Kucharz Władimira Putina stworzył prywatną służbę bezpieczeństwa, która działała jak komando zamachowców


Jewgienij Prigożin (z prawej) nie tylko gotuje przysmaki i przyjaźni się z Władimirem Putinem. Wg. rosyjskich mediów świadczy też władzy różne, brudne przysługi. Źródło: livejournal.com

Dzięki śledztwu Nowej Gaziety wyszło na jaw, że restaurator z Petersburga Jewgienij Prigożin zatrudniał kryminalistów, by rozprawiać się z opozycjonistami i niezależnymi dziennikarzami.

Do redakcji niezależnej Nowej Gaziety zgłosił się Walerij Amielczenko. To były kryminalista skazywany za rozboje w Petersburgu. Przez ostatnie lata pracował dla firmy Jewgienija Prigożina, czyli nadwornego, kremlowskiego kucharza. Prigożin nie jest jednak zwykłym kucharzem. Należy do niego wielkie, kulinarne imperium: m.in. prestiżowe restauracje w Moskwie i Petersburgu, oraz firma cateringowa Concord. Dostarcza potrawy na Kreml i dla rządowej administracji. Jest milionerem, z majątkiem wycenianym przez Forbes na ponad sto milionów dolarów. Przede wszystkim jest blisko z Władimirem Putinem. Prezydent przyjaźni się z „kucharzem” jeszcze od czasów, gdy obaj działali w Petersburgu. Przyjaźń przekłada się jednak nie tylko na zamiłowanie do dobrej kuchni.

Światowe media oskarżały już Prigożina o organizację tzw. fabryk trolli, czyli firm internetowych zajmujących się rozsiewaniem w internecie dezinformacji, propagandy i manipulacji. Trolle Prigożina wpływały na kampanie wyborcze w USA i Europie. Kucharz Putina trafił za to na listę osób objętych unijnymi i amerykańskimi sankcjami. Prigożina wiąże się również z tzw. Grupą Wagnera. Czyli najemniczą armią walczącą w interesach Rosji na Ukrainie, w Syrii i w Afryce.

Czytajcie również:

Ale najnowsze rewelacje, które przyniósł do redakcji Nowej Gaziety Amielczenko, mogą jeszcze bardziej pogrążyć kremlowskiego kucharza. Okazało się bowiem, że Prigożin stworzył prywatną służbę bezpieczeństwa, coś w rodzaju komanda najemników działających w Rosji. I zajmujących się atakami na ludzi uznawanych za nieprawomyślnych, krytyków władz z opozycji i mediów.

Został tylko but

Walerij Amielczenko chciał podzielić się tajemnicami swojej pracy, bo czuł się rozczarowany i podejrzewał, że współpracownicy Prigożina zabili jego kolegę. Po ostatnim spotkaniu z dziennikarzami Nowej Gaziety 2 października w petersburskiej kawiarni, Amielczenko zdążył zadzwonić jeszcze i powiedzieć, że ktoś go chyba śledzi. A potem zniknął. W bramie jednej z kamienic ktoś znalazł jego telefony i jeden but.

Walerij Amielczenko w Syrii. Źródło: novayagazeta.ru

Zanim zniknął, zdążył właśnie opowiedzieć, że Jewgienij Prigożin zbudował coś na kształt prywatnej służby bezpieczeństwa lub agencji wywiadowczej do zadań specjalnych. Służbę organizował Andriej Michajłow. To człowiek, który kilka lat temu zasłynął prowokacjami wobec niezależnych mediów. Stworzył postać fikcyjnego polityka, a potem wykupił w gazetach agitujące na jego rzecz reklamy wyborcze, by je skompromitować. Zarządzał gazetami i portalami w konsorcjum Prigożina. W firmie kremlowskiego kucharza Michajłow zatrudniał byłych kryminalistów i ludzi ze służb.

– Tego typu struktury liczące od kilku do kilkuset ludzi, ma każdy większy, rosyjski przedsiębiorca i korporacja – mówi Andriej Sołdatow, rosyjski ekspert ds. służb specjalnych z portalu Agentura.ru i dodaje – Zazwyczaj służą jednak do ochrony przed mafią, inwigilacji konkurentów, ochrony przed szantażystami i porywaczami.

Firma Prigożina działała inaczej. Skupiała się na przeciwnikach Kremla. W 2012 r. jego ludzie wprowadzili do redakcji Nowej Gaziety agentkę. Wysłana przez nich kobieta zatrudniła się w dziale marketingu gazety, by informować swoich mocodawców o prowadzonych przez redakcję śledztwach.

Truciciele

W 2016 r. jeden z ludzi Michajłowa podszedł na ulicy do męża znanej prawniczki Lubowi Sobol i wstrzyknął mu nieznaną substancję. Mężczyzna stracił przytomność, ale przeżył. Atak niewątpliwie był próbą zastraszenia Sobol, która pracowała dla Fundacji Walki z Korupcją opozycjonisty Aleksieja Nawalnego. Człowiek, który przeprowadził atak, sam zginął później w tajemniczych okolicznościach. W 2013 r. Amielczenko wraz z towarzyszem na polecenie szefów pojechali do Soczi rozmówić się z blogerem Antonem Gieraszczenką. Bloger bardzo krytycznie pisał i dokumentował przygotowania do olimpiady zimowej w Soczi i krytykował Władimira Putina. Po tej rozmowie Geraszczenko zaprzestał publikacji w sieci.

