Łukaszenka znów wygra, Białoruś znów przegra

Alaksandr
Kłaskouski

Wyłoniono szóstkę pretendentów do miana wspólnego kandydata opozycji na oczekiwanych nie później niż 30 sierpnia wyborach prezydenckich. Po raz pierwszy w historii białoruscy opozycjoniści (nie wszyscy, to utopia, ale pięć poważnych struktur) umówiły się, że przeprowadzą prawybory. Aby wyznaczyć tego, który spróbuje rzucić rękawicę niezmiennemu prezydentowi.

Przez pryzmat porażek

Oczywiście, że tak jest lepiej niż było w roku 2010, kiedy na wybory poszło aż dziewięciu przeciwników Alaksandra Łukaszenki. Rozproszyli tylko głosy wyborców o nastrojach protestacyjnych i nie zdołali się porozumieć w sprawie planu wystąpień ulicznych. Wskutek tego manifestanci wpadli w potrzask milicji i jednostek specjalnych.

Mińsk, 19 grudnia 2010 r. Zdj. Alaksandr Sajenka

Ale po pierwsze: i teraz niektórzy opozycjoniści zamierzają grać we własną grę, co ułatwi socjotechnikom i specsłużbom Łukaszenki zadanie wprowadzenia chaosu wśród przeciwników i narzucanie własnego scenariusza kampanii.

Po drugie, istnieje ryzyko, że prawybory, które opozycja pośpiesznie nazwała „głosowaniem narodowym”, staną się imprezą dla wąskiego kręgu. Nie rzuci się przecież elektorat do głosowania w regionach wiedząc, że cały proces jest kontrolowany przez służby. Podczas głosowania internetowego też trzeba się ujawnić, podając dane osobowe. A do tego – obiecać, że będzie się w grupie wsparcia przyszłego kandydata… Jeszcze nie wiadomo, kim on będzie, a tobie już próbują narzucić takie chomąto!

Któż zaś jest w tej szóstce? Przewodniczący Zjednoczonej Partii Obywatelskiej Mikałaj Kazłou, liderzy niezarejestrowanej Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji Paweł Siewiaryniec i Wolha Kawalkowa, przewodniczący Ruchu „O wolność” Juraś Hubarewicz, wiceszef Partii BNF Alaksiej Janukiewicz oraz była parlamentarzystka Hanna Kanapackaja.

Zgłoszenia przyjęte. Konkurować z Łukaszenką chce sześcioro opozycjonistów

Wszyscy oni, ogólnie rzecz biorąc są opozycjonistami. Co prawda, Kanapacką w zeszłym roku wykluczono z AHP, ale sedna to nie zmienia. I już to można by uznać za stygmatyzację. Wielu zwykłych wyborców będzie spoglądać na każde z tej szóstki przez pryzmat wieloletnich porażek i klęsk białoruskiej opozycji.

Ludzie będą myśleć: może i słuszne rzeczy mówi ten człowiek, ale należy on przecież do grona wiecznych nieudaczników.

Na dodatek sama procedura prawyborów będzie zmuszać pretendentów do głoszenia dość radykalnych haseł. Według zatwierdzonych kryteriów wspólny kandydat musi opowiadać się za wystąpieniem z bloku wojskowego ODKB, Państwa Związkowego z Rosją i wyprowadzenie z Białorusi obcych (czytaj – rosyjskich) obiektów wojskowych. A są jednak podstawy, aby twierdzić, że daleko nie wszyscy „prości Białorusini” (nawet niezadowoleni z życia za Łukaszenki) są gotowi poprzeć takie stanowisko.

W rezultacie mogą powstać „nożyce” – pomiędzy kryteriami partyjnej opozycji a potrzebami tej warstwy wyborców, która chce przemian, ale nie chce przy tym konfliktu z Moskwą i nie ma ochoty wychodzić na uliczne protesty.

„Białoruski Zełenski” – skąd go wziąć?

Idealnym rozwiązaniem, jako alternatywa dla Łukaszenki byłaby potrzebna dobra, świeża i charyzmatyczna osoba „z boku”, nie obciążona opozycyjnymi grzechami. Ale taka, która już zaistniała w jakiejś sferze. Pokrótce – taki białoruski Zełenski.

Ale skąd go wziąć? A dokładniej – spróbuj tu i znajdź dziwaka, który będzie gotowy do zamiany życiowego sukcesu na ryzyko zniszczenia sobie kariery i trafienia do więzienia. O ile wiem, opozycja próbowała takiego znaleźć, ale się przeliczyła.

Zresztą, aby „białoruski Zełenski” wystrzelił potrzebnych jest wiele czynników, których w warunkach reżimu Łukaszenki po prostu nie ma.

Paweł Siewiaryniec podczas jednej z akcji protestu. Zdj. Iryna Arachouskaja/belsat.eu

Ostatecznie – na dziś najmocniejszym pretendentem do roli wspólnego kandydata wydaje się Siewiaryniec, który swój „gwiezdny czas” przeżył, kiedy zbierał ludzi na protestach w Mińsku przeciwko tzw. pogłębionej integracji z Rosją. Powstaje jednak od razu pytanie, czy władze zarejestrują jako kandydata niewygodnego dla nich ulicznego buntownika.

Siewiaryniec zatrzymany i skazany. Szykował protest w obronie niepodległości Białorusi

Sam Siewiaryniec ma plan na wypadek odmowy rejestracji jego kandydatury. To mocny bojkot – aż po ogólnokrajowy strajk. Jednak dotąd wszystkie próby bojkotu kończyły się fiaskiem. Reżim po prostu ich nie dostrzegał. Owszem wielu ludzi nie chodzi na wybory, ale potrzebne liczby władze i tak sobie dopisują. A opozycjoniści mylą „tumiwisizm” mieszczuchów z gotowością do stawiania oporu reżimowi.

Mroczny triumfator

Oczywiście, bywają sytuacje nadzwyczajne. Jednak bez nich nic przeszkodzi Łukaszence w załatwieniu sobie kolejnej, pięcioletniej kadencji. Skutecznie zamroził on kraj, zmarginalizował przeciwników oraz wybił z głowy biznesowi i obywatelom chęć do pchania się do polityki. Narzucił im fatalizm.

Wszystko wydaje się ogarnięte. Niezależna socjologia jest zlikwidowana, więc społeczeństwo nie zna rankingów polityków. W komisjach wyborczych są swoi ludzie, którzy wiedzą, co napisać w protokołach. Centralna Komisja Wyborcza ogłosi kolejne zwycięstwo z wynikiem godnym przywódcy. Ale nie zdziwię się, jeśli na kolejnym zaprzysiężeniu Łukaszenka będzie jeszcze bardziej ponury niż podczas poprzednich.

Zaprzysiężenie Alaksandra Łukaszenki na kolejną kadencję prezydencką. 6 listopada 2015 r. года. Zdj. president.gov.by

Nie może odejść ponieważ zapewne nie wierzy do końca potencjalnym spadkobiercom. Boi się wyciągania szkieletów z szafy, zemsty wrogów. Boi się o rodzinę. W tym sensie Łukaszenka jest zakładnikiem bycia wieloletnim liderem, który niemało nagrzeszył i zbytnio ugrzązł we władzy.

Chociaż teoretycznie pierwszy prezydent Białorusi mógł dość elegancko odejść w roku 2006, a nawet w 2010. Zapamiętano by go wtedy jako przywódcę, który umocnił państwo, a ludności zapewnił większy dobrobyt. Ale od 2010 r. dochody Białorusinów drepczą w miejscu, a czasem nawet się cofają.

Zaś po niedawnych rozmowach w Soczi, stało się jak jak nigdy jasne, że Alaksandr Łukaszenka poniósł kolosalną, strategiczną klęskę. Przegrał w wieloletniej grze integracyjnej z Kremlem.

Łukaszenka wspomniał „o końcu kariery politycznej”. Swojej i Putina

Moskwa nie daje więcej zniżek za rozmowy na temat słowiańskiego braterstwa i gotowości rzucania się pod czołgi NATO. Oparty na rosyjskich surowcach model gospodarczy jest skazany na porażkę. On już umiera. A innego projektu dla Białorusi Łukaszenka nie ma. Są mu głęboko obce wszystkie te idee liberalno-rynkowe i demokratyczne. Gnębił i będzie gnębił wrogów wewnętrznych mówiących o załamaniu się systemu.

Jeżeli więc odrzucić cud, to wewnątrz kraju znów wygra on. A przegra – Białoruś.

Alaksandr Kłaskouski dla belsat.eu

Więcej materiałów autora – w dziale Opinie.

Zobacz też

Więcej materiałów