Kiedyś gułag, dziś kolonia karna. Białoruscy „polityczni” trafiają do obozów pracy

Sąd w Mińsku skazał dziennikarki Biełsatu na karę 2 lat kolonii poprawczej. Białoruś w swojej historii najnowszej miała do czynienia tylko z jedną więźniarką polityczną, która trafiła do takiego miejsca.

Kolonia poprawcza to podstawowa forma karania osób skazanych za sprawy karne, jednak obecnie trafia tam coraz więcej przeciwników władzy Alaksandra Łukaszenki. Są skazywani za takie przestępstwa, jak organizowanie i udział w zamieszkach, napaść na funkcjonariuszy, chuligaństwo. Udowodnienie oskarżonym takich zachowań nie nastręcza białoruskim sądom dużego problemu. Organizowanie zamieszek może być bowiem zwykłą praca dziennikarską, jak w przypadku dziennikarek Biełsatu. Udział w zamieszkach to wyjście na jezdnię w czasie protestu i zablokowanie komunikacji miejskiej. Napaść na milicjanta to zerwanie z jego głowy kominiarki, czy kopnięcie milicyjnego samochodu. Wreszcie chuligaństwem, za który trafia się na lata do kolonii, jest dla sądu namalowanie na asfalcie napisu „nie zapomnimy”.

Mińsk: dwa lata kolonii karnej za napis na chodniku „Nie zapomnimy”

Instytucja kolonii poprawczej jest bezpośrednią kontynuatorką sowieckich łagrów, obozów pracy. Dziś wprawdzie więźniowie nie są zabijani tam głodem i chłodem, jednak pozostał obowiązek pracy wedle maksymy Lenina: „Kto nie pracuje ten nie je”.

Kolonie karne są oficjalnie nazywane koloniami roboczo-poprawczymi. W swojej dzisiejszej formie powstały w 1956 r., gdy po śmierci Stalina rozwiązano GUŁAG (Główny Zarząd Łagrów) podległy przedtem sowieckiemu MSW, a wcześniej NKWD. Łagry bynajmniej nie znikły, tylko przekazano je pod kontrolę Ministerstwom Spraw Wewnętrznych poszczególnych republik sowieckich i tak przetrwały do czasów dzisiejszych na Białorusi, w Rosi i innych krajach byłego ZSRR.

Waciaki, czapki uszanki, naszywki z numerem. Więźniowie bobrujskiej kolonii karnej nie różnią się ubiorem od więźniów gułagu. Zdj. tut.by

Takich kolonii na Białorusi jest 16. Nie są jednak najcięższym sposobem pozbawienia wolności. Groźni recydywiści czy zabójcy skazani na dożywocie – trafiają do więzień, gdzie mieszkają w zamkniętych celach, z których nie wychodzą nawet na posiłki. Do więzienia (turmy) mogą też wyrokiem sądu trafić skazani na kolonię karną, jeżeli zostaną uznani za osoby z premedytacją łamiące regulamin.

Sądy wysłają do kolonii zwykłego, wzmocnionego i zaostrzonego rygoru. Oznacza to jednak, że skazany może trafić do dowolnej kolonii w kraju, a różnice wynikają z warunków odsiadki. Różnią się one kwotą pieniężną, którą skazany może wydać w sklepiku, liczbą widzeń z bliskimi, paczek i małych przesyłek tzw. banderoli, które może otrzymać. Poza tym warunki utrzymania, w tym jedzenie, są takie same.

Są dwa wyjątki. Pierwszy to kolonia specjalna w Głębokiem, gdzie trafiają szczególnie groźnie recydywiści i osoby skazane na karę śmierci, którym wyrok zamieniono na dożywocie. Drugi wyjątek to osadzeni za używanie i handel narkotykami, którzy trafiają do kolonii nr. 22 pod Baranowiczami, nazywanej w żargonie „Wilczymi Norami”.

Powstanie tej kolonii to efekt osobistej decyzji Alaksandra Łukaszenki, który na wieść o fali zgonów spowodowanych dopalaczami zaostrzył kary za narkotyki. Nakazał też stworzenie kolonii dla producentów i handlarzy narkotykami, z takimi warunkami, by osadzeni „prosili o śmierć”. Oprócz zwykłych dilerów trafiają tam na 8-10 lat także osoby częstujące kolegów „skrętem”. Milicja uznaje to nie tylko za posiadanie, ale też za dystrybucję narkotyków.

„Innowacją” wprowadzoną przez administrację kolonii, zapożyczoną z innych czasów, jest wyróżnienie „narkomanów” specjalną zieloną naszywką z nazwiskiem i numerem więźnia.

