Ścieżki zdrowia, krew na podłodze i przepełnione cele. Dziennikarz Biełsatu o 3 dniach spędzonych w areszcie

Stanisłau Iwaszkiewicz zajmował się tematami śledczymi dotyczącymi majątku i powiązań Łukaszenki. Białoruskie środowisko dziennikarskie wpadło więc w trwogę, gdy raptem zaginął już 9 sierpnia ub.r., jeszcze przed rozpoczęciem protestów.

Tekst pochodzi z e-książki „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” opublikowanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przy wsparciu Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy i Europejskiej Federacji Dziennikarzy.

Koledzy Stanisława podnieśli alarm. O zniknięciu dziennikarza zrobiło się głośno, a w internecie pojawiły się nagłówki: „Autor filmu o kobietach Łukaszenki zaginął w Mińsku”. Potem okazało się, że „na szczęście” odnalazł się w areszcie.

Stanisłau Iwaszkiewicz. Zdj. belsat.eu

9 sierpnia, jak opowiada, nagrywał materiał przy wejściu do szkoły, w której znajdował się lokal wyborczy. Mimo tego, że powtarzał milicjantom, że jest dziennikarzem, został zatrzymany wraz z kilkorgiem wyborców, którzy wytrwali do momentu liczenia głosów. Został przewieziony do aresztu tymczasowego na ulicy Akreścina. W czasie zatrzymania nie doszło do pobicia najprawdopodobniej tylko dlatego, że miało ono miejsce jeszcze przed masowymi protestami. Jednak już w areszcie Stanisłau i współwięźniowie zostali pobici gumowymi pałkami.

Dziennikarz Biełsatu „odnalazł się” w areszcie

Iwaszkiewicz jest prezenterem kanału telewizyjnego Biełsat i dziennikarzem śledczym. On i jego zespół rzeczywiście nakręcili materiał, który porusza temat kobiet białoruskiego prezydenta i jego zainteresowania modelkami. Zaangażowani w protesty Białorusini od razu pomyśleli, o politycznym motywie zatrzymania dziennikarza.

Stanisłau do zawodu dziennikarza, jak mówi, trafił nieco przypadkiem, gdy przebywał w Pradze:

– Studiowałem na Uniwersytecie Nowojorskim w Pradze. Potem podejmowałem prace w firmach zajmujących się doradztwem w zakresie zarządzania. Kiedyś białoruski serwis Radia Swaboda zwrócił się do mnie z prośbą o przeczytanie wieczornych wiadomości, bo zatrudniony przez nich dziennikarz się wykruszył. Przygotowując wiadomości, napisałem kilka artykułów analitycznych, dzięki temu zaangażowałem się w dziennikarstwo.

Z Biełsatem współpracuje od 2013 roku i nie raz był zatrzymany przez milicję zatrzymywała mnie nie raz. Jak tłumaczy, wynika to jego specjalizacji – czyli dziennikarstwa śledczego:

– Na przykład podczas robienia materiału na temat korupcji, wielokrotnie wzywano milicję. Ale nigdy nie trwało to więcej niż kilka godzin. Kończyło się zawsze spisaniem protokołu, po którym mnie wypuszczano. W areszcie na Akreścina byłem tylko raz w 2001 roku, kiedy jeszcze studiowałem. Trafiłem tam za udział w demonstracji. 20 lat temu spędziłem tam noc, a rano sąd ukarał mnie grzywną. Teraz przesiedziałem 3 dni i 2 noce, które długo jeszcze będę pamiętać.

Stanisłau Iwaszkiewicz lubił wyjeżdżać w teren tropiąc nadużycia urzędników. W Lidzie np. odkrył, że lokalne wody gruntowe zanieczyszcza przedsiębiorstwo komunalne. Po emisji materiału stanął przed sądem. Zdj. belsat.eu

Zatrzymania i grzywny rzeczywiście nie są dla dziennikarza nowością. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę internetową jego nazwisko, od razu pokazują się informacje o podobnej treści, jak na przykład ta z 2017 roku: „24 sierpnia Sąd Rejonowy w Lidzie ukarał dziennikarza kanału telewizyjnego Biełsat Stanisława Iwaszkiewicza grzywną w wysokości 420 rubli białoruskich (ok. 610 złotych – Belsat.eu), podaje serwis internetowy Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy (BAŻ). Powodem wszczęcia postępowania administracyjnego był materiał zrealizowany przez Stanisława w małej miejscowości pod Lidą (wieś tonęła w gnojowicy pochodzącej z pobliskiej hodowli świń –Belsat.eu). Materiał został wyemitowany pod koniec czerwca i wkrótce po tym Iwaszkiewicz otrzymał wezwanie na komendę milicji w celu sporządzenia protokołu. Został oskarżony o nielegalną dystrybucję treści medialnych (art. 22.9 kodeksu wykroczeń – przyp. red.) i pracę bez akredytacji”.

Protesty na Białorusi zmusiły Stanisława do bardzo intensywnej pracy:

– W dniu wyborów zmobilizowano wszystkie zespoły. Niektórzy nagrywali z operatorem, inni po prostu na telefon. Ja byłem sam. W pewnym momencie komisja z lokalu wyborczego, pod którym byłem, odmówiła wpuszczenia obserwatorów. Nie było żadnych wyjaśnień, po prostu ich zignorowano. Ktoś chciał to zgłosić. Stałem z boku, filmowałem, przeprowadzałem wywiady. I wtedy pojawili się funkcjonariusze OMON-u, zaczęli zatrzymywać ludzi, mnie także. Zabrali nas do autobusu, który był zaparkowany obok, na szkolnym podwórku.

W kolejnych dniach, podczas demonstracji, zatrzymań dokonywali ludzie w czerni, bez znaków rozpoznawczych. Wyskakiwali z busów w oliwkowych i czarnych mundurach, ale nie było wiadomo, kto to. Zdarzało się, że ludzi zatrzymywali mężczyźni w strojach cywilnych. Potem dziennikarze wyjaśnili, że są to funkcjonariusze wydziału ds. walki z przestępczością zorganizowaną – tłumaczy Iwaszkiewicz.

Dziennikarz wspomina: w busie zatrzymanych pilnowali zwykli milicjanci z dzielnicy. Dopóki nie było dowództwa, pozwolili niektórym z zatrzymanych zadzwonić do swoich rodzin. To znaczy, była jakaś ludzka postawa. Następnie OMON przewiózł zatrzymanych do aresztu na Akreścina i tam można było zobaczyć „efekty” starć między mundurowymi a protestującymi”

– Widziałem okaleczonych, wśród nich człowieka rannego w klatkę piersiową, który leżał na ziemi. W milicyjnym autobusie z rannym jechał mój przyszły kolega z celi. Wieźli ich leżących jeden obok drugiego, jego spodnie były mokre od krwi rannego. Potem w celi opowiedział nam, że po zatrzymaniu, kiedy leżał w milicyjnym autobusie, zobaczył przez otwarte drzwi, jak jeden z funkcjonariuszy rzucił drugiemu strzelbę milicyjną, a ten strzelił z bliska do protestującego dwa razy. Przybiegł lekarz i krzyczał, że to dwie rany wylotowe. Milicjant z kolei wrzeszczał, że to miały być gumowe kule, był zdezorientowany. Możliwe, że dopuścił do siebie myśl, że dostał strzelbę z ostrą amunicją… – wspomina Stanisław.

Jak mówi dziennikarz, na początku nikogo nie bito, milicjanci tylko spisali dane i zabrali rzeczy osobiste. 13 osób osadzono w celi trzyosobowej, zatrzymani zostali bez jedzenia i normalnej wody przez 2 dni:

– Raz przynieśli nam do celi bochenek chleba, nikt nie wziął ostatniej kromki. To było symboliczne. Wodę piliśmy z kranu, ale miała nieprzyjemny smak. Można było jakoś oddychać. Obok była cela sześcioosobowa, w której umieszczono 40 osób. Od czasu do czasu pukali i krzyczeli, bo nie mieli wystarczająco powietrza. Słychać było krzyki tych, których bito. Nas zgarnęli przed ogłoszeniem wyników wyborów, myślę, że dlatego z nami postępowali łagodniej. Mówią, że potem traktowano zatrzymanych brutalniej. Chociaż my też mieliśmy nieprzyjemne sytuacje. Raz zabrali nas na podwórko, tylko po to, żeby pobić pałkami. Kazali biec korytarzem, potem w dół schodów, wzdłuż tej „drogi” stał rząd mundurowych w czerni i każdy z nich wymierzał biegnącemu cios pałką. Wyszliśmy na podwórko, trzeba było klęczeć twarzą do muru, bito nas po plecach. Po tym wszystkim zapędzili nas z powrotem do celi – znowu przez szeregi milicjantów, którzy poganiali nas ciosami. Trzeciego dnia były procesy wyjazdowe. Do aresztu przybyli sędziowie i wszystkich po kolei zaczęli karać 10-15 dniami aresztu za udział w nielegalnym zgromadzeniu. Mnie wpisali to samo – opowiada Iwaszkiewicz.

Noc przed mińskim aresztem: władze zwalniają swoich zakładników FOTOREPORTAŻ

Dziennikarz wspomina, że przez cały ten czas myślał o tym, jak przekazać wiadomość bliskim, którzy go szukali. Podczas spotkania z sędzią Stanisłau zażądał adwokata, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Zignorowano również to, że Iwaszkiewicz ciągle podkreślał, że jest dziennikarzem i pod lokalem wyborczym wypełniał obowiązki przydzielone mu przez redakcję.

– Sędzia odmówiła obejrzenia wideo z mojego telefonu, z którego wynikało, że znajdowałem się w lokalu wyborczym jako dziennikarz. Nie pozwolono mi również wezwać świadków, milicjantów, którzy zatrzymali mnie w zupełnie innej części miasta, niż adres wskazany w protokole. Sędzia wzięła pod uwagę tylko to, że opiekuję się nieletnim synem i w drodze wyjątku ukarano mnie grzywną zamiast kilku dni aresztu, które otrzymali pozostali. Z setek osób, które tego dnia zostały skazane, tylko cztery wyszły na wolność – podkreśla.

Stanisłau nie otrzymał przy wyjściu swoich rzeczy osobistych. Kilka dni później administracja więzienna wpuściła do środka wolontariuszy, którzy rzeczy uporządkowali, a ich zdjęcia umieścili na Telegramie. Piątego dnia po aresztowaniu dziennikarz otrzymał z powrotem portfel, klucze, telefon, ale zabrakło paska i zegarka. Później odnalazł również te przedmioty. Jak się czujesz po tym wszystkim?

Jak mówi, może mówić o szczęściu, bo po areszcie pozostały mu tylko otarcia:

– Za to mój kolega Siarżuk Hierasimowicz kilka dni po wyjściu z więzienia oddawał mocz krwią i do tej pory traci czucie w nodze. Jeśli o mnie chodzi, nie od razu ale ostatecznie zgłosiłem sprawę do prokuratury – wyznaje Iwaszkiewicz.

Dziennikarz podczas pobytu w więzieniu słyszał oburzenie funkcjonariuszy dyskutujących o tym, po co ludzie chodzą na demonstracje. I ze niby „mają noże i okaleczają” stróżów prawa:

– Mówili to ci, którzy brali udział w pobiciach, ci w maskach. A strażnicy, którzy chodzili po korytarzach, czasem wchodzili w dyskusje i mówili, że Swietłana Cichanouska będzie złym prezydentem. Jeszcze przed rozprawą strażnik pochylił się do jednego z dziennikarzy i zapytał, czy rzeczywiście na wiecach wszystkim płacą po 70 rubli, a ten oczywiście zaprzeczył.

Stanisłau krótko opowiada o kontaktach z funkcjonariuszami w więzieniu. Ci sami, którzy bili zatrzymanych, krzyczeli:

– Nie zapraszaliśmy was tutaj, przez was wyrabiamy tu dodatkową zmianę! – opowiada, że w ten sposób próbowali usprawiedliwiać samych siebie.

Stanisław Iwaszkiewicz niedawno został ponownie zatrzymany, ale w busie milicjanci wzięli go za dziennikarza państwowego kanału telewizyjnego i wypuścili na wolność. Teraz nie nosi żadnych znaków rozpoznawczych mediów. Mówi, że funkcjonariusze prawa czasami specjalnie atakują dziennikarzy. Więc lepiej poruszać się bez oznakowania.

Nazarij Wiwczaryk dla SDP

Wiadomości