Dwa portrety z życia Sergiusza Piaseckiego. Wywiad z synem i wnuczką pisarza


Sergiusz Piasecki

Wrócił na Białoruś w latach 90., kiedy kraj ten zaczął podchodzić do siebie już nie tylko z patosem, ale również z ironią. Kiedy romantyczni przemytnicy z Kazikiem Piaseckim w nieplanowany sposób (bo o pierwowzorze autorzy dowiedzieli się później) odtworzyli realia z życia pisarza Sergiusza Piaseckiego. Rzeczywistość splotła się z fikcją, a twórczość z mistyką.

Urodzony w Lachowiczach Sergiusz Piasecki wędrował pomiędzy Mińskiem, Wilnem a Warszawą. Żył pomiędzy wojnami i w czasie wojen, ignorował granice, a czasem prawo. Kierował się tylko własnym kodeksem sumienia. Brawurowo przeżył życie przemytnika, szpiega, pisarza, więźnia, żołnierza i w końcu – emigranta. W Polsce pozostawił żonę Jadwigę i syna. Władysław nigdy nie zobaczył ojca. Zapamiętał za to listy ze śmiesznymi rysunkami, podpisane „babcia Stefania”.

O tym, jak Piasecki wracał do syna i wnuczki, że pisał do żony i dlaczego nigdy więcej się nie spotkali – w rozmowie z Ewą Tomaszewicz, wnuczką pisarza i Władysławem Tomaszewiczem, jego synem.

Dwa portrety

– Pani Ewo, o tym, że Pani dziadek to wcale nie Jan Tomaszewicz, a pisarz Sergiusz Piasecki, dowiedziała się Pani w wieku 12 lat. Czy to wiele zmieniło?

Ewa Tomaszewicz: – Wiedziałam, że dziadek ze strony ojca nazywał się Jan Tomaszewicz i że zginął na wojnie. U wielu moich przyjaciół była taka sytuacja, więc szczególnie na tym się nie skupiałam. Zresztą w tym wieku dzieci w ogóle nie interesują się historią rodziny. Miałam babcię Jadwigę Tomaszewicz i ona była naprawdę ważną dla mnie osobą. Była tą „główną” babcią. A dziadka nie było, tak jak nie było drugiego dziadka, ze strony mamy. On też wcześnie zmarł.

Kiedy dowiedziałam się o Piaseckim, było to dla mnie zupełnym zaskoczeniem. To było w 1990 roku, wkrótce po tym, gdy jego książki zaczęły legalnie zjawiać się w polskich księgarniach. Przecież przez wszystkie lata powojenne, aż do 1989 r., książki Piaseckiego wychodziły wyłącznie nielegalnie. I oto tata przynosi nam książkę „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”… Pamiętam, to była dość duża książka z brzydką okładką, jakieś tanie wydanie.

I pyta: – Wiesz, kto to napisał? – Sergiusz Piasecki – czytam na okładce. – To twój dziadek.

– Panie Władysławie, jaki wizerunek taty pamięta Pan z dzieciństwa? Jego osoba, chociaż odległa fizycznie, była jakoś obecna w pańskim życiu?

Władysław Tomaszewicz: Tata musiał potajemnie wyjechać z Polski na Zachód w 1946 roku, kiedy miałem dwa lata. Naturalnie, że nie mogłem pamiętać go osobiście. A ponieważ stosunki mamy z tatą, zwłaszcza w czasach stalinowskich, nie były mile widziane, to mama bała się nawet powiedzieć mi o nim. Wiedziałem tylko, że tata był autorem popularnych przed wojną książek, w tym „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”. Cały czas tata i mama korespondowali ze sobą, a od czasu do czasu dostawaliśmy paczki podpisane „od babci Stefanii”.

A o tym, że to właśnie był tata, dowiedziałem się już dopiero w 1989 r., po śmierci mamy.

Wcześniej, pod koniec lat 50. zjawiła się u nas w domu książka „Zapiski oficera Armii Czerwonej” (wydana w Londynie), którą ktoś przywiózł jako przemyt. Z zainteresowaniem przeczytałem powieść, ale potraktowałem ją jako satyrę. I dopiero znacznie później dowiedziałem się, że wiele opisanych tam wydarzeń było autentyczne.

– To znaczy, że Piasecki zjawiał się w Pana życiu powoli, najpierw w roli tajemniczej babci Stefanii..

W.T.: – Tak, mama starała się prawie nigdy nie rozmawiać ze mną o ojcu.

E.T.: – Ale tata podejrzewał! On ma taki powściągliwy charakter… To znaczy, kiedy nikt niczego nie mówi, tata nie będzie wnikać i naciskać, nie będzie wypytywać. Tak było i tu, w ich relacjach z mamą. Ona niezbyt chciała o Piaseckim mówić. Pewnie dlatego, że się bała, przecież on był persona non grata w powojennej Polsce. I miała się czego bać, tym bardziej, że miała dziecko.

Władze i tak wszystko wiedziały. I chociaż nie mogły się jakoś konkretnie przyczepić, to nieprzypadkowo babcia Jadwiga [Tomaszewska], prawniczka z wykształcenia, pracowała jako kasjerka w banku. W PRL nie mogłaby znaleźć lepszej pracy jako matka syna Piaseckiego. Dlatego nie mówiła nic synowi, bała się.

W domu mieliśmy jakieś pamiątki po dziadku: akwarele, książki, trochę listów. Dlatego tata podejrzewał, że jego ojciec żyje i że mieszka w Anglii.

– „A dlaczego nie przyjedzie? – Bo nie może!” I na tym rozmowy się kończyły. Dopiero kiedy babcia umarła, tata przeglądając jej rzeczy połączył fakty i zrozumiał, że babcia Stefania i Sergiusz Piasecki to ta sama osoba.

„Autoportret babci Stefanii” autorstwa Sergiusza Piaseckiego.

– Jadwiga Tomaszewicz przechowywała listy Piaseckiego?

E.T.: – Tak, wszystkie listy się zachowały. I dlatego mój tata tak zgrabnie wszystko zrozumiał. Ale dopiero po odejściu babci. Był rok 1989 i przemiany w Polsce. A potem na początku lat 90. nagle zaczęły masowo zjawiać się książki dziadka, powstał jakiś boom na Piaseckiego. I wtedy tata się wygadał.

Opowiedział przyjaciołom gdzieś w swoich kręgach akademickich (pracował na Politechnice w Gdańsku), a jakiś dziennikarz to usłyszał i opublikował wywiad „z odnalezionym synem pisarza”.

„Przełomowy” artykuł w polskiej prasie.

Ten artykuł po publikacji dotarł do przyjaciela dziadka z emigracji, profesora Ryszarda Demela, który po wojnie zamieszkał we Włoszech. Jego siostra wysłała mu ten artykuł z Polski, i on się z nami skontaktował. To był człowiek, który towarzyszył dziadkowi na emigracji, pomagał mu we wszystkim, znał języki, pomagał mu z wydawcami. On jest artystą, witrażystą, pisarzem, niesamowicie aktywny człowiek. I ponieważ dziadek nie mógł zostawić swojego spadku rodzinie, zostawił to jemu. A on jak już nas znalazł, to przekazał.

Pisaliśmy do siebie z profesorem Demelem od kiedy ukończyłam 15 lat, spotkaliśmy się kilkakrotnie. I wtedy też zaczęłam książki dziadka bardziej uważnie czytać. Zaczęłam, co zabawne, od „Trylogii Mińskiej”, od tej właśnie, która ostatnio ukazała się na Białorusi i przy okazji której byłam po raz pierwszy w Mińsku.

Prezentacja “mińskiej” trylogii Sergiusza Piaseckiego zebrała tłumy

– Kiedy już wiedzieliście Państwo o białoruskim pochodzeniu dziadka, zaczęło to mieć jakieś znaczenie, pojawiła się ciekawość tego kraju?

E.T.: – Miało to o tyle znaczenie, że dosyć trudno jest uzyskać jakiekolwiek dokumenty, jakiekolwiek informacje. Ale gdyby mieszkał w Polsce, byłoby tak samo ze względu na zabory, ponieważ przynależność tych ziem tyle razy się zmieniała, że zgubiła się większość papierów. Wiem, jak nazywała się jego matka – Klaudia Kukałowicz, przypuszczalnie była białoruską zubożałą szlachcianką, ale poza tym nic o niej nie wiemy i nawet nie mamy jak do tych dokumentów dotrzeć.

A jeśli chodzi o obecność Kresów w naszym życiu rodzinnym – to zdecydowanie bardziej była obecna Litwa, skąd mój ojciec pochodził, i gdzie poznali się kiedyś dziadek z babcią.

– Poznali się i natychmiast się w sobie zakochali. Babcia zajmowała ważne miejsce w pani życiu. Jaka ona była? Rozumiem, że miała osobowość?

E.T.: – To jest trudne pytanie. Ja babcię pamiętam z moich lat dziecinnych. Mieszkała w Giżycku, na Mazurach – to jest atrakcyjne dla dziecka miejsce i bardzo lubiłam do niej jeździć, ale też była bardzo ciekawą, bardzo oczytaną osobą. Pięknie opowiadała, miała bogate słownictwo, i myślę teraz, że była rzeczywiście szalenie interesująca, tyle że ja byłam dzieckiem i inaczej to odbierałam. Łączyła nas więź raczej emocjonalna, niż intelektualna. Natomiast jako osobę ją poznaję raczej z opowieści.

Na przykład, pięknie o niej napisał Andrzej Franaszek, biograf Miłosza, w swojej książce o Miłoszu, pierwszy rozdział której nazwany od wiersza „Gdyby to pierwsze kochanie spełniło się było…” – i to jest rozdział o babci, która była pierwszą miłością Czesława Miłosza.

Jadwiga Tomaszewicz

– Co w niej było takiego, że przyciągała takich twórczych i wyrazistych mężczyzn?

E. T.: – Mam wrażenie, że babcia była trochę taką czarną owcą w rodzinie. Jej ojciec Antoni Waszkiewicz miał mocno konserwatywne poglądy, był też znakomitym lekarzem, chyba jako jeden z pierwszych ginekologów na świecie wykonywał cesarskie cięcie. Był oczywiście zamożny, a swoim córkom, Marii i Jadwidze, chciał zapewnić wszystko, co najlepsze. W tym – najlepsze wykształcenie, i nie oponował, kiedy babcia stwierdziła że chciałaby studiować prawo (a trzeba pamiętać, że mówimy cały czas o czasach międzywojennych). Ale pewnie miał na względzie, że następnie ona wyjdzie dobrze za mąż i sobie będzie przy mężu…

– Ale Jadwiga taka nie była…

E.T.:– Jadwiga była bardzo niezależna, chyba też lewicująca. Ona przyjaźniła się na studiach właśnie z takim gronem socjalistycznie-intelektualnym, gdzie obracał się też Miłosz. Była szalenie samodzielna, jej nie imponowały pieniądze, które oni mieli, ona chciała jak najszybciej wyprowadzić się z domu i podjąć pracę. I to zrobiła: wyprowadziła się jeszcze przed wojną i zaczęła pracować. Pamiętam, jak opowiadała, że za pierwszą wypłatę kupiła radio.

– To wszystko miało miejsce jeszcze w Wilnie?

E. T.: – Tak. Jak każda zamożna rodzina oni krążyli między Wilnem a folwarkiem Barcie, gdzie mieli posiadłość ziemską.

– A ta historia z Miłoszem – jak się skończyła?

E.T.: – Jak wiele młodzieńczych miłości – nie udało im się. Tę historię znam tylko od osób trzecich, między innymi z biografii Miłosza. Opisał ją też, po swojemu, dziadek. Nie lubił Miłosza, choć nigdy go nie poznał, nie spotkali się. I mam wrażenie, że nie tylko dlatego, że mieli zupełnie inne poglądy, ale też dlatego, że to rywal.

– No i pewnie też dlatego, że Miłosz jednak Jadwigę zranił.

E.T.: – Tak. W albumach po babci jest dużo zdjęć jej z kolegami, ale wspólne z Miłoszem tylko jedno. Ponoć babcia wszystkie ich wspólne zdjęcia podarła. Trzeba jednak pamiętać, że z Miłoszem po latach babcia odnowiła kontakty, przez lata korespondowali, postanowiła się spotkać.

Już po otrzymaniu przez niego Nobla odnowili kontakty, i nawet mieli się zobaczyć, ale babcia niestety zmarła krótko przed planowanym spotkaniem.

– Zapewne, Piasecki wiedział więcej… Ale do niego pani Jadwiga też potem nie pojechała, już na emigrację, wolała zostać sama. Dlaczego?

E. T.: – To były czasy wojny, i oni byli razem krótko, choć, wnioskując z opowieści, bardzo do siebie pasowali. Po wojnie on musiał uciec pierwszy, zostawił ich i przez Włochy wyjechał do Anglii. I żył tam w takich warunkach, w jakich żył: były to jakieś klitki, wynajmowane pokoiki, mieszkania podszyte wiatrem i tak dalej. A w tym czasie babcia ze swoim ojcem też musieli z Wilna uciekać, też stracili wszystko, no i ona z malutkim dzieckiem (mój ojciec urodził się w 1944 roku) wylądowała w Giżycku, gdzie miała sublokatorów, czyli też fajnie nie było.

– Ale Piasecki na nią czekał, pisał do niej listy.

E.T.: – Tak, czytałam te listy. On czuł się tam samotny i zagubiony – był człowiekiem akcji, przez całe życie coś robił. Albo był gdzieś w ogniu walki, albo prowadził działalność szpiegowską i przemytniczą, albo w tym Mińsku – nie do końca wiadomo, co robił, ale trochę z półświatkiem przestępczym jednak trzymał. Albo był na froncie jednej wojny, drugiej wojny, rewolucji i tak dalej – albo był w więzieniu. On nigdy nie żył zwyczajnie, to jest strasznie ważne. W 1937 roku wyszedł z więzienia, w 1939 – wybuchła wojna. Przez te niecałe dwa lata był gwiazdą – czyli też wtedy zwyczajnie nie żył. Został celebrytą, wszędzie go zapraszano, wszyscy chcieli robić z nim wywiady, przyjaźnić się. To nie było zwyczajne życie.

On nigdy nie żył spokojnie. A jak wyemigrował, i już nie było żadnej wojny, i zdecydował się żyć uczciwie i utrzymywać się z pisania, to absolutnie nie był w stanie się odnaleźć. I nic dziwnego: miał już wtedy 44 lata i dopiero zaczynał się uczyć normalnego życia, takiego – od rana do wieczora, że trzeba coś robić codziennie, bo już się nie pobiegnie nigdzie z karabinem.

W kraju, który jest przyjazny, z ludźmi, którzy nic do niego nie mają. Do tego nie znał języka. On potrzebował, i o tym absolutnie wprost pisał, kogoś, kto się nim zajmie, on nie umiał zająć się sobą w taki zwykły sposób.

– I ona to zrozumiała i stwierdziła, że nie pojedzie?

E.T.: – Ciężko mi powiedzieć, co ona czuła. Przede wszystkim, ona przypuszczalnie bardzo się bała, bo to nie jest takie proste – z malutkim dzieckiem gdzieś na poniewierkę w nieznane jechać i już nie wrócić, zostawiając tu całą rodzinę, tak jak zrobił to on. W Giżycku była jej starsza mama, którą ona się opiekowała.

– A Piasecki pewnie niewiele ofiarował poza sobą samym.

– Ona też już zamożnie wtedy nie żyła, pracowała na kasie w banku i żyła skromnie. Ale miała swoją rodzinę, syna, swoją Polskę – i wybrała to. To, jak się zmieniały ich relacje, można zobaczyć w tym, jak on ją opisuje. Opisuje ją, moim zdaniem, co najmniej dwukrotnie: najpierw w powieści „Adam i Ewa” – jedyny romans, który on napisał, dokładnie o tym, jak młody artysta przyjeżdża do Wilna, poznaje Ewę, która jest taka niezależna… Opis Ewy – to babcia: wysoka, kręcone włosy, troszeczkę mocniej zbudowana, nie taka wiotka, energiczna i pewna siebie. A druga – to Helena z „Wieży Babel”.

List Sergiusza Piaseckiego do Jadwigi Tomaszewicz.

– Wróćmy do Mińska. Wspomniała Pani o „Trylogii Mińskiej”, pierwszej przeczytanej przez Panią książce dziadka. No i pojechała tam Pani, co prawda, znacznie później, ale jednak. Jakie miała Pani oczekiwania, i co było zaskoczeniem?

E.T.: – Planowałam ten wyjazd właśnie w tym roku, ponieważ rok temu byłam w Wilnie, które też było dziadkowi bliskie. Więc zaproszenie od Instytutu Polskiego, które dostałam przy okazji ukazania się trylogii, przyszło jak najbardziej na czas.

Bardzo wzruszającym było dla mnie uczestnictwo w prezentacji książek – zobaczyłam mnóstwo ludzi, którzy czekają na książki dziadka, którzy je czytają, dla których jest on ważny. To było niesamowite i bardzo ciepłe.

Mam wrażenie, że na Białorusi lubią go teraz możne nawet bardziej, niż w Polsce. Pewnie, wynika to też z tego, że akurat z tych czasów, które on opisuje w „Trylogii Mińskiej” – czyli 1914-1917, jest stosunkowo mało książek opisujących Mińsk. A on daje świadectwo tego, jaki Mińsk był całkiem niedawno, więc jest on kulturowo też bardzo ważny, jest to część historii Białorusi.

– No i samo to, że urodził się i ukształtował na Białorusi…

E.T.: – Tak, absolutnie. Przecież on jako nastolatek dorastał właśnie w Mińsku, i to ukształtowało jego wieczną sympatię do takiego trochę półświatka, z marginesu, to, co potem przez lata jemu krytycy literaccy zarzucali, że on właśnie z dużą większą sympatią pisze o przestępcach, złodziejach, niż o tak zwanych porządnych ludziach. I też jako pisarza ukształtowało go to, że wtedy w Mińsku tak się zaczęło jego samodzielne życie.

– A kiedy Pani jechała, miała Pani jakieś oczekiwania, wyobrażenie – jak tam powinno być, i jak to się potem miało do rzeczywistości?

– Ja przed wyjazdem trochę poczytałam i wiedziałam już, że tego Mińska dziadka już właściwie nie ma. Spacerowałam po Mińsku śladami dziadka – że tu przypuszczalnie był ten sklepik, tu – dom, ale nic z tego już nie ma, byłam też na Komarowce – ciekawe wrażenie, ale jest inna, nie ta z książek.

Natomiast ostatniego dnia pobytu pojechałam do Rakowa – i mimo że Raków też się zmienił, już nie tętni życiem, jak wtedy, kiedy przebiegała tędy granica, ale w przeciwieństwie do Mińska w tym miasteczku można jeszcze wyczuć atmosferę z czasów dziadka. Jak człowiek tak spojrzy, przymknie oko na współczesne samochody, to są tam te same budynki, i ten nastrój.

Tam poczułam: „Aha, więc to jest Raków, to tu oni się zbierali przed pójściem na granicę, to tutaj przechodzili tę granicę…”

W “stolicy przemytników” upamiętniono Sergiusza Piaseckiego

Ale i Mińsk mi się bardzo podobał. Bardzo. Jedzenie, które jest w Mińsku bardzo dobre, ale oczywiście głównie ludzie. Odniosłam wrażenie, że ludzie tam są szalenie otwarci, serdeczni, gościnni – i to nie jest udawane. To nie jest na pokaz, tacy po prostu jesteście. I dla mnie to było jeszcze jedno przeżycie – bo Mińsk wygląda jak każde europejskie miasto, ludzie tacy sami, młodzież wygląda tak samo jak wszędzie, ale różnica jest taka, że Mińsk nie jest jednak typową europejską stolicą, ponieważ Białoruś nie jest państwem demokratycznym, i to jednak widać.

Na przykład, była taka sytuacja, kiedy już wracaliśmy z Rakowa i jechaliśmy na lotnisko, mijaliśmy biegową trasę narciarską, i patrzę – a tam jest kilkadziesiąt autobusów. I pytam się mojego przewodnika – co się dzieje? A on objaśnia, że tutaj zwożą co niedzielę wszystkich miejskich urzędników, żeby biegali na nartach z Łukaszenką. No i Łukaszenka zawsze wygrywa.

No i jak chodziłam po Mińsku, i Masza Puszkina, która mnie oprowadzała, pokazuje więzienie i mówi – to tu się wykonuje karę śmierci. W centrum Mińska. Nadal.

Areszt nr 1 w Mińsku. Jedyne miejsce w Europie, gdzie wykonuje się karę śmierci. Zdj. Iryna Arachouskaja/belsat.eu

I to są takie momenty, kiedy człowiek się orientuje, że nie do końca jest tu normalnie. To jest taka „europejskość” na pokaz. No i Mińsk jest drogi. A przecież Białorusini zarabiają mniej niż Polacy.

Z kolei Raków – z książek pamiętam, że jest tam dziewięćdziesiąt knajpek. A teraz jest ich tam zero. Ani jednej. To znaczy, że nie ma już tego Rakowa.

Ale jak by krytycznie na to nie patrzeć, była to bardzo ciekawa wizyta, to kraj interesujących ludzi, chętnie pojechałabym tam jeszcze raz, zwłaszcza że słyszałam iż latem Mińsk jest piękny…

– I Piasecki też tak twierdził… Panie Władysławie, dlaczego, Pana zdaniem, twórczość Pana ojca jest tak lubiana wśród Białorusinów? Jaki Pan ma stosunek do tego kraju i co by chciał jego mieszkańcom powiedzieć?

W.T.: Można chyba wymienić kilka przyczyn: walory tych powieści, umiejscowienie akcji niektórych z nich na obecnej Białorusi, urok „zakazanego owocu” (o ile wiem, książki te były wcześniej na indeksie), poszukiwanie przez Białorusinów własnej tożsamości kulturowej.

Ja Białorusi po prostu nie znam. W przeciwieństwie do innych państw dawnych Kresów Wschodnich – Litwy i Ukrainy, na Białorusi nigdy nie byłem. Ale uważam, że mimo pewnych przeszkód natury politycznej Białorusini i Polacy powinni utrzymywać ze sobą szersze kontakty, z uwagi na wspólnotę etnograficzną, kulturalną i językową obu narodów.

– A wracając do Piaseckiego – co Pan w ojcu podziwia, z czego Pan jest dumny?

W.T.: – W Polsce książki ojca zaczęto legalnie wydawać pod koniec lat 80. i dopiero wtedy się z nimi zapoznałem. Wszystkie czytałem z dużym zainteresowaniem. Wcześniejsze („Kochanek…”, „Bogom nocy równi”) cenię przede wszystkim za autentyzm, dalsze (zwłaszcza „Trylogia Mińska” i „Dylogia Wileńska”) również za formę literacką.

Pocztówka od „babuni Stefanii” wysłana przez Sergiusza Piaseckiego.

Poza osiągnięciami literackimi ojca imponowały mi jego wszechstronne uzdolnienia artystyczne, prawy charakter i odwaga, których mu trochę zazdrościłem. Jakkolwiek w jego przedwojennym życiorysie były ciemniejsze strony, usprawiedliwiam je ówczesną sytuacją życiową (vide: „Żywot człowieka rozbrojonego”). Osoba ojca kojarzyła mi się raczej z Wileńszczyzną, skąd pochodzi moja rodzina ze strony mamy.

– Jeśli możemy pospekulować – czym Piasecki zaimponował pani Jadwidze?

E.T.: – Cóż, możemy pospekulować. To były lata 1943-1944, kiedy on działał w podziemiu. I wystarczy spojrzeć na jego zdjęcie – był to człowiek bardzo przystojny, bardzo romantyczny, bardzo pięknie śpiewał, grał na gitarze, na pewno wspaniale opowiadał…

– A skąd Pani wie o tej gitarze?

E.T.: – Ciocia opowiadała, siostra babci.

– Mówiła, że był fajny?

E.T.: – Nie jestem pewna, czy go lubili. Tu panna z dobrej rodziny, a obok – taki gość nie wiadomo skąd, i do tego po więzieniu. Ale oni nie mieli wiele do gadania – babcia po prostu wyjechała z nim do Wilna, i razem zamieszkali. Była to zapewne wielka i gorąca miłość, przecież on pod jej wpływem przeszedł na katolicyzm. Babcia była bardzo wierzącą osobą.

A jeśli chodzi o mnie – czym mi imponuje Piasecki? Na pewno miał szalenie ciekawą, fascynującą biografię, która sama w sobie nadaje się na znakomity film.

I nie tylko w tych czasach, o których wiemy już dużo, ale również – jego życie w emigracji, czasy, które są często pomijane. A on o tym dużo pisał w swoich listach, jak się czuł, jak się układało. Mam jego listy i listy babci, których jest mniej, ale obydwoje wszystkie listy przechowywali.

List Sergiusza Piaseckiego do Jadwigi Tomaszewicz.

– Wiem, że przygotowuje Pani książkę na bazie tych listów.

E.T.: – Inaczej – pracuję nad biografią dziadka, i te listy są też dla niej ważne. Zainteresował mnie szczególnie okres emigracji, bo o nim mało się pisze. Wszyscy piszą o sensacyjnych wydarzeniach jego życia: jak dzięki książce wyszedł z więzienia, jak był przemytnikiem, jak był wywiadowcą, jak działał w AK – a przecież ostatnie 20 lat życia żył jak zupełnie zwyczajny człowiek. I ten okres jest dobrze udokumentowany, wszystkie papiery są, jego listy, korespondencja z wydawcami, z innymi ludźmi.

– Zmieniła go emigracja? Czego się Pani dowiedziała z tych jego listów?

E.T.: – Jest taki mit, że on na emigracji biedował. A on dużo tam pisał. Miał niesamowity talent, te jego książki to może nie jest wielka literatura, ale jak to się czyta! Tak lekko, tak ciekawie. Miał ogromny dar opowiadania, tworzenia postaci. Na emigracji miał jakiś zasiłek, ale żył ze swojego pisania. I to mu się udawało. Przed wojną wydał tylko trzy powieści: „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”, „Bogom nocy równi” i „Piąty etap”. Po wojnie on jeszcze w tej armii Andersa kończył Trylogię, a wszystkie pozostałe książki napisał już na emigracji.

Istnieje też mit, że Wańkowicz, który pomógł mu wydostać się z więzienia i został wydawcą jego książek, go oszukał.

– A oszukał?

E.T.: – I tak, i nie. Piasecki został wypuszczony z więzienia pod warunkiem, że będzie dostawał miesięczną pensję. Nie chcieli mu wypłacić tantiem z jego książek, które były wówczas szalenie popularne, ponieważ nie do końca mu wierzyli, że nie wróci znów na tę swoją przestępczą drogę. I w tym czasie prawami autorskimi do jego książek, szczególnie do „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” zarządzał Wańkowicz, który to rozpowszechnił na całą Europę, na 16 języków…

Dziennikarz i prezenter Biełsatu przetłumaczył na białoruski „Jabłuszko” Sergiusza Piaseckiego

A po wojnie Piasecki rozpoczął starania by te prawa autorskie odzyskać, żeby te zyski szły do niego, a nie do wydawnictwa i Wańkowicza, który wtedy, zdaje się, już przeniósł się do Stanów. I sporo tych pieniędzy udało mu się odzyskać. Więc to nie jest tak, że on był zupełnie pozbawiony środków do życia. Być może nie miał ich tyle, żeby postawić willę, ale żeby kupić przyzwoite mieszkanie – tak.