Ludzie z komanda Prigożina jeździli również na kijowski Majdan w czasie rewolucji i do Donbasu. Nie wiadomo jednak co tam dokładnie robili, gdyż Amielczenko nie zdążył o tym opowiedzieć dziennikarzom. Wiadomo natomiast, że używali trucizn. I np. latem 2016 r. wstrzyknęli na ulicy truciznę krytykującemu władzę blogerowi ze Pskowa. Mieli go tylko nastraszyć i wywołać chwilowe konwulsje, ale trucizna okazała się zbyt silna i bloger zmarł. Rok później Amielczenko i ludzie z prywatnej służby bezpieczeństwa polecieli do Syrii. Był wśród nich Siergiej Gubanow, były policjant, obecnie pracujący w ochronie kremlowskiego kucharza i powiązany ze stowarzyszeniem weteranów, do którego należą najemnicy z grupy Wagnera.

W Syrii mieli oni zająć się testowaniem różnych substancji chemicznych na pojmanych terrorystach z Państwa Islamskiego. Na miejscu okazało się, że jeńców nie ma. Ubrani w mundury rosyjskiej prokuratury wojskowej prowadzili przesłuchania syryjskich bojowników z innych organizacji. Na koniec przesłuchań wręczali im butelki z sokiem. Były zatrute i wszyscy przesłuchiwani zmarli potem w męczarniach. Jak się okazało, był wśród nich tajniak syryjskich, reżimowych służb specjalnych. Wściekli Syryjczycy z armii Baszara al-Assada wywieźli ludzi Prigożina do Damaszku i odesłali samolotem do Rosji.

Rosyjski Soros

Ludzie Jewgienija Prigożina pojawiają się zawsze w dziwnych miejscach. Wtedy, kiedy Rosja nie chce się oficjalnie angażować. Dwa lata temu okazało się jednak, że kremlowski kucharz finansuje prywatną armię najemników, tzw. Grupę Wagnera. Ten oddział byłych żołnierzy rosyjskich formacji specjalnych zorganizował Dmitrij Utkin, były oficer, nacjonalista i miłośnik muzyki Richarda Wagnera. Od zamiłowania do muzyki klasycznej wziął swój pseudonim. Tak też nazwany został cały oddział, który wsławił się najpierw walkami na ukraińskim Donbasie po stronie separatystów, a potem w Syrii.

Grupa Wagnera walczyła m.in. w Aleppo. Oficjalnie rosyjskie władze odżegnują się od korzystania z formacji najemniczych. W praktyce jednak używają ich na szeroką skalę. Najpierw na Ukrainie, a teraz w Syrii opłacane nie wiadomo przez kogo oddziały doświadczonych byłych wojskowych biorą udział w najbardziej ryzykownych i ciężkich walkach.

Oddział rosyjskich najemników Wagnera. Donbas, Ukraina

Są po trosze traktowane jak „mięso armatnie”. Głównie dlatego, że w odróżnieniu od regularnej armii, łatwiej kamuflować ich straty i udawać, że Rosja nie ma nic wspólnego z najemnikami. Tak było, kiedy na początku lutego w bombardowaniu sił zachodniej koalicji i lotnictwa USA na kolumnę wojskową w rejonie Daj az-Zaur w Syrii zginęło prawdopodobnie ok. 200 „wagnerowców”. Moskwa nie chciała nawet komentować incydentu. Według rosyjskich portali The Bell i Fontanka, „wagnerowców” finansuje właśnie Jewgienij Prigożin. W ten sposób formalnie rosyjskie władze nie mają nic wspólnego z najemnikami.

Ostatnio grupa Wagnera pojawiła się w Sudanie. Wraz z nią do Chartumu przybyło wielu Rosjan: geolodzy, specjaliści od PR-u politycznego i propagandy w internecie. Kremlowski kucharz bardzo zainteresował się sudańskim złotem. Całkiem niedawno w Sudanie odkryto spore złoża złota. Ale nie chodzi tylko o kruszec. Tam, gdzie pojawia się kucharz Putina, tam zazwyczaj chodzi o interesy polityczne Moskwy i kamuflowanie podejrzanych operacji. Także i tym razem rosyjski desant w Afryce wschodniej związany jest z rozmowami o bazach dla rosyjskiej floty na wybrzeżu Sudanu i próbami pozyskania przez Moskwę wpływów w tym regionie. Spece od internetu i PR-u mają wspierać prezydenta Sudanu Umara al-Baszira.

– Można powiedzieć, że powstała prywatna armia przyszłości, ma osłonę informacyjną i służbę wywiadowczą, oraz grupę do zadań specjalnych – mówi Andriej Sołdatow.

Tylko, czy rzeczywiście jest to „prywatna armia”, czy też „prywatne przedsiębiorstwo ochroniarskie”, jak grupę Wagnera oficjalnie nazywa się w Rosji? Wszakże nie chodzi tu o zysk z działalności ochroniarskiej, ale o realizację celów politycznych. O ataki na niewygodnych aktywistów, morderstwa na zlecenie i udział w brudnych wojnach. Tylko po to, by przynosić korzyści polityczne rosyjskim władzom. Te nawet nie kryją, że tak jest. Władimir Putin porównał przecież Prigożina do Georga Sorosa, amerykańskiego miliardera znanego z wspierania fundacji walczących o demokrację. Putin powiedział, że tak, jak Soros, Prigożin sprzyja interesom rosyjskim na świecie, będąc zwykłym obywatelem Rosji.

Materiał o śledztwie Nowej Gaziety przygotowany przez redakcję programu Wot Tak – wiadomości Biełsatu przygotowywanych w języku rosyjskim.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze