“Meksyk w ogniu”. Niebezpieczna służba w KOP

Foto

Żołnierze KOP z zatrzymanym przemytnikiem. Fotografia pokazowa z lat 20. XX wieku. Z prezentacji Sebastiana Nowakowskiego, IPN. Zdjęcie – Wasil Małczanau/Biełsat

W okresie międzywojennym wschodnia granica II RP, która przecinała na pół tereny dzisiejszej Białorusi, była tak niebezpieczna, że do jej ochrony utworzono specjalną formację – KOP. Zapomnianą historię Korpusu Ochrony Pogranicza przybliżyli w Grodnie białoruski historyk Ihar Mielnikau i Sebastian Nowakowski z IPN.

Co może dziwić, historia “granicy ryskiej” i KOP jest mało znana nie tylko na Białorusi, ale też w Polsce. Kopowcy, którzy przetrwali wojnę, do końca życia ukrywali fakt, że strzegli wschodnich granic Rzeczypospolitej. Po raz pierwszy w Grodnie spotkali się historycy z Polski i Białorusi, by podzielić się wiedzą o bohaterach, którzy jako pierwsi stawili czoła Armii Czerwonej w 1939 roku.

2337 kilometrów płonącego pogranicza

Traktat ryski podpisany przez Polskę i Rosję Radziecką w 1921 roku wcale nie oznaczał pokoju na granicy. Zamachy terrorystyczne, powszechna kontrabanda, powojenni dezerterzy, bandyci i uzbrojeni dywersanci napadający na miasteczka i pociągi. Bezpieczeństwo granicy wschodniej było bolączką młodego państwa polskiego.

Sebastian Nowakowski z IPN oraz Ihar Mielnikau podczas prezentacji w Centrum Życia Miejskiego w Grodnie. Zdjęcie – Wasil Małczanau/Biełsat

W latach 1921-23 zanotowano 259 ataków terrorystycznych inspirowanych z Kremla. Jeden z pierwszych żołnierzy KOP, który tu przybył, nazwał wschodnią granicę “Meksykiem w ogniu”. Apogeum był rok 1924. W nocy z 3 na 4 sierpnia grupa ponad 100 bolszewickich dywersantów ograbiła Stołbce. Tylko w tym roku było ponad 200 takich napadów, co kompromitowało Polskę na arenie międzynarodowej. Wtedy zapadła decyzja o powołaniu Korpusu Ochrony Pogranicza – rozciągającego się na 2337 kilometrów.

– Korpus liczył wtedy prawie 28 tysięcy żołnierzy i oficerów różnych rodzajów broni. Na granicy nie było żadnej infrastruktury. Zaraz po przybyciu żołnierze KOP musieli budować wartownie, bronić się przed atakami bandytów, reagować na pożary i powodzie – opowiada Sebastian Nowakowski z IPN w Olsztynie.

Żołnierze KOP pomagają przy powodzi w Dawidgródku, 1932 r. Z prezentacji Sebastiana Nowakowskiego, IPN. Zdjęcie – Wasil Małczanau/Biełsat

– O tym, że nie był to kurort świadczy choćby taki przykład: by zbudować strażnicę we wsi Olhomiel materiały ciągnięto kilka dni końmi, 38 dni łodziami, a ostatnie 217 kilometrów wołami przez bagna. Jednak w ciągu pięciu lat wieże obserwacyjne i posterunki graniczne postawiono.

Po trwających od 1914 do 1921 roku wojnach, tereny dzisiejszej środkowej i zachodniej Białorusi były bardzo zaniedbane, gospodarka podupadła. Nie było tu przemysłu, nie mówiąc już o pracy. KOP pomagał miejscowym już tym, że prowadził z nimi wymianę handlową. Obaj historycy są zgodni – Korpus pełnił na pograniczu prawdziwą misję cywilizacyjną. Żołnierze nie tylko strzegli granicy, ale też budowali szkoły, domy ludowe, domy wypoczynkowe i kaplice, kładli mosty, drogi i linie telefoniczne. Jedynie w 1924 roku uruchomili 6 tysięcy kilometrów linii telefonicznych, zamontowali 490 telefonów.

Kopowcy kładą most. Zdjecie z prezentacji Sebastiana Nowakowskiego, IPN. Zdjęcie: Wasil Małczanau/Biełsat

W tym czasie telefon oznaczał przeżycie, możliwość wezwania lekarza.

– W związku z wielką migracją, po I wojnie światowej rozpowszechniły się choroby zakaźne. KOP strzegł nie tylko granicy państwowej, ale też kordonu sanitarnego. Dzięki Korpusowi miejscowi mieli dostęp do lekarzy i weterynarzy, bo żołnierze utrzymywali setki koni, psów i gołębi pocztowych.

Mieszkańcy pogranicza korzystali z opieki medycznej lekarzy KOP. Zdjecie – Wasil Małczanau/Biełsat

Opiekowali się też dziećmi i młodzieżą. W 1927 roku formacja żywiła ponad 9 tysięcy dzieci w wieku szkolnym. Żołnierze zdobywali dla nich książki, zeszyty, ubrania i buty, a latem organizowali obozy harcerskie – opowiada Nowakowski.

Kokaina, samogon i granaty. “Prawdziwa wojna” z kontrabandą

Różnice cen po obu stronach granicy ściągały tu przemytników.

