„Wszędzie spalone trupy koni i ludzi” – 75 lat temu Armia Czerwona wygnała Niemców z Białorusi


Niemieckie pojazdy rozbite pod Bobrujskiem . Zdj. mil.ru

Pod koniec czerwca 1944 r. rozpoczęła się operacja „Bagration” – wielka ofensywa sowieckiej armii, która wyparła z terytorium Białorusi wojska III Rzeszy. Dzień 3 lipca – rocznica wyzwolenia Mińska – jest obchodzony jako Święto Niepodległości.

Wiktar Bałdzienka (1930-1994) w swoich po raz pierwszy publikowanych wspomnieniach opisał, jak wyglądały ostatnie dni niemieckiej okupacji na terytorium Białorusi. W czerwcu 1944 r., gdy zaczęła się sowiecka ofensywa, mieszkaniec wsi Hanczarouka pod Bobrujskiem miał 14 lat.

W początkowej fazie operacji „Bagration” sowieckie dowództwo postawiło żołnierzom 1 Frontu Białoruskiego zadanie okrążenia Bobrujska i zniszczenie broniącej go niemieckiej 9 Armii. Atak ten wszedł do historii pod nazwą „operacji Bobrujskiej”. W jej wyniku w okrążonym mieście i okolicach znalazło się 40 tys. niemieckich żołnierzy. Nastolatek był świadkiem ucieczki hitlerowskich oddziałów i przejścia frontu przez jego wieś.

Relacja Wiktara Bałdzienki zaczyna się 23 czerwca 1944 r., na dzień przed rozpoczęciem ofensywy. Jego wspomnienia publikujmy za zgodą rodziny.

„Wsiadajcie, dogonimy ich”

– Rankiem 23 czerwca do naszej wsi przyjechał jakiś niemiecki oddział, ale po pół godziny zabrali się i pojechali do wsi Harochawa. 24 czerwca po południu usłyszeliśmy z tamtej strony strzały i zobaczyliśmy jadąca kolumnę czołgów. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to nasze czołgi […] Przerażeni Niemcy przez pomyłkę ruszyli na wschód, w stronę Rogaczewa i Żłobina.

– Trzy czołgi odłączyły się od kolumny i ruszyły w stronę naszej wsi. Pobiegliśmy na ich spotkanie. Na czołgach siedziało po 3-4 desantowców. Zapytali nas, gdzie są Niemcy. Powiedzieliśmy, że w przestrachu ruszyli na wschód. Wtedy oni powiedzieli –„Wsiadajcie, dogonimy ich”.

Miejsca, w których działy się wydarzenia opisywane we wspomnieniach:

– To był szalony czyn. Na nasze szczęście Niemcy pogubili się i nie stawiali oporu, gdy ich rozjeżdżali czołgami, rozstrzeliwali z armat i automatów.

– Gnali ich tak do wsi Chimy. Cała droga była usłana samochodami, wozami i trupami Niemców. Potem dowódca wydał rozkaz powrotu. Zsadzili nas z czołgów w naszej wsi, a sami pojechali do swoich, do wsi Jasny Las koło szosy, po której już poruszały się wojska zmierzające do Bobrujska.

„Wylądowaliśmy w kotle bobrujskim”

– 25 czerwca rozpoczęły się walki o Bobrujsk […] A my wylądowaliśmy w kotle bobrujskim.

– Przez trzy doby we wsi byli, a to nasi, a to Niemcy, którzy przebijali się tu w stronę Berezyny, żeby połączyć się ze swoimi oddziałami. Nas w tym czasie ratowały ziemianki. Niemcy byli brutalni, nie chcieli umierać, strzelali, wrzucali do domów granaty, podpalali chaty.

– Ojciec, Wala i Mikałaj (brat przyrodni – Belsat.eu) schowali się w tajnej skrytce-piwniczce. Po cichu nosiłem jedzenie i opowiadałem, co się dookoła dzieje. A działy się straszne rzeczy.

– 25 czerwca ponad 500 naszych bombowców i „szturmowików” (samoloty szturmowe – Belsat.eu) zaczęło bombardować grupy niemieckich wojsk broniące Bobrujska. To było koszmarne widowisko. W ciągu 1,5 godziny na Niemców posypały się pociski różnych kalibrów. Strzelali do nich z armat i karabinów – wszystko płonęło. Potem opowiadali, że wielu Niemców, którzy przeżyli, zwariowało. Ale większość zginęła.

– A ci, którzy przyszli ze wschodu, skierowali się do lasu, gdzie znajdowały się składy amunicji i zaczęli obstrzał szosy. Wtedy nasi wystawili naprzeciwko lasu baterię – sześć wyrzutni rakiet „Katiusza” i zaczęli go ostrzeliwać. To było piękne widowisko. Oglądaliśmy jak lecą rozpalone pociski. Las się zapalił, zaczęły wybuchać magazyny amunicji. Niemcy usiłowali uciec z lasu na pola, ale tu ich witały nasze wozy pancerne z karabinami maszynowymi […].

„Mama od razu straciła przytomność”

My jednak musieliśmy dobę przesiedzieć w ziemiance, bo cały czas ze wschodu nacierali Niemcy. Nasi czołgiści głównie walczyli o Bobrujsk, a szosę ubezpieczał batalion piechoty z artylerią i wozami pancernymi.

Kanstancin i Makryna Bałdzienka, rodzice Wiktara. Zdj. archiwum rodzinne.

– I nagle 26 czerwca Niemcy zebrali siły i ruszyli do psychologicznego ataku. Wszyscy byli pijani, szli ławą, nie licząc się ze stratami. W Jasnym Lesie dochodziło do walk wręcz […] Ale i tak Niemcom nie udało się wyrwać z okrążenia. A że w naszej wsi i innych wsiach na polach było pełno Niemców, nasi zaczęli strzelać do nich z armat.

– Zginęło wielu Niemców, spalono prawie całą wieś. Trzy pociski wybuchły koło naszej ziemianki, ale że bale były związane stalowymi linami, ziemianka ocalała, nie rozpadała się. Wszyscy w schronie straszne się przestraszyli i krzyczeli. Wyjrzeliśmy na zewnątrz: Niemców nie ma, a wieś płonie. Pobiegliśmy z mamą do naszego domu. Sonię zostawiliśmy w schronie. Szybko uwolniliśmy ojca, Walę i Mikołaja z tajnego schronu. Pobiegli w żyto posiane w ogrodzie.

– Z mamą usiłowaliśmy wynieść z domu naszą maszynę do szycia Singer i kurtkę podbitą futrem, w której kieszeni były pieniądze. Nie wiem ile, ale była tego paczka. Maszynę zostawiliśmy w ogrodzie, kurtkę chciałem zabrać. I nagle zobaczyliśmy, że po drugiej stronie ulicy w okopie siedzi Niemiec z automatem. Cały osmalony, straszny.

– Mama od razu straciła przytomność. Nie wiem, dlaczego nie strzelał, ale nie myślałem o kurtce. Zacząłem ratować mamę i ciągnąć ją w stronę schronu. Potem wyjrzałem z ziemianki i zobaczyłem, że pali się nasz dom, obora i wszystkie budynki. U sąsiada również płonął dom.

„Lufą karabinu rozbili głowę”

– I tak siedzieliśmy w schronie, aż przyszli do nas ojciec, Wala i Mikałaj i powiedzieli, żebyśmy wychodzili. Niemców już nie było, a tylko byli nasi zwiadowcy.

– I co nam opowiedział ojciec i Wala: na nasze podwórko wszedł Niemiec z karabinem (może i ten sam którego przedtem widzieliśmy). Wybił okno w oborze, by urządzić zasadzkę. A nasz pies, który bardzo nie lubił Niemców, zdjął obrożę przez głowę i ugryzł Niemca w nogę. Ten krzyknął, strzelił do niego i zranił. I pies wycofał się do swojej budy, oderwał deskę i tyłem wycofał się w stronę ojca i Wali. Niemiec jeszcze raz strzelił i dobił psa. Dlaczego nie wrzucił w tamtą stronę grantu nie wiem. Może nie miał do tego głowy, a i pies go mocno ugryzł.

– Do siedzącego w życie ojca i Wali przyszli nasi zwiadowcy i przestraszyli ich. Myśleli, że to Niemcy. Opowiedzieli żołnierzom o Niemcu. Ci wybiegli z dwóch stron płonącego domu i wyskoczyli na Niemca. Ten się pogubił, chciał uciec, ale mu rozbili głowę lufą karabinu. Potem pochowaliśmy go w rowie.

– Bardzo chcieliśmy zobaczyć, co zostało z domu. Nie znaleźliśmy już kurtki w ogrodzie, maszyna została. Zostało nam tylko to, co mieliśmy na sobie. W schronie mieliśmy kilka poduszek i koców, parę jakichś ubrań.

– Z chłopakami ruszyliśmy do lasu. Chcieliśmy zobaczyć, co tam nawyrabiały Katiusze. To był straszny widok, wszędzie spalone trupy koni, ludzi, rozbite samochody, wozy konne. Nagle zobaczyłem wóz zaczepiony o drzewo a obok, żywego konia, który stał z głową przy ziemi, zaczepiwszy się o uprząż. Podszedłem do niego, on zarżał. Zacząłem go głaskać i rozplątywać uprząż. Gdy już rozplątałem, on się tak uradował, że aż mnie polizał. Zapadły się mu boki, pewnie stał tak ze dwa dni. Od razu zabrałem go do domu i wszyscy się ucieszyli. Ale zrugali za to, że poszedłem do lasu.

Ojciec Wiktara, Kanstancin Bałdzienka walczył potem na terytorium Polski. W liście pochwalnym opisano, jak uratował rannego dowódcę w czasie walk w okolicach Różan nad Narwią w październiku 1944 r. Zdj. pamyat-naroda.ru

– […] Następnego dania wszystkich zaczęli brać do wojska. Bezpośrednio do jednostek wojskowych, bo nie było żadnych komisji uzupełnień. Zabrali do armii też mojego ojca. Wszyscy bardzo płakali, żegnając się z krewnymi. W lesie znalazłem niemieckie pióra kulkowe i notesy. Oddałem je ojcu i wujowi Sciepanowi, żeby mogli pisać listy.

„Zabitych na polu zakopywaliśmy głębiej”

– Zaczął się dla nas ciężki czas. Trzeba było sprzątnąć trupy Niemców i koni, amunicję itd. […]. Kopaliśmy głębokie rowy, przyczepialiśmy do nóg Niemców sznury i końmi zaciągaliśmy ich do skraju, a potem wrzucaliśmy do rowu. To samo robiliśmy z końmi. Jednak zakopywaliśmy je oddzielnie. Zabitych na polu zakopywaliśmy głębiej, żeby można było potem orać pole. To była ciężka praca, ale trzeba było ją wykonać. Trupy zaczynały już gnić, a ludzie bali się epidemii.

Wileńszczyzna: I wojna światowa z rodzinnego archiwum

mg,mw,jb/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze