Ci, co chcieli wyjechać, już wyjechali: co się dzieje na granicy przed jej zamknięciem

Od poniedziałku Białoruś tymczasowo zamyka swoje granice lądowe na wyjazd. Ograniczenie nie będzie miało wpływu na punkty kontrolne na lotniskach. Ostatniego dnia przed zamknięciem Biełsat udał się na białorusko-polską granicę zobaczyć, jak wygląda sytuacja.

Przejście graniczne Brześć jest jednym z największych na granicy między Białorusią a Polską.

Przejście graniczne Brześć. Zdj.: Biełsat

W porze obiadowej w niedzielę 20 grudnia nie jest tu tłoczno. Na przejście wjeżdża zapakowana Toyota, na tylnym siedzeniu siedzi dziewczyna z kotem. Mężczyzna prosi, żeby nie robić zdjęć.

– Jadę , bo to ostatnia szansa na wyjazd – dodaje.

Większość sklepów w pobliżu tego przejścia została zamknięta wiosną, nowe zakazy mogą zakończyć ostatnią pozostałą tu działalność – ubezpieczycieli.

Przejście Brześć, zdj.: Белсат

Co jest uderzające to duża liczba ludzi w cywilu, którzy pełnią służbę przed przejściem. Interesują ich dziennikarze, podjeżdżają autem, pokazują dokumenty Komitetu Granicznego i śledzą nas aż do momentu, gdy opuszczamy przejście.

„Zamknięcie granic na nas nie wpływa”

Rankiem 20 grudnia na punkcie kontrolnym Bruzgi pod Grodnem, cztery kilometry przed granicą, zaczyna się ogromna kolejka ciężarówek. Tuż przed punktem kontrolnym jeden z kierowców, 50-latek, wyskakuje z samochodu, aby wyrzucić worki ze śmieciami.

.

Punkt Bruzgi, zdj.: Sasza Praudzina / Biełsat

– Na razie zamknięcie granic nie wpłynie na nas w żaden sposób, pracowaliśmy i będziemy dalej pracować, bez zmian – zapewnia.

Nie ma zwykłych samochodów, czy minibusów – żadnego najazdu. Na punkcie kontrolnym ciężarówki są powoli sprawdzane pojedynczo i przepuszczane.

Punkt Bruzgi, zdj.: Sasza Praudzina/ Biełsat

Na stacji benzynowej 45-letni kierowca czyści kabinę swojej ciężarówki.

– Właśnie wróciłem z Polski. Z powodu koronawirusa po drugiej stronie granicy kolejka ciężarówek jest jeszcze większa, wczoraj rozciągnęła się na 8 km. Ale jesteśmy do tego przyzwyczajeni. A zamknięcie granicy nie wpłynie na nas w żaden sposób. Przynajmniej tak nam obiecano. Jak długo granice będą zamknięte, nikt nie może sobie nawet wyobrazić – mówi mężczyzna.

Punkt Bruzgi, zdj.: Sasza Praudzina/ Biełsat

„Na Białorusi robi się wszystko, aby zostawić tylko spaloną ziemię”

Pod warunkiem zachowania anonimowości rozmawialiśmy z kobietą z Grodna, której rodzina wyjechała do Polski tuż po wiadomości o tym, że granice będą zamknięte. Chociaż pomysł wyjazdu pojawił się już wcześniej – na Białorusi, ze względu na swoją pozycję polityczną, rodzina była prześladowana.

W Grodnie prowadzili hurtownię. W sierpniu kobieta wraz z mężem poszła na protesty. 30 sierpnia jej mąż został zatrzymany i ukarany grzywną. Zaraz potem przyszli do firmy z kontrolą z zarzutem z kodeksu kryminalnego – uchylanie się od płacenia podatków na szczególnie dużą skalę (do trzech lat więzienia z grzywną).

Odcięte pogranicze: utracone dochody i wymuszona emigracja

– Zawiesiliśmy naszą działalność, aby nie płacić podatków do budżetu. To wynikało z naszych moralnych zasad. Byliśmy jednymi z pierwszych, do których przyszli z kontrolą i myśleliśmy, że dostaniemy pokazową chłostę. Mamy wielu znajomych w biznesie i każdy, kto prowadzi interesy na Białorusi, wie że wszyscy jesteśmy na haczyku władz. W razie potrzeby władze znajdą powód i sposób, by nas ukarać – mówi kobieta.

Mieszkańcy Grodna zamknęli firmę i zaczęli organizować swoim pracownikom pracę w innym miejscu. Kontrola nie została jeszcze zakończona.

– Ciągnęliśmy do ostatniej chwili – nie chcieliśmy wyjeżdżać. Ale wraz z zapowiedzią zamknięcia granicy zdecydowaliśmy, że nie ma wielkiego wyboru – powiedziała.

Rodzina ma dwoje dzieci. Teraz jest w Polsce, na kwarantannie, żyją dniem dzisiejszym i zastanawiają się, jak zacząć wszystko od nowa.

Punkt Bruzgi, zdj.: Sasza Praudzina/ Biełsat

– Na Białorusi robi się wszystko, by zostawić tylko spaloną ziemię. Później będzie bardzo trudno to odbudować. Ale nie tracimy ducha. Przeprowadziliśmy się do Warszawy, są różne fundacje pomagające Białorusinom i bardzo chcę uczestniczyć w ich pracy. Mam nadzieję, że będę tam bardziej przydatna niż w obecnych warunkach na Białorusi – podsumowuje mieszkanka Grodna.

„Zamknięcie granicy jest środkiem politycznym, a nie epidemiologicznym”

Wiadomość o zamknięciu granic na wyjazd wywołała falę dyskusji w Internecie. W różnych czatach ludzie zadają pytanie: jeśli granica jest zamknięta z powodu koronawirusa, to dlaczego ograniczenie dotyczy wyjazdów? Logiczne byłoby zamknięcie granic na wjazd. A osoba sama może zdecydować, czy jest gotowa gdzieś pojechać, a następnie poddać się 10-dniowej kwarantannie.

Grodzieński historyk Miaczysłau Supron takie posunięcie władz białoruskich nazywa absurdem. On sam mieszka i pracuje w Polsce już drugi rok, a wcześniej przez około 10 lat mieszkał w dwóch krajach.

– Oczywiste jest, że jest to środek polityczny, a nie epidemiologiczny. Ci, którzy chcą wyjechać za granicę, będą musieli za to zapłacić – dodał.

Zamykanie granic to nie wszystko

Ograniczenie wyjazdu z Białorusi to nie jedyny „prezent”, jaki władze przygotowały dla Białorusinów. Niedawno okazało się, że Ministerstwo Finansów rozważa wprowadzenie opłaty za przekroczenie białoruskiej granicy samochodem osobowym. Ma ona wynieść prawdopodobnie ok. 87 rubli, czyli ok. 130 złotych.

Zakaz wyjazdu z kraju dotknie 50 tys. białoruskich kierowców z branży przewozowej?

Dlaczego jest to potrzebne? Minister finansów Juryj Sieliwerstau wyjaśnił, że zebrane fundusze można przeznaczyć na „środki dezynfekcyjne i wyposażenie punktów kontrolnych we wszystko, co niezbędne, ze względu na pandemię”.

Sasza Praudzina, AS, pp/belsat.eu

 

Wiadomości