która krzyczała na wszystkich i ciągle znęcała się nad nami. Niektórzy nie wytrzymywali i wypróżniali się siedząc tam, ktoś ze strachu, ktoś z bólu… U funkcjonariuszki wywoływało to jednocześnie obrzydzenie i śmiech. Krzyczała: „Wy, świnie, śmierdzicie, zesraliście się, nie jesteście ludźmi, bądźcie mężczyznami”.

Można powiedzieć, że to była przede wszystkim presja psychologiczna z jej strony. Pokazywali mi później zdjęcia, ale trudno było ją rozpoznać; widziałem ją tylko przez kilka sekund i to w masce. Miała ona wpływ nie tylko na aresztowanych, ale i na funkcjonariuszy OMON-u, nakręcała ich mówiąc: „Mocniej, uderz go, tak trzeba z tymi sukami”. Była chyba nawet bardziej okrutna od samych funkcjonariuszy. Można powiedzieć, że oni byli jak z drewna – chodzili, przeklinali, bili. A ona naprawdę upokarzała, wykańczała psychicznie. Wiem, że prędzej czy później ją znajdą.

Zatrzymani opuszczają areszt na ul Akreścina w Mińsku. 13 sierpnia 2020 r. Zdj. Alaksandr Wasiukiewicz/ Vot-tak.tv / Belsat.eu

Jestem przekonany, że zabito tam co najmniej dwie osoby, bo słyszeliśmy za ścianą celi, jak przestali w ogóle jęczeć po pobiciu. 10 sierpnia przywieźli ludzi z „barykady” protestu. Gdy znajdowali nóż, gaz pieprzowy, cokolwiek, od razu torturowali, a na ciele torturowanych nie zostawało nawet jedno nieposiniaczone miejsce”.

Miałem szczęście w porównaniu z tymi, którzy byli specjalnie torturowani w areszcie na Akreścina. Siniaki na moich stopach i plecach już znikły.

Dręczyli nas fizycznie nas od nocy 9 sierpnia do 10 sierpnia rano. Wszystko, co się później wydarzyło, było bardzo trudne psychiczne. Zamknięto nas w celi numer 3 na parterze. W sześcioosobowej celi było 30 osób. Bez powietrza, bez jedzenia. I każdej nocy słyszeliśmy, jak przywożą nowych ludzi, biją ich i okaleczają. W naszej celi nie osadzono nikogo nowego, zupełnie nie wiedzieliśmy, co się dzieje.

Pod aresztem na ul. Akreścina. Ludzie usiłują dowiedzieć się, gdzie przetrzymywani są ich bliscy. Zdj. TK/ Belsat.eu

Ile osób przebywało w areszcie?

– Zaczęliśmy liczyć, ile osób może zmieścić się w areszcie. Był z nami jeden chłopak, który był na Akreścina nie pierwszy raz i udało nam się mniej więcej obliczyć liczbę cel na czterech piętrach. Wyliczyliśmy, że może tam być 800 osób jednocześnie. Ale przywozili tak wielu ludzi, że według naszych obliczeń już 11 sierpnia osób nie było gdzie osadzać nowych więźniów. Kompletnie nie wiedzieliśmy, gdzie ich umieszczają. Naiwnie myśleliśmy, że jeśli w naszej celi jest 30 osób, to w innych też będzie 30. Nie wiedzieliśmy, że wsadzają do cel po 40, 50 osób. Poza tym nie liczyliśmy dziedzińców, na których również trzymano ludzi.

12 sierpnia przeniesiono do nas nowych ludzi, którzy byli do tej pory trzymani na dziedzińcu. Oni opowiedzieli nam o tym, co się działo 10 sierpnia, o tym jak znęcano się nad kobietami i parami. Na przykład, jeśli złapali parę – chłopaka bili, a dziewczynę zmuszali do patrzenia lub na odwrót.

Snajperzy na dachu aresztu na ul. Akrestina w Mińsku. Zdj. VASILY FEDOSENKO / Reuters / Forum

Opowiedzieli nam, jak stali na dziedzińcu, jak wylewano na nich wodę i mocz, zostawiano bez ubrania na noc, żeby ludzie zamarzli. Z mężczyznami były tam też kobiety, którym nie dawali wody, nie wolno było chodzić do toalety, zmuszano je albo do wypróżniania się pod siebie, albo do odpływu kanałowego, który znajdował się na wewnętrznych dziedzińcach. U nas na drugi dzień wszyscy dostali zapalenia spojówek od duszności, nie widzieliśmy w celi nic, a oni byli torturowani zimnem na zewnątrz.

Sędzia Linnik

– Potem był proces, a raczej parodia procesu. Do aresztu przyprowadzono sędziów, niektórych zaprowadzili do gabinetów, niektórzy stali na korytarzu. Zaczęli nas wywoływać, znowu na kolana, znowu bili… to był już trzeci dzień, cały ten czas nie jedliśmy i prawie nie spaliśmy.