– Przenosili i przewozili wszystko: jedzenie, wyroby żelazne, skórzane, dolary i kradzione zwierzęta. Dochodziło do tego, że kradnąc konie zakładali im specjalne buty, by zatrzeć ślad. Przerzucali narkotyki. Najdroższa była kokaina, za którą w ZSRR karano śmiercią, ale płacono złotem – opowiada historyk.

Zatrzymanie przemytników na granicy polsko-litewskiej. Z prezentacji Sebastiana Nowakowskiego, IPN. Zdjęcie – Wasil Małczanau/Biełsat

Dodaje jednak, że najczęstszą walutą był samogon, którym płacono za wszystko.

– Bywało, że jedną izbę najmowali żołnierze KOP, a w drugiej gospodarz pędził gorzałkę. Bardzo często między kopowcami i przemytnikami dochodziło do strzelanin, nawet z użyciem granatów. To była prawdziwa wojna – twierdzi Nowakowski.

Co ciekawe, KOP dysponował najlepszą bronią dostępną w polskich siłach zbrojnych. Żołnierze nosili karabinki Mauser i pistolety maszynowe Thompson, z których korzystali gangsterzy Ala Capone.

Polscy szpiedzy i sowieccy uchodźcy

Kopowcy podczas zasadzki na granicy polsko-litewskiej. Z prezentacji Sebastiana Nowakowskiego, IPN. Zdjęcie – Wasil Małczanau/Biełsat

Nie mniej interesująca jest historia kontrwywiadu po obu stronach granicy. Jak twierdzi białoruski historyk Ihar Mielnikau, kolosalna praca polskiego wywiadu wciąż robi wrażenie.

– W zachowanych dokumentach opisano i narysowano wszystko: drogi strategiczne, lokalizację sowieckich konstrukcji, bunkrów, nawet narysowano wzory mundurów oficerskich. Oni zdobyli nawet wzory cementu. Nie chcę oczywiście usprawiedliwiać sowieckich represji, ale polskich agentów naprawdę musiało być wielu.

Informacje zdobywano też od sowietów, którzy zmienili stronę. Na Białorusi i w Rosji wciąż mało znany jest fakt, że wielu oficerów i żołnierzy Armii Czerwonej uciekło za granicę z Polską. Mielnikau podaje przykład młodego porucznika, który poddał się KOP wraz z poufnymi dokumentami. Władze radzieckie domagały się zwrotu zbiega, jednak otrzymał od strony polskiej wizę do Argentyny i tak uratował życie. Cywile mieli gorzej. Białorusinów, którzy uciekali podczas kolektywizacji, deportowano do ZSRR.

– Trafiłem na dokumenty o człowieku, który cztery razy przechodził granicę i wciąż przekazywano go sowietom – opowiada Ihar Malczanau.

KOP ma też ciemniejsze karty historii. Obaj badacze krytycznie podchodzą do namawiania ludności do przyjęcia wiary katolickiej oraz akcji polonizacyjnej na terenach działania Korpusu. Pomagało to też sowieckiej propagandzie.

Nieoczekiwany 17 września i tragiczny koniec

Rekostruktorzy w mundurach KOP. Pierwszy z prawej Ihar Mielnikau. Zdjęcie – Wasil Małczanau/Biełsat

Po 1 września 1939 roku dużą część żołnierzy Korpusu przerzucono do walki z Niemcami. Z granicy wycofano artylerię. Gdy jedną wieżę strażniczą obsadzało 8 żołnierzy, było to już dużo. 17 września kopowcy jako pierwsi przyjęli nieoczekiwany atak Armii Czerwonej. Ich garnizony zostały zniszczone. Najstraszniejsze, że żołnierzy stawiających opór dobijano bagnetami. Kto przeżył, trafiał do niewoli. Wielu kopowców trafiło do obozu w Miednoje, gdzie w 1940 roku zostali rozstrzelani.

https://belsat.eu/pl/news/zolnierze-kop-ponownie-pochowani-na-bialorusi/

– Szczęśliwcy trafili do Armii Andersa, gdzie również ginęli. Ci, którzy przeżyli, nie wracali już do ojczyzny – mówi Ihar Mielnikau.

Sowieci i polscy komuniści nienawidzili kopowców. Ich rodziny trafiały na stepy Kazachstanu lub w tajgę dalekiej Syberii.

– Po 1945 roku w Polsce nikt nie przyznawał się do tego, że służył w KOP, by uratować siebie i rodzinę. Bardzo mało wiadomości zostało też w archiwach. W 1939 roku część z nich spalili sami kopowcy, reszta trafiła do Moskwy. Przez to nie zaryzykuję dziś podania liczby zabitych – dodaje Sebastian Nowakowski.

Ihar Mielnikau przekonuje, że historia Korpusu Ochrony Pogranicza jest też częścią historii białoruskiej wojskowości. Żołnierze narodowości białoruskiej nie byli bowiem w KOP rzadkością. Kilkuset Białorusinów służyło np. na granicy z Litwą. Jednak większość Białorusinów trafiła do Korpusu podczas mobilizacji w 1939 roku. Nie można już dziś policzyć, ilu z nich zginęło w kampanii wrześniowej, ilu w sowieckiej niewoli, a ilu na froncie zachodnim walcząc w Armii Andersa.

Białorusin pod Monte Cassino, czyli „Odyseja Poleszuka”

Paulina Walisz,pj/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze