Najemnicy z grupy Wagnera to cenny dar Moskwy dla mińskiego reżimu

W przebiegu wydarzeń związanych z zatrzymaniem na Białorusi trzydziestu rosyjskich najemników wojskowych można wskazać dwa kluczowe punkty.

Punkt pierwszy: „ujawnianie wrogich spisków zbrojnych” stanowi dla Alaksandra Łukaszenki ulubioną technikę polityki wewnętrznej. Najpierw białoruskie siły bezpieczeństwa bez zawahania informują opinię publiczną o kolejnych zamieszkach zgniecionych w zarodku. Potem, z czasem, sprawa karna mistycznym sposobem się rozwiązuje. Tak samo było z organizacją „Biały Legion”, a także z wtargnięciem na terytorium Białorusi jeepa przewożącego broń z Ukrainy. Podczas wyborów w 2010 roku organy ścigania „znalazły” również „samochody z bronią” rzekomo należące do opozycji.

W 2017 r. Łukaszenka oskarżył o spiskowanie niedziałającą od lat białoruską organizację paramilitarną Biały Legion. Zdj. 90s.by

Teraz, gdy reżim w Mińsku stoi przed największym w całej jego historii wyzwaniem, ten sposób ujawniania „spisków zbrojnych” ma potrójne znaczenie.

Punkt drugi: zamiłowanie Łukaszenki do takich metod nie przekreśla faktu, że Rosja może spróbować naprawdę „wyciągnąć swoje szpony” w stronę Białorusi ogarniętej kryzysem politycznym i pomyśleć o stworzeniu własnej „sieci” zwolenników na jej terytorium.

Oczywiście, wagnerowcy nie przygotowywali na Białorusi żadnych „masowych zamieszek” na rzecz opozycji. Kreml nigdy nie poprze narodowych protestów przeciwko autorytarnemu reżimowi, nawet jeśli reżim jest nieprzychylny władzy w Moskwie i geopolitycznie problematyczny. Stawianie na ludzi, postęp i demokrację jest głęboko sprzeczne z całą naturą obecnej władzy w Rosji, a nawet z psychologiczną istotą samego Władimira Putina.

Problem Moskwy polega na tym, że nie ma w tej grze uczestnika, na którego można byłoby postawić

Owszem, Kreml może inicjować marginalne protesty pod antydemokratycznymi hasłami i antydemokratycznymi celami. Tak zwana „rosyjska wiosna” jest najjaśniejszym i najbardziej jaskrawym tego przykładem. Ale Putin nie jest nawet w stanie stać się tymczasowym, sytuacyjnym sojusznikiem demokracji.

Dla Kremla kłopotem jest to, że nie ma nikogo, kogo można by było poprzeć w tej wewnętrznej białoruskiej konfrontacji.

Putin jest zmęczony Łukaszenką, właściwie zły na niego. Być może nawet słowem, które najlepiej opisałoby obecne uczucia Putina wobec Łukaszenki jest „nienawiść”. Łukaszenka udaremnił misterny plan przedłużenia rządów Putina poprzez zjednoczenie władzy Białorusi i Rosji. Łukaszenko ciągle szantażuje Moskwę i „robi sceny”. Prezydent Białorusi nie uznał za równo okupacji Krymu, jak i niezależności Abchazji i Osetii Południowej.

Łukaszenka: 33 zatrzymanych najemników to była dopiero pierwsza grupa

Putin „odziedziczył” przyjaźń z Łukaszenką i z Białorusią po Borysie Jelcynie. Sam nie wie, jak dalej rozwijać ten „białoruski projekt”, zachowując przy tym władzę Łukaszenki. Putin nie umie postępować odpowiednio z Łukaszenką, nie rozumie go, nie jest w stanie go przechytrzyć i nie ma pojęcia, jak skutecznie wywierać na nim presję.

Jednak rosyjski prezydent na pewno nie jest gotów pozbyć się Łukaszenki za cenę „majdanu”. Putin jest zagorzałym konserwatystą, a jego nienawiść do rewolucji jest wręcz irracjonalna. Nigdy nie zaakceptował ani nie uznał narodu za podmiot w kwestiach politycznych.

Rosja nie odda Białorusi Zachodowi

Poza tym, obecny reżim białoruski gwarantuje Moskwie przynajmniej niezbędne „geopolityczne minimum” – brak perspektyw na członkostwo Białorusi w NATO i brak zachodnich struktur wojskowych i politycznych na terytorium republiki. Nie można oczekiwać, że Mińsk utrzyma to „geopolityczne minimum” w przypadku upadku reżimu. W każdym razie Swiatłana Cichanouskaja otwarcie stwierdziła, że zachowanie sojuszu z Rosją jest dla Białorusi niepożądane.

Putin i Łukaszenka w czasie ceremonii odsłonięcia pomnika sowieckich żołnierzy w Rżewie. 30 czerwca 2020 r. Zdj. Michaił Klimentiew/ Forum/ TASS

Kreml z pewnością przygotowuje się do różnych inwestycji w sąsiednim kraju o strategicznym znaczeniu. Rosja nie będzie ślepa na wydarzenia za jej zachodnią granicą i nie pozwoli, aby coś wymknęło się spod jej kontroli. Zwłaszcza, że geopolityka jest ulubioną zabawką Putina od 2014 roku, przez co interesuje się on coraz mniej rosyjskimi sprawami wewnętrznymi. Jest całkiem prawdopodobne, że Moskwa patrzy na terytorium Białorusi, aby rozlokować w białoruskiej „sieci” władzy swoje własne „serwery”. Na wszelki wypadek.

