„Sowiecka polityka ukrywania”. Koronawirus na Białorusi jak Czarnobyl w ZSRR?

Katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej stała się jedną z największych w historii ludzkości tragedii spowodowanych przez człowieka. Do wzrostu liczby ofiar przyczyniły się próby przemilczenia przez władze faktu wybuchu, a potem skali zagrożenia. Dziś białoruski rząd milczy na temat zagrożenia i skutków pandemii koronawirusa. Zdaniem ekspertów dokładnie tak, jak robiły to komunistyczne władze w 1986 roku.

26 kwietnia doszło do wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Ta tragedia to największa katastrofa nuklearna, jaka kiedykolwiek wydarzyła się na naszej planecie. Substancje radioaktywne, które po wybuchu w elektrowni utworzyły chmurę gazu, dotarły do wielu krajów w Europie. Największa ich ilość (jak szacują specjaliści około 70 procent) znalazła się na terytorium Białorusi.

Jednak mimo śmiertelnego zagrożenia, władze radzieckie postanowiły ukryć skalę katastrofy przed swoimi obywatelami i całym światem. W celu usunięcia skutków wybuchu, do miejsc, w których wystąpiło promieniowanie, wysłano tysiące młodych ludzi.

Michaił Mialik, mieszkaniec położonych niedaleko od granicy z Ukrainą Telechanów, znalazł się w grupie osób, które pilnie wezwano przed komisję poborową i tego samego dnia wysłano do Czarnobyla.

– W tym czasie pracowałem jako kierowca autobusu w firmie przewozowej nr 14 w Iwacewiczach, taką wtedy nosiła nazwę. Nagle dyspozytorka poinformowała mnie, że jestem pilnie wezwany przed komisję poborową. Nie było nawet oficjalnego wezwania na piśmie. Teraz zdaję sobie sprawę, że głupio zrobiłem, odpowiadając na takie „wezwanie”. Od wszystkich, którzy się stawili, komisarz wojskowy odebrał zaświadczenia o odbyciu służby wojskowej i skierowano nas do Czarnobyla. Pracowałem tam przez pół roku – od 20 listopada 1986 roku do 5 maja 1987 roku jako kierowca autobusu. Woziłem ludzi. Nie wjeżdżałem do samego Czarnobyla, dojeżdżałem do wsi Kaszołka oddalonej od niego o dziesięć kilometrów. I sześć miesięcy spędziłem w niebezpiecznej strefie zagrożenia – mówi Mialik.

Michaił Mialik, likwidator skutków awarii w Czarnobylu. Zdjęcie: belsat.eu

„Zakładaliśmy tylko maski przeciwgazowe”

Michaił Mialik wspomina, że jego praca nie była trudna. Ale ludzie, którzy zostali tu przysłani, nie wiedzieli nic o niebezpieczeństwie związanym z radiacją. Środki zapobiegające narażeniu na promieniowanie były minimalne.

– My byliśmy wtedy jeszcze bardzo młodzi i śmialiśmy się, mówiliśmy między sobą, że zabierają nas „drapać atom po brodzie”. Ale zginęło wiele osób, które również były z okolic Iwacewicz – byli nawet o 5-10 lat młodsi ode mnie. Nie było żadnego systemu bezpieczeństwa. Tak to wyglądało w naszej armii – jeśli wydają rozkaz, to nikt nie dyskutuje. Tak więc wydano nam tylko maski przeciwgazowe. Myliśmy się po wyjściu ze strefy zagrożenia, ubieraliśmy się w czyste ciuchy i tyle. I proszę sobie wyobrazić, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Do tej wioski przywożono ok. 250 osób, wsadzano do autobusów, mówiono im, że są niczym ołów i wożono do samej elektrowni, do piekła – wspomina nasz rozmówca.

Legitymacja likwidatora elektrowni atomowej w Czarnobylu, Michaiła Mialika. Zdjęcie: belsat.eu

W strefie skażenia znalazło się 2,2 mln Białorusinów. Władze ewakuowały i przesiedliły 138 tys. osób, a około 200 tys. opuściło tereny dotknięte katastrofą. Warto jednak zauważyć, że do tej pory Białoruski Komitet Statystyczny Biełstat nie ogłosił oficjalnych statystyk dotyczących liczby ofiar i skutków zdrowotnych awarii w Czarnobylu. W 2017 roku Biełstat wydał biuletyn „Sieć, kadry służb ochrony zdrowia i zachorowalność ludności na Białorusi w 2016 roku”.

Po raz pierwszy w oficjalnych statystykach przedstawiono informacje dotyczące chorób ludności dotkniętej katastrofą elektrowni jądrowej w Czarnobylu. W raporcie stwierdzono, że jeśli brać pod uwagę wszystkie rodzaje chorób, ludność dotknięta skutkami awarii w elektrowni jądrowej w Czarnobylu choruje znacznie mniej niż wynosi średnia krajowa. O ile bowiem średni krajowy wskaźnik zachorowań wynosi 85 260 osób na 100 000 mieszkańców, to wśród osób dotkniętych awarią w Czarnobylu choruje tylko 65 410 osób. Tak więc, urząd „obliczył”, że ofiary Czarnobyla chorują o 25 procent rzadziej niż reszta Białorusinów.

„To pewnie ta wola życia”: jak miłość uratowała życie likwidatora skutków katastrofy czarnobylskiej

W 1993 roku utworzono „Białoruski państwowy rejestr osób narażonych na promieniowanie w wyniku katastrofy czarnobylskiej”. Na początku 2000 roku w rejestrze znajdowało się 180 tys. ofiar i taka sama liczba pojawia się w raportach Ministerstwa Sytuacji Nadzwyczajnych. Ale dane te zostały ogłoszone przez ekspertów ONZ. Władze państwowe nie prowadziły swoich badań i w 2009 roku rozporządzeniem Rady Ministrów podjęto decyzję o likwidacji rejestru. Władze wskazują jednak, że straty gospodarcze sięgają 235 mld dolarów.

Sowiecka praktyka ukrywania zagrożenia

Wygląda na to, że praktyka zatajania informacji o skutkach awarii w Czarnobylu, jaką stosowały władze radzieckie jest kontynuowana przez władze współczesnej Białorusi. Praktyka ta jest wykorzystywana w przypadku innej katastrofy na Białorusi – zagrożenie koronawirusem.

Łukaszenka: lód najlepszym lekiem na wirusy

– Z całą pewnością można porównać konsekwencje awarii w Czarnobylu, środki podjęte przez władze w tym czasie i obecną sytuację z koronawirusem. Już na samym początku epidemii mówiłem, że teraz środki będą wyglądały podobnie, m.in. cenzura, nieodpowiednia reakcja. Parada Zwycięstwa w zeszłym roku jest bardzo dobrą analogią do marszu pierwszomajowego w 1986 roku. Po wypadku nie powiedziano ludziom o prawdziwych zagrożeniach i ludzie wyszli na ulice. Dlatego te podobieństwa są absolutnie uzasadnione – mówi Andrej Jelisiejeu, dyrektor działu badań w ośrodku badawczym Centr EAST.

Ekspert uważa, że w związku z koronawirusem białoruskie władze błędnie postąpiły analogicznie do roku 2009, kiedy to zagrożeniem była świńska grypa. Ta epidemia również dotknęła Białoruś, ale trwała dość krótko, a śmiertelność była niewielka. Wydaje się, że władze nawet nie przypuszczały, że epidemia koronawirusa potrwa tak długo i postawi je w bardzo niewygodnym położeniu, ponieważ co kwartał liczby będą rosły. Jak twierdzi Jelisiejeu, reżim nie znalazł innego wyjścia z sytuacji, jak tylko ukryć statystyki dotyczące śmiertelności.

Łukaszenka traktuje pandemię, tak jak Gorbaczow Czarnobyl

– Kolejnym czynnikiem jest to, że epidemia zaczęła się rozszerzać dokładnie w momencie, kiedy miała się rozpocząć względnie pozytywna kampania wyborcza. Łukaszenka zdążył już złożyć wizyty we „względnie pozytywnych” przedsiębiorstwach. I rzeczywiście, epidemia zaczęła się właśnie wtedy, wydawało się, że Łukaszenka po prostu realizował swój plan i nie potrafił dostosować się do sytuacji. Jako osobie zachowawczej trudno mu było zmienić plany, przystosować się do nowych warunków – mówi ekspert.

Dlaczego pandemia stała się dla Białorusi katastrofą

W wyniku tej polityki pandemia COVID-19 stała się dla Białorusi prawdziwą katastrofą. A dziś eksperci porównują tę katastrofę z awarią w elektrowni atomowej w Czarnobylu.

– Jeśli wziąć pod uwagę rzeczywistą śmiertelność z powodu koronawirusa, Białoruś będzie prawdopodobnie jednym z najbardziej dotkniętych krajów w Europie, a może nawet na świecie. Mam na myśli wskaźnik nadmiernej śmiertelności na1 tys. mieszkańców. Tutaj mowa jest o nadzwyczajnych konsekwencjach epidemii dla Białorusi.

„A jak zdalnie doić krowy?” Dlaczego Łukaszenka wciąż nie chce powszechnej kwarantanny

Jak podkreśla rozmówca Biełsatu, dane o śmiertelności są znane we wszystkich krajach, ale propaganda białoruska podaje liczby bezwzględne, choć tak naprawdę tutaj liczą się liczby względne. Chodzi o wskaźnik na mieszkańca.

– Więc mówi się o krajach, takich jak, Francja czy USA, ale ich ludność jest kilkadziesiąt razy większa niż Białoruś. A jeśli spojrzymy na wskaźnik nadmiernej śmiertelności w stosunku do populacji, to nasz kraj ucierpiał znacznie bardziej niż kraje zachodnie – wyjaśnia Jelisiejeu.

Według eksperta śmiertelność mogła zostać zaniżona nawet 15-krotnie, a liczba zgonów spowodowanych pandemią w 2020 roku to ok. 20 tys. osób. Jego zdaniem odpowiada to prognozie z marca, sporządzonej przez forum Imperial College London. Śmiertelność na Białorusi oszacowano wtedy w granicach 16-32 tys.

Zatajanie statystyk powoduje wielkie szkody

Jak twierdzi Andrej Jelisiejeu, fakt zaniżania liczb wpływa na część społeczeństwa w taki sposób, że zmniejsza on świadomość ryzyka epidemii. A to, że urzędnicy nie noszą masek i zupełnie to lekceważą i dają mieszkańcom zły przykład, co również ma negatywny wpływ na sytuację.

– Patrząc na oficjalne statystyki głoszące, że na Białorusi z powodu koronawirusa zmarło 2,4 tys. pacjentów, nie ma wątpliwości, że ta liczba jest niedoszacowana, pytanie tylko, ile razy. Można umownie pomnożyć liczbę ofiar przez 10 lub nawet 15, a może nawet więcej. Po niektórych danych jasno widać, że Białoruś znajduje się wśród tych krajów, w których zastosowano najgorsze środki walki z pandemią. Wpłynęło to znacząco na wysoki wskaźnik śmiertelności w porównaniu z innymi krajami.

Łukaszenka: ktoś mi podrzucił koronawirusa. Trwa śledztwo

Siarhiej Jahorau, ksz/belsat.eu

Wiadomości