– I miał to mieszkanie?

E.T.: – Nie. On był bardzo pracowity, choć nie pracował specjalnie fizycznie. Na emigracji napisał najwięcej. Inna rzecz, że był zupełnie niezaradny w życiu codziennym. Nie za bardzo potrafił gospodarować pieniędzmi, był trochę naiwny. I pewnie też dlatego rozumiał, że jest mu potrzebna żona. Ale nie miał w tym szczęścia.

Za to wspólnie z profesorem Demelem przysposobili córkę jednej z jego tamtejszych znajomych, Polki, która brała dzieci z domu dziecka, ale źle je traktowała. I jedną dziewczynkę, Basię, oni jej zabrali. Posłali ją do szkoły zakonnej, płacili za jej wykształcenie. Krytycy pisali o nim, że jest to ostatni polski romantyk. Bohater…

Sergiusz Piasecki.

– Jakie miał ideały?

E.T.: – Ideały… On był zatwardziałym antykomunistą – to podstawowa cecha. Jeszcze obserwując rewolucję w 1917 roku w Rosji, znienawidził komunizm całym sercem. Uczciwość. Mimo wszystko, choć zadawał się z tym półświatkiem, ale był wtedy młody, a okoliczności były, jakie były. Ale był dobrym, uczciwym człowiekiem. Wierność. To między innymi dlatego nie odnalazł się w tej londyńskiej emigracji – bo w czasie, kiedy oni wszyscy cieszyli się, że udało się uciec z tej komunistycznej Polski, i celebrowali, on uważał, że należy walczyć. Że to jest ich obowiązkiem. Że zamiast organizować wieczorki literackie, powinni pisać odezwy, jakoś informować Zachód o tym, co się dzieje w Polsce, że Polska jest pod okupacją rosyjską.

Dlatego zupełnie nie dogadywał się z tą emigracją londyńską co do wartości. Uważał, że jego obowiązkiem była walka o to, żeby Polska była wolna. Nie zaprzyjaźnił się z nimi.

– Pewnie czuł się tam dość smutnie.

E.T.: – To było trudne dla niego doświadczenie. Dlatego wspomniałam o tych dwóch portretach babci – w powieści „Adam i Ewa”, a potem w „Wieży Babel”, gdzie już dość negatywnie ją opisał. Bo Helena nie jest moją babcią.

Bo pisał to, gdy już kontakt im się urwał, kilka lat przed jego śmiercią, i widać, że był już na nią zły, rozgoryczony, był nawet zazdrosny. Generalnie nie potrafił zrozumieć przyczyn jej decyzji. No i pewnie już gorzej się czuł.

Helena jest bezwolna, uciskana przez swoją rodzinę, i on jej pomaga się wyrwać od tej rodziny, i to zupełnie nie jest babcia. Wręcz przeciwnie – to ona wszystkimi się opiekowała. Przez niego przemawia jego gorycz.

– Na pewno była to najważniejsza kobieta w jego życiu.

E.T.: – Myślę, że tak. Wystarczy poczytać jego książki – wychowywała go macocha, matki nie poznał, macocha go nie lubiła, maltretowała. I już od tej macochy zaczyna się jego dosyć ambiwalentny stosunek do kobiet.

Lubił dwa typy kobiet. Pierwszy – to taka, którą on się opiekuje i mówi, jak ma żyć, a drugi – to taka kobieta niezależna, wyzwolona, która jest jego kochanką. I tylko – albo tak, albo tak.

A kobieta jako partnerka, przyjaciółka – to nie. I na końcu „Wieży Babel” opisał właśnie taką kobietę, którą on się zaopiekuje. Ale jej nie znalazł.

Rozmawiała Olga Hardziejczyk-Maziarska

(cez)

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Ewy Tomaszewicz i zostały opublikowane za jej zgodą.

Zobacz też
Komentarze