A co, jeśli Łukaszenka jednak straci władzę? Co, jeśli białoruscy stróże prawa odwrócą się od niego w kluczowym momencie? Co, jeśli zacznie się „destabilizacja” i dojście do władzy „sił prozachodnich” stanie się w końcu realistycznym scenariuszem? W takiej sytuacji konieczne będzie posiadanie swoich zwolenników w republice. Chodzi o to, aby Putin mógł wreszcie zacząć realizować własne scenariusze.

Kreml dobrze pamięta, jak w ciągu kilku dni w lutym 2014 roku w Kijowie załamała się władza Wiktora Janukowycza i Putin stracił Ukrainę. Ale na Krymie Putin miał swoją własną sieć – sympatyków Rosji. Tę grupę ludzi można było szybko i sprawnie powiększać. Aby obudzić „rosyjską wiosnę” w Donbasie, w marcu i kwietniu 2014 roku, musiał niezwłocznie sprowadzić najemnych dresiarzy z Woroneża i Rostowa. Nie dało się już nikogo sprowadzić do Kijowa, Kijów zaginął na zawsze.

Rosyjscy najemnicy mogli być sprowadzeni na Białoruś „na wszelki wypadek”

Nie można wykluczyć, że Moskwa próbuje zapobiec niektórym błędom i niedociągnięciom popełnionym przez Kreml w 2014 roku w związku z Ukrainą. Chcą być gotowi na każdy scenariusz.

Jest również bardzo prawdopodobne, że stworzenie „sieci” zwolenników Rosji jest inicjatywą kierownictwa najemnej grupy Wagnera i samego „kucharza Putina” Jewgienija Prigożina, który jest związany z tą paramilitarną strukturą. Chęć, by być przez moment kreatywnym, by uprzedzić pragnienia gospodarzy Kremla, przygotować wszystko z wyprzedzeniem – to wszystko zdaje się być w stylu administracji Prigożina.

Rosyjscy najemnicy mogliby stopniowo badać kraj, wybierać lokalizacje i gromadzić się na Białorusi. Na wszelki wypadek. A takie wstępne prace można by połączyć z funkcjonowaniem Mińska jako korytarza tranzytowego do Afryki i na Bliski Wschód.

Już w pierwszych godzinach po zatrzymaniu „wagnerowców” prokremlowskie kanały w Telegramie zaczęły płynnie publikować wersję wydarzeń, według której najemnicy jadą do „kraju trzeciego” i nie mają żadnego interesu na Białorusi. Niektóre niezależne media również poparły tę wersję, uznając obecność zatrzymanych zagranicznych paszportów i kilku sudańskich banknotów za dowód.

Rzekomym punktem końcowym trasy był Sudan (struktury Prigożina mają tam spore interesy gospodarcze), Libia i Wenezuela. W trakcie rozwoju wydarzeń wymyślono nawet, że zatrzymani nie byli członkami grupy Wagnera, ale innej najemnej grupy wojskowej o nazwie „Mar”. Tymczasem „Mar”, który miał reputację marginalnej, nieautoryzowanej grupy, od kilku lat nie istnieje.

Jak zaplanować spóźnienie na lot do Stambułu

Teraz ambasador Rosji w Mińsku, Dmitrij Mieziencew, oświadcza, że pojmani Rosjanie rzekomo chcieli polecieć do Stambułu w celu dalszego tranzytu do jakiegoś ostatecznego miejsca przeznaczenia. Według ambasadora, Rosjanie spóźnili się na lot i dlatego spędzili na Białorusi kilka dni więcej niż planowano. Musieli się też przenieść z hotelu do podmiejskiego sanatorium.

Jest to dosyć podejrzane – loty z Mińska do Stambułu odbywają się prawie codziennie. Jeśli się spóźnisz, nie musisz czekać w Mińsku kilka dni, przenosić rzeczy z miejsca na miejsce – łatwo jest kupić kolejny bilet.

Według białoruskich śledczych, zatrzymani Rosjanie plączą się w swoich zeznaniach i nie mogą zdecydować, dokąd mieli lecieć:

– 11 osób zamierzało lecieć do Wenezueli, 15 do Turcji, dwie na Kubę, jedna do Syrii, jedna nie wiedziała, dokąd leci, trzy odmówiły zeznań.

Śledczy potwierdzają, że więźniowie rzeczywiście mieli bilety do Stambułu w dniu 25 lipca. Ale grupa dochodzeniowa tłumaczy obecność tych biletów chęcią stworzenia przez Rosjan alibi dla siebie. Jak twierdzą funkcjonariusze, Rosjanie jeszcze przed wjazdem na Białoruś rezerwowali pokoje w hotelu i sanatorium.

Białoruskie organy ścigania w pełni wykorzystają tę sytuację. Będą naciskać na zatrzymanych „wagnerowców”, grożąc im ekstradycją na Ukrainę. Można ich zmusić do powiedzenia czegokolwiek. Na dziewięć dni przed wyborami pojawiła się możliwość włączenia megafonu propagandy obrony narodu na pełnej mocy.

Nie wiadomo, czy Putin naprawdę chce reelekcji Łukaszenki, ale Moskwa mimowolnie ofiarowała prezydentowi Białorusi bardzo cenny prezent.

Romana Popkow korespondent MBCh Media dla vot-tak.tv

 

Wiadomości