Prawdziwe dzieciństwo Putina? Wywiad z Krystyną Kurczab-Redlich

Wczesna biografia prezydenta Rosji jest jedną z najlepiej strzeżonych tajemnic Kremla. Czy naprawdę wiemy, kim byli jego prawdziwi rodzice, ile ma lat, co go łączy ze Stalinem i kto bił go w dzieciństwie? Siarhiej Pielasa rozmawiał z Krystyną Kurczab-Redlich, autorką książki „Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina”. Polska dziennikarka pracowała w Rosji prawie 15 lat, a za swoje śledztwa w 2005 roku jej kandydatura została zgłoszona do Pokojowej Nagrody Nobla.

– Prawdziwa matka prezydenta Rosji Władimira Władimirowicza Putina… Pani Krystyno, twierdzi pani, że dwa miesiące temu spotkała się z nią w Gruzji. Jak to możliwe?

– Przysięgam, że to prawda. To, że prawdziwa matka Władimira Putina mieszka w Gruzji, wiadomo od dawna, już od jego pierwszych wyborów w 2000 roku. Przed wyborami nie dopuszczano plotek, mówiących, że nie mówi on prawdy o swojej biografii. Jednak informacje informacje te pojawiły się dzięki gruzińsko-czeczeńskim kontaktom.

Pojechali tam wtedy gruzińscy (i nie tylko) dziennikarze, rozmawiali z tą kobietą. Potem pojechała tam holenderska dziennikarka, która nakręciła o niej film. Wszystko było znane, ale podczas jego pierwszych wyborów niebezpiecznie było o tym mówić. Artiom Borowik, który był głównym redaktorem pisma „Sowierszenno Siekrietno” („Ściśle Tajne”) i prowadził program telewizyjny pod tym samym tytułem, miał dostać zdjęcia malutkiego Władimira Putina. I co? Jego samolot rozbił się podczas startu. Został pierwszą ofiarą.

– Trochę uściślijmy. Artiom Borowik nie był w tym samolocie sam. Kto był z nim na pokładzie i dokąd leciał samolot?

– Był z nim czeczeński biznesmen Zija Bażajew, zainteresowany w tym, żeby zepsuć wizerunek Putina. Putin rozpoczął wtedy potworną wojnę w Czeczenii. W interesie Czeczenów było pokazanie Putina z jak najgorszej strony. Wyparcie się swojej matki to zły wizerunek, prawda? Obaj zginęli w katastrofie lotniczej. Lecieli do Kijowa, po dowody na to, że Putin spędził dzieciństwo w Gruzji.

Prezydent Rosji Borys Jelcyn pokazuje premierowi Władimirowi Putinowi gabinet prezydencki, który mu przekaże. Zdjęcie: Reuters/Forum

– Dwa miesiące temu spotkała się pani z kobietą, która podaje się za biologiczną matkę prezydenta Rosji. Jak do tego doszło? Co powiedziała?

– Putinem interesuję się od 1997 roku, bo często wyjeżdżałam do Czeczenii, a tam bardzo wyraźnie było widać, że gdy został szefem FSB, jego ręce tam dosięgały. I było widać, że roznieca tę wojnę.

Wtedy usłyszałam, że jego matka żyje w Gruzji. Poruszył mnie wtedy nie tylko jego los, ale też los jego matki. Proszę sobie wyobrazić, ona ma teraz 93 lata.

Przyjechałam do Gruzji. Gruzin, który był ze mną, zapytał we wsi Metechi: „Możecie podpowiedzieć, którędy do matki Putina?” Odpowiedziano nam, że mieszka na lewo od drogi. Numerów domów nie było. Pamiętałam, jak ten dom wygląda z licznych zdjęć i filmów.

Podjechaliśmy, ale nikogo nie było, dom wyglądał na pusty. Sąsiadka powiedziała jednak, że matka Putina, Wiera Nikołajewna Putina, jest w środku. Drzwi były zamknięte na wszystkie spusty. Miałam szczęście, że kobieta była sama i nie było jej córki. Nie było nikogo i ten Gruzin zawołał po gruzińsku. „Niech się pani nie boi i wyjdzie. My chcemy tylko porozmawiać”. I nic, nie wyszła.

Zawołałam po rosyjsku: „Bardzo proszę, jestem dziennikarką, przyjechałam z daleka. Jeśli pani tu jest, proszę wyjść”.

I nagle wychodzi maleńka babuleńka, bardzo zgarbiona, siada przed domem i zaczyna bawić się z kotem. Powtórzyłam po rosyjsku: „Bardzo panią proszę, niech pani podejdzie. Chcę tylko z panią porozmawiać, przyjechałam z daleka”. Wstała i żwawo podeszła do bramy. Jest malutka, mam jej zdjęcie. Widać na nim mnie, a za mną jej twarz. Jest dokładnie taka, jaką znałam ze zdjęć i filmów, tylko starsza.

Krystyna Kurczab-Redlich i domniemana matka Putina we wsi Metechi. Gruzja, 6 listopada 2019 roku. Zdjęcie z prywatnego archiwum Krystyny Kurczab-Redlich

Powiedziałam jej: „Tak dobrze mówi pani po rosyjsku”. Odpowiedziała mi: „A jak mogłabym zapomnieć język ojczysty?”

Po rosyjsku powtórzyła mi to, co opowiadała przez całe życie. Urodziła się w 1926 roku w maleńkiej wsi Tieriechino, niedaleko miasteczka Oczior. Tam też uczyła się w technikum, jako dorosła kobieta, po wojnie. Takie były powojenne czasy. Poznała wtedy Płatona Priwałowa. Okazało się, że jest żonaty, o czym nie wiedziała. Była już w ciąży, gdy dowiedziała się o jego żonie. Nie było go w domu, gdy przyszła przesyłka od żony – w ten sposób poznała prawdę. Wkrótce wyjechała do swoich rodziców w Tieriechinie i w miejscowym szpitalu urodziła naszego Wowę, Władimira Władimirowicza. Ale to było w 1950 roku, a nie w 1952.

– Czyli Putin nie urodził się w 1952 roku?

– Nieoficjalnie, tak naprawdę urodził się 7 października 1950 roku. Matka spędziła z nim tam roku, a potem pojechała na praktyki do Taszkientu, daleko. Zawsze powtarzała, że bardzo chciała się uczyć. Pojechała na te praktyki, a dziecko zostawiła swoim rodzicom.

Praktyki w Taszkiencie miała niedaleko jednostki wojskowej. Tam poznała bardzo przystojnego mężczyznę, Gruzina Gieorgija Osiepaszwili. Bardzo szybko się pobrali. Powiedziała mi, że podpowiedziała jej to Święta Panienka, gdy przed jakimś świętem przeglądała się w lustrze.

– Zobaczyła w lustrze człowieka w mundurze?

Domniemana matka Putina we wsi Metech. Gruzja, 6 listopada 2019 roku. Zdjęcie z prywatnego archiwum Krystyny Kurczab-Redlich

– Gdy go zobaczyła, szybko za niego wyszła. Choć on wiedział, że Wiera ma dziecko. Dla człowieka z Kaukazu powinno to być wielka przeszkodą, ale wtedy jeszcze nie było. Opowiadał jej, że ma wspaniały dom, choć niczego takiego nie było. Była za to nędza, ale Wiera została z nim. Rok później poprosiła matkę, by przywiozła jej syna do Gruzji. I biednego Wowę po raz pierwszy przywieziono tu, jak bagaż.

– Po raz pierwszy, ale nie ostatni.

– Nie ostatni. I proszę sobie wyobrazić, że przywieziono go do obcej kobiety, bo za matkę uważał swoją babcię. Miał u niej dobrze, miło, był tam rozpieszczany. A tu obca kobieta zamiast matki, obcy mężczyzna zamiast ojca, obca i bardzo biedna chata, obca mowa. I nie wiem, kim musiałby być ten malutki człowiek, by dać radę. Odebrano mu wtedy poczucie bezpieczeństwa.

Odwołam się teraz do psychologii. Psycholodzy Jeffrey Young i Abraham Maslow podkreślają, że poczucie bezpieczeństwa u małego dziecka rzutuje na jego dalsze życie. Jeśli je straci, to już do końca życia go nie odzyska. Wszystko, co będzie potem tworzyć, będzie skażone tym poczuciem zagrożenia. I tak jest. Nie sądzę, by mógł pan wyprzeć się tego, co przeżył w dzieciństwie.

Tego człowieka zawieźli tam po raz pierwszy. Ojczym okazał się dla niego bardzo złym człowiekiem, a Wiera była ponownie w ciąży. Jakiś czas mógł to jeszcze znosić, ale potem już nie. Po pierwsze, ten ojczym go strasznie bił. Upijał się i tłukł go kijem lub ręką do tego stopnia, że sąsiedzi, z którymi rozmawiali gruzińscy i rosyjscy dziennikarze, opowiadali, że Wowa był zaniedbany, biedny. Niektórzy mu pomagali. Ale nie można sobie wyobrazić, czym jest nieślubny syn na Kaukazie – dla matki, i dla samego dziecka. On był tam bardzo nieszczęśliwy.

Gdy tylko trochę podrósł, bardzo sensownie pomyślał, że musi nauczyć się bronić. Sam zapisał się na sambo, sztukę samoobrony bez broni z elementami judo. I zaczął trenować.

24 grudnia 2005 roku. Władimir Putin wizytuje szkołę sportową w Petersburgu. Zdjęcie: PhotoXpress/Zuma Press/Forum

Potem rozmawiałam ze znajomym z Metechi, który był szkolnym przyjacielem Putina. Zapytałam go, czym się zajmowali. Od razu mi powiedział:

– Wowka bardzo lubił się bić.

Był milczący, bardzo zamknięty, wszyscy tak mówią. Był bardzo samotny i często głodny, bardzo źle ubrany. I jego jedyną rozrywką było wędkarstwo. To zabawne, że łowił ryby w tej samej rzece, w której łowił je Stalin. To rzeka Kura. Metechi leży tylko 30 kilometrów od Gori, skąd pochodzi Stalin. Gdy tam jeszcze mieszkał, w każdym domu był portret wodza. Więc patrzył na te portrety od dziecka.

Osiepaszwili chciał się go pozbyć do tego stopnia, że jego siostra wywiozła dziecko do jakiegoś bezdzietnego pułkownika w Tbilisi. Wtedy Wiera Nikołajewna zrozumiała, że nie ma tam życia dla Wowy. I choć nie chciała, odwiozła chłopca do swoich rodziców w Tieriechinie. Tam się z nim pożegnała, ale nie sądziła, że żegnają się na całe życie.

Wiera wspominała, że bardzo płakał, był potwornie nieszczęśliwy. Kobieta zawsze podkreślała: „Tak bardzo nie chciałam wracać do Gruzji, tak bardzo chciałam się uczyć, ale tam już były dzieci”. Mąż-Gruzin by ją prześladował, nie pozwoliłby jej odejść.

Zostawiła więc syna pod Uralem i wróciła do Gruzji. Dziadkowie Władimira stwierdzili wtedy: „Dość, nie można go tak przerzucać z miejsca na miejsce”. To miasto było pełne Putinów. Mieli też krewnych w Leningradzie, stare, bezdzietne małżeństwo. Ale ta kobieta, żona ich krewnego Putina, bardzo chciała mieć dziecko. I tak biedny Wowa, gdy miał 10 lat, znów, jak bagaż, został wysłany w nieznane. Tym razem do Leningradu.

Wiera Putina we wsi Metechi. Gruzja, 6 listopada 2019 roku. Zdjęcie z archiwum Krystyny Kurczab-Redlich

Już niedługo na łamach Biełsatu ukaże się druga część wywiadu z autorką książki „Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina”.

Będzie on poświęcony Wiktorowi Putinowi, który zmarł podczas blokady Leningradu 10 lat przed urodzinami Władimira. Prezydent Rosji wspomniał o bracie i ojcu-żołnierzu podczas obchodów rocznicowych w Izraelu. To wersja oficjalna, a kim Wiktor Putin był naprawdę?

Z Krystyną Kurczab-Redlich rozmawiał Siarhiej Pielasa/belsat.eu

Wiadomości