Mi przypadła młoda pani sędzia Tacciana Linnik (sędzia sądu dzielnicy Pierszamajski Rajon w Mińsku. – belsat.eu). Sędzia była spokojną kobietą z dwójką dzieci, bała się wszystkiego, ale z jakiegoś powodu nie bała się nas ukarać. Zostałem skazany na 14 dni. Poprosiłem ich tylko, żeby zadzwonili do mojej mamy i powiedzieli jej, że żyję. Jak się później okazało, nikt do niej nie zadzwonił. Potem zabrakło im już czasu, więc ostatni z nas zostali osądzeni w następujący sposób: otwierali okienko w celi, wywoływali nazwisko i pytali: „Zgadzasz się?”. Ludzie pytali „Z czym?”. I w odpowiedzi znów słyszeli: „Zgadzasz się?”. I to wszystko. Nawet nie podawali, jaki jest wyrok. „Zgadzam się” – okienko się zamyka. Nikt nie powiedział „nie zgadzam się”, bo czwartego dnia wszyscy chcieli jednego – wyjść z aresztu żywym.

Bohater rozmowy na jednym z protestów

Raj pod Słuckiem

– 13 sierpnia zaczęli nas wywozić z aresztu na Akreścina, zabierali nas do Słucka i przekazywali wojsku. Wyrzucili 100 brudnych, śmierdzących, pobitych mężczyzn, jakbyśmy wrócili z jakiejś wojny. Żołnierze patrzyli na nas wielkimi oczami, po prostu nie rozumieli, co się dzieje. Tam doprowadzili nas do porządku na tyle, na ile to było możliwe. Odprowadzili nas pod prysznic, nakarmili, dali nam osobne łóżka. Na tle tego, co było wcześniej, to był raj.

A następnego dnia ogłoszono, że wszyscy jesteśmy zwolnieni. Wyprowadzili nas za punkt kontrolny, a tam stały setki samochodów, ludzie płakali i „identyfikowali” swoich bliskich. Tego samego wieczoru pojechałem na wiec na ulicę Puszkińską, gdzie był już pomnik zamordowanego Alaksandra Tarajkouskiego.

Po wypuszczeniu na wolność, poszedłem do sądu, aby uzyskać decyzję, w której napisano mój wymiar kary. Mój prawnik złożył skargę na tę decyzję. Potrzebuję tych formalności, aby po zakończeniu tego procesu mieć dokumenty i domagać się sprawiedliwości zgodnie z prawem, kiedy zacznie ono w końcu działać. Ale teraz mieszkamy w kraju, gdzie więźniowie z Akreścina skarżą się do Komitetu Śledczego na brutalność policji, a w odpowiedzi przeciwko nim wszczynana jest sprawa karna…

Miałem nadzieję, że zmienimy władzę w ciągu tygodnia, ale teraz zdaję sobie sprawę, że może to potrwać dłużej niż miesiąc. Gdyby nie Rosja z jej podobnym reżimem, który może zapewniać niekończące się wsparcie finansowe, Łukaszenki dawno by już nie było.

Według danych białoruskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych podczas protestów zatrzymano około 7000 osób.

  • 10 sierpnia w Mińsku zginął 34-letni Alaksandr Tarajkouski. Według materiałów wideo, został zastrzelony na miejscu. Oficjalnie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oświadczyło, że w jego rękach eksplodował nieznany obiekt.
  • 11 sierpnia w Homlu zmarł 25-letni Alaksandr Wiсhor, który został zatrzymany 9 sierpnia. Oficjalnie przyczyna śmierci wciąż jest badana.
  • 16 sierpnia zmarł 19-letni Artem Parukou, który według oficjalnych źródeł został potrącony przez samochód na Alei Partyzantów w Mińsku.
  • 19 sierpnia w mińskim szpitalu wojskowym zmarł 43-letni Hiennadź Szutau. Postrzelony w głowę 11 sierpnia podczas protestów w pobliżu moskiewskiej administracji w Brześciu.
  • W Wołkowysku znaleziono ciało 29-letniego Konstantina Sziszmakawa. Był członkiem komisji okręgowej i odmówił podpisania ostatecznego protokołu. 20 sierpnia jego krewni odmówili dziennikarzom komentarzy na temat jego śmierci. Przyczyny są nadal nieznane.
  • Mikita Kryucou stał się szóstym aktywistą, który zginął na Białorusi od początku protestów przeciwko sfałszowanym wynikom wyborów prezydenckich. Zniknął 12 sierpnia. Jak mówi jego rodzina, tego dnia rano pojechał do pracy we wsi Korolew Stan pod Mińskiem. Ciało Mikity Kryucowa zostało znalezione 22 sierpnia w lesie w Mińsku.

HA/МW belsat.eu

Wiadomości