Medialny maraton Zełenskiego


Kilkunastogodzinna konferencja prasowa Wołodymyra Zełenskiego przy burgerach i coli. Źródło: GLEB GARANICH / Reuters / Forum

Czternaście godzin i dziesięć minut rozmawiał wczoraj Wołodymyr Zełenski z dziennikarzami. I niewiele wyjaśnił, poza tym, że ma dobre intencje.

Były burgery, cola i sałatki. W ogromnym food-courcie, nowoczesnej przestrzeni restauracyjnej zlokalizowanej w dawnej fabryce Arsenał specjaliści od PR-u Wołodymyra Zełenskiego zorganizowali tzw. maraton prasowy. Trzystu dziennikarzy w kolejnych rundach w kilkuosobowych grupach siadało za stołem z prezydentem i zadawało pytania. Maraton trwał od 10 rano, a skończył się po 12 w nocy. Prezydent zachrypł, był wyraźnie zmęczony pod koniec, czemu trudno się dziwić. Dowcipkował, rzucał cięte riposty, odpowiadał pytaniem na pytanie, ale czasem był wyraźnie poirytowany.

Maraton antykryzysowy

Było jasne, że Zełenski musi jakoś rozgonić czarne chmury, które zaczęły się nad nim zbierać w ostatnim czasie. Zwłaszcza te w ukraińskich i światowych mediach. Zła prasa to skutki porażek ostatnich tygodni. Takich jak nieudana wyprawa do Nowego Jorku, gdzie Donald Trump mówiąc wprost, wystawił ukraińskiego prezydenta publikując nagrania swojej rozmowy telefonicznej z nim. Zełenski, oczerniający europejskich partnerów Ukrainy, nie wypadł w nich dobrze.

Polskę i Ukrainę “czeka tylko przyjaźń”. Wielka konferencja Zełenskiego

Potem była awantura o formułę Steinmeiera i oskarżenia ze strony opozycji, że prezydent ustępuje Rosji i chce oddać Donbas pod jej kontrolę. Po drodze ukraińskie środowisko dziennikarskie zszokowało zachowanie Julii Mendel, rzeczniczki prezydenta, która szarpała się z Siehijem Andruszko, dziennikarzem Radia Swoboda próbującym zadać Zełenskiemu pytanie.

Maraton służył poprawie wizerunku prezydenta. Sam Zełenski tego nie krył. Powiedział wczoraj, że jego ekipa zawaliła ostatnio komunikację ze społeczeństwem. Maraton prasowy miał być nowoczesny i różnić się formą od wielkich konferencji prasowych Władimira Putina. W szalonym tempie zadawania pytań, które często się powtarzały, albo były podobne (co akurat świadczy o tym, że nie było to reżyserowane widowisko) i kakofonii tematów prezydent sobie poradził.

Wykazał się bystrością, dobrą pamięcią i szybkimi reakcjami. Po każdej grupie dziennikarzy z pytaniami prezydent miał krótką przerwę, ale i tak maraton był męczącą konferencją. Mimo zmęczenia, wytrzymał kilkanaście godzin demonstrując, że ma energię do ciężkiej pracy. Ale najbardziej chodziło mu o przekazanie swojego przesłania w kluczowych dla Ukrainy sprawach, np. kwestii Donbasu i relacji z Rosją.

Bezsenność prezydenta

Odpowiadając na jedno z pytań Zełenski przyznał, że niewystarczająco przestudiował formułę Steinmeiera. Tym samym dał jasny sygnał, że to, co zatwierdził w Mińsku Leonid Kuczma (ukraiński wysłannik na negocjacjach) nie jest ostateczną decyzją Kijowa.

– Nie chciałbym, żeby konflikt na Donbasie był zamrożony, żebyśmy mieli Naddniestrze, albo Abchazję, ale nie mogę na 100 proc. gwarantować, że tak nie będzie. Dlatego, że obecnie tak jest, teraz mamy tam Naddniestrze – mówił prezydent.

Dodawał, że nie chce, by nazywać napaść Rosji na Ukrainę wojną, bo wtedy trzeba będzie odbijać wojennymi metodami Donbas i Krym. W kolejnych wypowiedziach często jednak podkreślał, że chce zakończyć „wojnę”.

– Obie strony powinny chcieć zakończyć wojnę, chcieć usiąść i w tym, czy innym formacie spotkać się i zacząć rozmawiać, zmienić retorykę i przestać mówić: nas tam nie ma, że to konflikt wewnętrzny – mówił Zełenski.

Tego typu niespójności było więcej w jego wypowiedziach. Widać było, że nabierane doświadczenie polityczne i dyplomatyczne walczy w nim z bezpośredniością politycznego nuworysza. Przyznawał, że chce rozmawiać z Putinem m.in. o wymianie jeńców, ale szczerze wyrażał obawy, że takie spotkanie może spotkać się z krytyką. Zapewne zapamiętał, jak poległ na rozmowie z Trumpem. A Putin nie jest przecież przyjacielem, za to doświadczonym wyjadaczem znanym z brutalnej gry.

– Nie chcę wtrącać się w wybory w USA (…) Wybierajcie swojego prezdydenta sami, a USA teraz nie wpływa i nie będzie wpływać na wybory na Ukrainie – odpowiadał na pytanie amerykańskiego dziennikarza o aferę z Trumpem i Bidenem.

W podobnym duchu prezydent odrzucał oskarżenia o wysługiwanie się Ihorowi Kołomojskiemu, kiedy podkreślał, że nie dogaduje się z oligarchami i nie współpracuje z nimi.

Pod gradobiciem pytań Zełenski nie pogubił się. Nie powiedział jednak nic, co by wstrząsnęło opinią publiczną. Owszem, dla specjalistów obserwujących codzienne działania ekipy prezydenta znamienne było kluczenie wokół sprawy formuły Steinmeiera i sugerowanie, że nic nie jest przesądzone. W ten sposób Zełenski otwiera sobie pole do negocjacji z Rosją. Równie symptomatyczne były ataki na Petra Poroszenkę i wyraźna irytacja Zełenskiego organizowanymi przez byłego prezydenta protestami. Padły wprost sugestie, że prokuratura zajmie się grzechami Poroszenki.

– Moje największe rozczarowanie od pierwszego dnia prezydentury to ludzie ze świata polityki (…) to inny świat, inna mentalność, jakiś inny naród – mówił opowiadając o swoim największym rozczarowaniu.

I to właśnie chciał pokazać wczoraj prezydent. Że jest ponad dotychczasową polityką. I trochę mu się to udało. Zełenski zrobił dobre wrażenie i pokazał, że ma szczere i dobre intencje. Czyli zrobił to samo, co mu świetnie wychodziło w czasie kampanii wyborczej. Na koniec przyznał, że obserwuje media, przegląda Facebooka i portale. Robi to o drugiej w nocy, po pracy. Od czwartej do w pół do szóstej rano prezydent śpi, ale kiepsko. Ciągle go niepokoi, co o nim piszą.

Ukraina: protesty nie szkodzą Zełenskiemu

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze