Białoruscy uchodźcy szykują się na długi pobyt w Polsce

Kilka tysięcy Białorusinów wybrało Polskę jako schronienie przed reżimem Alaksandra Łukaszenki. Dlaczego przyjechali akurat tutaj, a nie na Ukrainę, czy Litwę? Jak żyje im się w Polsce i na jakie kłopoty natrafiają? Na te pytania odpowiadają rozmówcy Piotra Pogorzelskiego.

Siarhiej Kuraczkin był milicjantem w Lidzie. Wcześniej pracował jako naczelnik tamtejszego oddziału ds. walki z nielegalnym obrotem narkotykami i handlem ludźmi. W sierpniu wystąpił z głośnym oświadczeniem, w którym zadeklarował, że odchodzi z milicji.

– Do niedawna byłem przekonany, że jeśli nie naruszasz prawa, to nic ci nie grozi. Jednak w sierpniu zrozumiałem, że tak wcale nie jest – mówił.

10 września wraz z żoną, urzędniczką w lidzkim oddziale MSW, wyjechali do Polski. Wolha Kuraczkina mówi, że wybór nie był duży: Litwa albo Polska. Te dwa kraje ogłosiły, że przyjmą tych, którzy są zagrożeni po wydarzeniach 9 sierpnia.

– W Litwie mielibyśmy problemy z językiem, a Polska jest bliższa. Poza tym, w Lidzie mieszka dużo osób polskiego pochodzenia i właściwie od urodzenia żyliśmy w polskim środowisku – podkreśla.

“Był nawet podpułkownik”. Ponad tysiąc białoruskich mundurowych odeszło ze służby

Dla małżeństwa Kuraczkinów emigracja była całkowicie nieplanowana. Trzeba było wyjechać ze względu na możliwe prześladowania.

Tak samo było u Juryja Rawowego, przewodniczącego komitetu strajkowego w przedsiębiorstwie Grodno Azot. Z Białorusi uciekł, gdy tylko się dowiedział, że wszczęto wobec niego sprawę karną. Polska była dla niego naturalnym wyborem ze względu na bliskość granicy. Wyjeżdżać trzeba było szybko. Wcześniej tylko upewnił się, zresztą podobnie jak Siarhiej Kuraczkin, że nie jest na czarnej liście osób, którym wyjazd jest zabroniony.

– Miałem polską wizę turystyczną, ale wówczas, w sierpniu, Polska jeszcze nie wpuszczała na ich podstawie ze względu na pandemię. Ale musiałem jechać i po polskiej stronie, od razu na przejściu, wystąpiłem o azyl międzynarodowy. Tak poradził mi komendant przejścia – podkreśla Juryj.

Juryj Rawowoj przemawia do kolegów w Grodno Azocie. 19 sierpnia, 2020 r. Zdj.: Alaksandr Wasiukowicz/ Vot-tak.tv / Belsat.eu

Na bardzo dobre traktowanie ze strony polskiej Straży Granicznej zwraca też uwagę Wolha Kuraczkina, żona milicjanta z Lidy.

– To było widać po twarzach funkcjonariuszy. Oni byli w szoku. Dwóch dorosłych ludzi, którzy uciekają z własnego kraju – mówi.

W trochę innej sytuacji byli Ihar i Alesia Mihunowowie, którzy przyjechali do Polski 6 października na podstawie wizy dla informatyków. Wyjazd planowali na długo przed wyborami 9 sierpnia. Te i następujące po nich wydarzenia stały się tylko katalizatorem.

– One nas zmusiły, żeby to zrobić tu i teraz. Polska to bez wątpienia Europa, a z drugiej stronie to kraj o bliskiej nam mentalności i duchu. Czyli będzie nam tu komfortowo i możemy liczyć na o wiele większe możliwości niż na Białorusi – zaznacza Ihar.

Białoruś: koniec państwa IT?

Małżeństwo Mihunowów samo załatwiło wszystkie dokumenty i samo przyjechało do Warszawy. Sami też wynajęli mieszkanie, które opłacają z pensji męża. Ci, którzy przyjechali wcześniej otrzymali jednak pomoc od organizacji pozarządowych. Juryj Rawowoj od NSZZ „Solidarność” i od Centrum Białoruskiej Solidarności. To ostatnie pomogło też rodzinie Kuraczkinów.

– Ciężko było znaleźć lokal żeby przejść kwarantannę. Albo drogo albo hostele. Pomogło nam Centrum, dali nam kontakty, powiedzieli, gdzie trzeba jechać. To była mała miejscowość. Później w Warszawie inna fundacja pomogła nam ze zalezieniem szkoły – zaznacza Wolha.

Dzieciom uchodźców trudno zrozumieć, dlaczego musiały opuścić Białoruś.

– Trudno było wyjaśnić, dlaczego wyjeżdżamy. One miały wszystko. A teraz nie ma ani komputera, ani roweru. Mieliśmy 1 bagażnik rzeczy – podkreśla Wolha.

Wolha Kuraczkina z mężem i dziećmi. Zdjęcie z prywatnego archiwum

Właśnie edukacja dzieci, poza brakiem znajomości, języka jest największym problemem przyjeżdżających Białorusinów. Alesia Mihunowa podkreśla, że starszy syn skończył ósmą klasę, a żeby pójść do liceum powinien zdać egzaminy, a one są na Białorusi po 9 klasie. W końcu udało się jednak załatwić, dzięki życzliwości urzędników, miejsce w liceum w Warszawie.

– Dziś dostał 6 z matematyki i to była wielka radość. Ale miał też 3 z polskiego bo nie zna języka i nie ma dodatkowych lekcji polskiego – dodaje.

Za to młodsza córka, która chodzi do pierwszej klasy, ma takie dwie godziny lekcyjne w tygodniu.

– Najlepsze były pierwsze tygodnie, gdy chodziła do szkoły. Teraz, gdy szkoła jest online, jest trochę trudniej. I wolniej łapie język – zaznacza Mihunowa.

Ihar i Alesia Mihunowowie. Zdjęcie z prywatnego archiwum

Wolha Kuraczkina podkreśla, że brak jej kontaktów z Polakami. W większości obracają się bowiem w towarzystwie osób z Białorusi. Prawo do pracy uzyskają dopiero od grudnia. Na Białorusi należeli do wyższej klasy średniej – mieli dom, samochód, mają tam zaciągniete kredyty. W Polsce zaczynają od zera.

Na razie w nowym kraju jej się podoba. Według niej, jest tu o wiele spokojniej niż na Białorusi.

– Na Białorusi jest jak na wojnie, boisz się zrobić zbędny krok, popełnić błąd bo za wszystko są kary, kary, kary – zaznacza.

Moi rozmówcy zwracają też uwagę na lepsze traktowanie dzieci w szkołach i mniej stresowe wychowanie. Z drugiej strony, co może być atutem Białorusinów, białoruskie dzieci są o wiele bardziej zdyscyplinowane i przyzwyczajone do znacznie cięższych programów szkolnych.

Łukaszenka: „Za nowej konstytucji nie będę już prezydentem”

Moi rozmówcy raczej nie planują powrotu do kraju. Nawet w przypadku, gdy Alaksandr Łukaszenka przestanie trzymać się fotela prezydenta. Wolha Kuraczkina uważa, że wiele osób w jej rodzinnej Lidzie będzie miało do niej pretensje, że pozbawiono ich spokojnego życia.

– Wiele osób się przyzwyczaiło, że można żyć dobrze nic nie robiąc, tylko dlatego, że jest się urzędnikiem.

Pytanie też, kto zastąpi Alaksandra Łukaszenkę.

– On jest tylko czubkiem góry lodowej. Jeśli go zastąpi nominant Kremla, to nic się nie zmieni. Jeśli będzie to ktoś od Swiatłany Cichanouskiej, to za jakiś czas może coś się zmieni – dodaje.

Na szybkie zmiany nie ma też nadziei małżeństwo Mihunowów.

– Jeśli to zależałoby tylko od Łukaszenki, to byśmy przeczekali. Ale on odejdzie i co zostanie? My przeprowadziliśmy się w czasie pandemii z Mińska na prowincję. Nasi sąsiedzi byli zastraszeni, dasz im kopiejkę i możesz robić, co chcesz. Potrzeba czasu żeby coś się zmieniło – mówi Ihar.

A jego żona dodaje:

– Teraz uciekają wszyscy normalni ludzie, kto tylko ma jakieś oszczędności, poduszkę bezpieczeństwa. Zostaną emeryci i tacy, dla których zawsze jest dobrze. Może nasze dzieci tam wrócą już dorosłe i coś zmienią – zauważa.

Innego zdania jest były szef komitetu strajkowego w Grodno Azocie Juryj Rawawoj.

– Jeśli nie my to zmienimy, to kto? Choć pewnie moja żona byłaby zadowolona, gdybyśmy zostali w Polsce – podkreśla.

W jednym zgadza się ze swoimi przedmówcami – jeśli dojdzie do zmiany na stanowisku szefa państwa, przed Białorusią jeszcze bardzo długa droga.

100 dni białoruskiego protestu. Zapamiętać wszystko

Piotr Pogorzelski/belsat.eu

Wiadomości