Agnieszka Romaszewska: Bukowski był tak bardzo Rosjaninem, a jednak Polska stała się Jego zastępczą ojczyzną


Władimir Bukowski

Dyrektorka Biełsatu wspomina zmarłego w niedzielę w Wielkiej Brytanii sowieckiego i rosyjskiego dysydenta Władimira Bukowskiego.

– Pan wie Władimirze Konstantinowiczu, że być może także i mnie zawdzięcza Pan wolność? – zapytałam kiedyś Bukowskiego .

– Wam? Daaa… Wazmożna…no kakim sposobom? – wytrzeszczył na mnie oczy w zdumieniu.

Siedzieliśmy u moich Rodziców w domu i Tata (Zbigniew Romaszewski – Belsat.eu) pił z Wołodią jakieś whisky, mama czujnie przyglądała się ile wypiją.

A było to tak: Był rok 1975… sierpień. W drewnianej, prawie stuletniej chałupie na Tarasówce Rodzice jak zwykle słuchają z tranzystora Wolnej Europy, a Tata jeszcze próbuje słuchać Radia Svobody po rosyjsku…

W poprzednich latach Tata, był na rocznym stypendium, potem na kilku na wyjazdach służbowych w Moskwie w Akademii Nauk ZSRR, prowadził tam badania oddziaływań mikrofal na coś tam (nie pytajcie na co, to ojciec był fizykiem, a ja nie…), Z Rosji przywiózł nieskończoną liczbę taśm do szpulowego magnetofonu z samizdatowymi nagraniami rosyjskich bardów. Zaczynał jak wszyscy – od Okudżawy, a zwłaszcza Wysockiego, którego mieliśmy chyba wszystkie nagrania, ale ostatecznie zakochał się całkiem w melodeklamowanej przy gitarze poezji Aleksandra Galicza. Z Moskwy Tata przywiózł też kilka przyjaźni i wiedzę o ruchu dysydenckim, gdyż jego środowisko fizyków, w latach 60. kręciło się gdzieś po obrzeżach tego ruchu.

Odszedł Władimir Bukowski, dysydent, którego chcieli skompromitować Chruszczow, Breżniew i Putin

Potem mama (Zofia Romaszewska – Belsat.eu) z koleżanką i ze stoma dolarami w kieszeni, pojechała trabantem czy może nawet skodą, po raz pierwszy w życiu na Zachód. i przy okazji poza tym, że kupiła dla mnie lalkę Barbie, to z Kultury Paryskiej zabrała kupę książek. Po polsku i po rosyjsku. Między innymi Archipelag Gułag i w „Kręgu Pierwszym” i „Oddział Chorych na raka” Aleksandra Sołżenicyna… Zostawiła je u brata babci – wujka Jurka w Puchovie na Słowacji, a my z babcią Zosią przetransportowałyśmy je później do Warszawy.

To był mój czas, pół dziecięcej jeszcze, inicjacji. Żyłam pomiędzy Archipelagiem Gułag, a Jurijem Gałanskowem, który zmarł w wieku 33 lat w łagrowym szpitalu odmówiwszy proszenia o ułaskawienie i generałem Petro Grigorienką, którego wsadzili do psychuszki za obronę Krymskich Tatarów. Doskonale wiedziałam, kto to jest Natalia Gorbaniewska, choć miałam ją poznać dopiero za dobre parę lat. I co to „Kronika wydarzeń Bieżących” (Хроника Текущих Событии), czyli samizdatowe czasopismo, które wtedy wychodziło nielegalnie w ZSRR.

Wtedy, w sierpniu 75, Svoboda podawała informację, że młodego i superdzielnego dysydenta Władimira Bukowskiego przeniesiono znów z kolonii karnej, czyli z normalnego łagru do ciężkiego więzienia we Władimirze. Rodzice bardzo byli zafrasowani. Mówili, że to świetny, po prostu świetny chłopak, jeden z lepszych w Rosji, ale że jego tam w końcu zabiją, że jego matka porusza niebo i ziemię, bo się tak tego boi. Że on ma dopiero 33 lata, a już siedział z tego 10 w więzieniu i psychiatrykach.

Wróciłam do swojego pokoju na górce, klęknęłam przy łóżku, na którym rozłożyłam wszystkie swoje święte obrazki wyjęte z książeczki do nabożeństwa i zaczęłam się modlić o jego ocalenie tak żarliwie, że nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek potem, potrafiłam w życiu tak się modlić…

Latem następnego roku przyszła wiadomość o tym, że Bukowskiego wymienili na chilijskiego komunistę Luisa Corvalana. „Pomieniali chuligana na Luisa Corvalana…”, po Rosji krążył nawet wierszyk poświęcony temu wydarzeniu. Polityka, presja międzynarodowa… ale może i modlitwa polskiej dziewczynki z warkoczykami, trochę pomogła? Kto wie?

Wołodia Bukowski był prawdziwym bohaterem i tak bardzo Rosjaninem, a jednak Polska właściwie stała się Jego zastępczą ojczyzną (choć mieszkał przecież w Londynie). Podobnie zresztą jak i Nataszy Gorbaniewskiej – która po latach bycia bezpaństwowcem, zgodziła się wziąć właśnie obywatelstwo polskie.

Strasznie On ciężkie miał życie. Niech mu Pan Bóg, o ile istnieje, da za to bardzo słodkie wieczne odpoczywanie. I choć grzeszył też niemało, ale jak to zaśpiewał poeta w epitafium dla innego Władimira „Как умел, так и жил, а безгрешных не знает Природа” (Żył jak umiał, bezgrzesznych nie zna przyroda).

I niech kiedyś jego nieszczęśni rodacy zrozumieją kto był ich prawdziwym bohaterem… Bo bohaterów i ludzi wyjątkowych nigdy w Rosji nie brakowało. Wołodia ma godne miejsce w tym Panteonie.

Agnieszka Romaszewska-Guzy/Belsat.eu

 

Zobacz też
Komentarze