Swiatłana Cichanouskaja dla Biełsatu: „Ludzie nie lubią tego prezydenta”

Swiatłana Cichanouskaja. Zdj. Alisa Hanczar/belsat.eu

Swiatłana Cichanouskaja jest główną konkurentką Alaksandra Łukaszenki w wyborach prezydenckich 9 sierpnia. Belsat.eu rozmawiał z nią na temat ogromnej mobilizacji społecznej, odpowiedzialności politycznej oraz wizji polityki międzynarodowej, którą przedstawia kandydatka.

– Na Pani mityngi przychodzą obecnie tysiące osób. Czy rozpoczynając tę kampanię przypuszczała Pani, że aż tak się ona rozwinie?

– Szczerze mówiąc, tak, oczekiwałam. Ponieważ w kraju jest bardzo duża potrzeba zmian. Jednoczy też fakt, że na te mityngi przychodzą nie tylko zwolennicy moi i mojego męża, ale także Wiktara Babaryki i Walerego Capkały. Choć może muszę przyznać, że aż takiej skali się nie spodziewałam. Ale z drugiej strony, ludzie chcą zmian i wychodzą, żeby to pokazać.

– Czy oni dokładnie wiedzą, czego chcą, czy po prostu nie chcą Łukaszenki?

– Co to znaczy dokładnie? Oni dokładnie wiedzą, że nie chcą żeby ich łapano na ulicy, gdy stoją w kolejce. Nie chcą też, żeby za to, że powiedzą coś przeciwko władzy, przychodzono po nich i skazywano na 15 dni aresztu. Oni nie chcą, żeby im w pracy zamykano usta i traktowano jak niewolników. Tam kwitnie chamstwo ze strony kierownictwa. Ludzie tego nie chcą.

Większość ludzi nie wie, jakie procesy odbywają się we władzach, jak zorganizować kierowanie państwem. Ale dokładnie wiedzą, że chcą być ludźmi, a nie jakimś tam “ludkiem”, jak mówi nasz prezydent.

– Ludzie to znosili latami. Wcześniej takiej skali manifestacji nie było…

– Nie, ludzie wychodzili w 2010 roku i wcześniej w 2006 roku, ale te próby były pacyfikowane. W tym roku sytuacja jest wyjątkowa. Jest więcej informacji, które się bardzo szybko rozchodzą. W 2010 roku tego nie było, i wtedy spacyfikowano manifestacje, ale teraz już nie ma co mówić o takich manifestacjach. My będziemy mieć cywilizowane metody rozwiązania tych kwestii.

Chcemy działać zgodnie z prawem. Nikt nie chce krwi. Nie chce, żeby cierpieli ludzie.

Ostatnio widzimy i te czołgi, i wojsko. To nikomu nie jest potrzebne, ja nie chcę żeby ludzie w ten sposób ucierpieli. Żeby tego nie było, wystarczy przeprowadzić uczciwe wybory. Czy my o tak dużo prosimy?

– Ale teraz jest duże prawdopodobieństwo, że uczciwe wybory będą oznaczały dla Alaksandra Łukaszenki utratę władzy.

– Straci i co? Po 26 latach można ją w końcu stracić. My mówimy „władza”, a trzeba mówić „zarządzanie państwem”. Prezydent to jest wynajęty pracownik, który powinien wykonywać prawidłowo swoją pracę. To on mówi “władza”, “ja wami władam”, “to mój kraj”.

– Jesienią, gdy były wybory parlamentarne, władze też straszyły rewolucją, majdanem. Ja mam wrażenie, że wtedy Białorusini rozumieli słowo “majdan” jako masowe protesty. Teraz “majdan” jest częściej rozumiany jako to, co władza może zrobić z ludźmi, krwawa rozprawa. Czy to jest prawidłowe wrażenie?

– Oczywiście. A kto mówi o majdanie? Tylko z telewizora o tym słyszymy. To on straszy babcie i dziadków, tych którzy oglądają telewizję, że zwariowaliśmy na punkcie majdanu. Jak tak można? Nikt z nas nie powiedział słowa “majdan”. Nikt tego nie chce. My rozumiemy i widzieliśmy, że ludzie [14 lipca] wyszli po prostu wesprzeć niezarejestrowanych kandydatów. Oni stali na ulicy, nic nie robili i zostali tak agresywnie potraktowani przez oddziały specjalne.

Wychodzenie na place jest równoznaczne ze śmiercią. Na nas mogą wysłać czołgi, jeśli prezydent zdecyduje się na wysłanie wojska przeciwko ludziom.

To nikomu nie jest potrzebne. Są inne środki zgodne z prawem. Mogą być długotrwałe strajki, bo my bronimy swojego prawa wyboru, które jest zapisane w konstytucji, która niestety nie działa. Nikt nie chce wystawiać się pod kule, a władza z łatwością wyda taki rozkaz.

– Co w tej sytuacji może zrobić Unia Europejska?

– Zawsze zwracam się do państw europejskich, żeby w jakiś sposób wpłynęły na naszego prezydenta, żeby on nie wydawał tego rozkazu by strzelać do ludzi. Oczywiście, jeśli oni będą chcieli wyrazić swój protest na ulicach. Strzelanie do ludzi to zbrodnia. Rozumiem, że Unia Europejska nie chce się teraz angażować, choć rozumiem, że nas wspiera, widzi, że u nas kwitnie dyktatura, że cierpią zwykli ludzie, ale na razie trzyma się z boku. Choć właściwie, co mogą zrobić: wprowadzać sankcje, a potem wymieniać je na więźniów politycznych.

– To wszystko już było. W takim razie, czego konkretnie Pani oczekuje od Brukseli?

– Oczekuję, że w jakiś sposób wpłynie na pana Łukaszenkę.

Nie wiem, jakie sposoby są tam na szczytach. Oni jakoś się dogadują, prawda?

Nam jest potrzebna jakakolwiek pomoc, nawet wyrażanie zaniepokojenia i troski, ale to my tu żyjemy i to nam jest źle.

– Są jeszcze Stany Zjednoczone, one też mogą wpłynąć.

– Nie wiem jak. Pewnie tak samo jak Unia Europejska: wyrazić zaniepokojenie. Może Trump zadzwoni do Łukaszenki i go zaprosi . Obieca mu godne życie. Ja się nie znam na tych kwestiach, ale rozumiemy, że w tym kraju dalej tak się nie da żyć.

Ludzie nie chcą tego prezydenta. Proszę sobie wyobrazić, jak to jest budzić się każdego ranka i zdawać sobie sprawę, że ludzie go delikatnie mówiąc, nie lubią.

– Może on tego nie wie. Może jego otoczenie mu właśnie mówi, że go lubią?

– Nie wiem, ale jak występował w Brześciu, to mówił: czy sądzicie, że naprawdę mam trzyprocentowe poparcie? Czyli on wie o tym. Ludzie różne rzeczy mówią, na przykład, że go nie informują. Sama nie wiem… Ale wydaje mi się, że jego informują.

– Jest Pani teraz przy granicy z Polską. Czy Polska odgrywa jakąś szczególną rolę dla tutejszych Białorusinów i dla Pani osobiście. Czy może to być jakiś punkt odniesienia?

– Oczywiście, Polska jest dla nas przykładem. Kiedyś zaczynaliśmy z tego samego poziomu, a nawet na początku lat ‘90, żyliśmy lepiej. I proszę popatrzeć, gdzie teraz jesteście wy, a gdzie my.

U was ludzie są szczęśliwi, kwitnie przedsiębiorczość, a nasi ludzie u was pracują i jeżdżą po materiały budowlane i produkty spożywcze. U was są wyższe dochody i wszystko jest tańsze, a u nas odwrotnie. Czyli różnica jest kolosalna. Poszliśmy nie tą drogą rozwoju.

– Czy łatwo będzie zmienić ruch Białorusi na Wschód w ruch na Zachód?

– Wiadomo, że nie będzie łatwo. Nikt tak nie mówi: przyjdzie nowy prezydent po uczciwych wyborach i będzie super. Nie, to zajmie lata, ale gdy przyjdzie rozsądny zarządca, który rozumie, jak wszystko działa, jak działa gospodarka, przedsiębiorczość, który ma dokładny plan rozwoju kraju, to oczywiście można ten poziom osiągnąć.

Jak tylko zmieni się prezydent, który będzie budował korzystne stosunki z państwami nas otaczającymi, to jestem pewna, że i polski rząd wyjdzie nam naprzeciw.

Ja nie znam tych procesów w handlu międzynarodowym, ale zapewne będzie mógł w jakiś sposób dać impuls do rozwoju naszego kraju. Ja wierzę w stosunki międzyludzkie, bo to przecież ludzie kierują państwami i rozumieją w jakiej sytuacji jest obecnie Białoruś. Dlatego myślę, że nam pomogą na początku w sferze gospodarczej.

Choć i tak Polska pomaga naszemu krajowi, na przykład, w sferze humanitarnej. Sądzę, że nas nie zostawią, jeśli wszystko się zawali, bo my rozumiemy, że mamy dług zewnętrzny i trzeba go spłacać. Nikt z Unii Europejskiej nie będzie nas negatywnie traktować.

– Ale Białoruś jest teraz bardzo mocno związana z Rosją i byłym ZSRR. Istnieje Państwo Związkowe. To też trzeba jakoś rozwiązać?

– A jak? My w ogóle nie powinniśmy się z nikim kłócić, chcemy się przyjaźnić ze wszystkimi. Czy naprawdę w XXI wieku nie można się ze wszystkimi państwami przyjaźnić?

Czy musimy wybierać albo Wschód albo Zachód? A po co?

– Ukraina przez wiele lat chciała przyjaźnić się ze wszystkimi, prowadziła politykę wielowektorowości, ale skończyło się to bardzo źle. Rosja to silne państwo i przyciąga do siebie bardzo mocno. Czyli będzie taki moment, kiedy trzeba będzie dokonać wyboru.

– Myślę, że zrobi go nowy prezydent, który zostanie wybrany w uczciwych wyborach.

Mnie nie ma sensu zadawać takich pytań, bo ja mam tu konkretne zadanie: wygrać i zorganizować nowe wybory.

– Ale to pani może te następne wybory też wygrać i być u władzy!

– Nie… Ja na pewno nie będę w nich kandydować. Nie podoba mi się słowo „władza”. Jeśli nowy prezydent uzna, że mogę być główną nauczycielką kraju, to mogę się zgodzić. Żartuję! Ale na poważnie, prezydentura to nie jest łatwe zadanie, to jest bardziej niż trudne. Tylko człowiek rozumiejący, jak to wszystko działa, z odpowiednim wykształceniem, może dać sobie z tym radę. Jaka tam Cichanouskaja…

Mnie wystarczy ta misja, którą teraz realizuję. Na razie krajem nie kieruję, ale muszę teraz występować, rozmawiać z ludźmi, to bardzo duża odpowiedzialność. Od tego, co powiem zależy nastrój ludzi. Mam swoje zwycięstwa psychologiczne – ja nigdy przedtem przed ludźmi nie występowałam, jestem zwykłą matką i żoną.

Ale powoli sobie daję radę. Jak trzeba, to trzeba.

Białoruski bunt jest kobietą

Rozmawiał Piotr Pogorzelski/belsat.eu

Wiadomości