„Żeby nie było samobójstw” – matki skazanych na Białorusi za narkotyki czekają na swoje dzieci

Prawa i obowiązki więźniów są określone szczegółowym regulaminem. Nie mogą oni np. bez zezwolenia leżeć za dnia na pryczy, mieć wąsów i brody, uprawiać hazardu, handlować z innymi więźniami, wieszać plakatów na ścianach, używać „ksywek” i robić sobie tatuaży. Niektóre z zasad, jak zakaz leżenia na łóżku, są ściśle egzekwowane, na inne, np. na tatuaże, władze patrzą przez palce.

Obowiązkiem skazanego na kolonię karną jest praca. Najczęściej wykonywana w znajdujących się na terenie kolonii zakładach. Teoretycznie więźniów chronią przepisy prawa pracy i są opłacani. W rzeczywistości otrzymują co najwyżej najniższą pensję krajową 388 rubli (550 zł), od czego odliczane są środki na utrzymanie. Często więc nie zostaje im nic. Odmowa pracy jest traktowana jako naruszenie regulaminu.

Więźniowie pracują w fabrykach odzieżowych, tartakach, zakładach obróbki metali i mogą nawet nauczyć się zawodu. Czasem jednak wykonują prace niewykwalifikowane w stylu zdejmowania izolacji z kabli, rozbiórki maszyn na złom czy nawet niebezpieczne dla zdrowia, jak odzyskiwanie gumy z opon. Emeryci trafiający do „zony” nie muszą pracować, ale też na poczet kosztów utrzymania odbierana jest im emerytura.

Stracone lata. Jak wygląda praca Białorusinów skazanych za narkotyki WYWIAD

Najbardziej znanym więźniem politycznym, który przebył drogę od kolonii do więzienia jest Mikoła Statkiewicz, lider Białoruskiej Socjaldemokratycznej Partii „Hramada”. W 2011 r. dostał wyrok 6,5 lat pozbawienia wolności za „organizację masowych zamieszek”. Łukaszenka uznał go z lidera protestów po wyborach w 2010 r. i polityk został skazany najsurowiej spośród wszystkich więźniów politycznych

Statkiewicz nie mógł nam opowiedzieć o swoich wrażeniach z pobytu w kolonii karnej. Od końca maja ub.r. przebywa bowiem w areszcie, oskarżony o „przygotowywanie zamieszek”. Do aresztu trafił więc ponad dwa miesiące przed wyborami, a jego zatrzymanie było zwiastunem nadciągającej fali represji, jakich Białoruś nie doświadczyła nigdy w takiej skali. O pobycie opozycjonisty w kolonii karnej opowiedziała jego żona Maryna Adamowicz.

Stołówka w bobrujskiej kolonii karnej nr 2. Zdj. Alaksandr Czuhajew/ Komierczeskij Kurier

Statkiewicz trafił do nie byle jakiej kolonii – tylko do kolonii nr 17 w Szkłowie, którą Adamowicz nazywa „nadworną”. W latach 80. ub. w. zastępcą dyrektora Szkłowskiego Kombinatu Materiałów Budowlanych, którego filia znajduje się na terenie obozu i wykorzystuje pracę więźniów, był sam Łukaszenka. Złośliwi twierdzą, że był on również etatowym pracownikiem samej kolonii, jednak nie ma tego potwierdzenia w jego oficjalnej biografii.

Adamowicz przypomina, że w języku używanym przez Łukaszenkę często pojawiają się zwroty pochodzące z więziennego żargonu. Lubi on powtarzać np. że Białorusi nikt „nie zegnie” (ros. nakłonit’) – to określenie wprost dotyczy homoseksualnego gwałtu w więzieniu. Być może to właśnie ślad związków, jakie kiedyś łączyły Łukaszenkę z kolonią karną.

To właśnie niemal przed murami swojego dawnego „miejsca pracy” ówczesny Białoruski prezydent miał złożyć białoruskim więźniom politycznym propozycję nie do odrzucenia, wysłania wszystkich do UE w zamian za podpisanie prośby o darowanie kary. Statkiewicz jednak odmówił, co zamieniło jego życie w kolonii w koszmar.

– Mój mąż został wysłany do tartaku i zajmował się podawaniem pni do obróbki. Była to bardzo ciężka praca, powodująca wiele kontuzji , do której kieruje się zwyczajowo młodych ludzi. Mikoła był znacznie starszy (miał wtedy 55 lat – Belsat.eu). Na przykład nie wydano mu specjalnego obuwia, które według prawa powinno być wzmocnione stalową płytką, tylko przenosił te pnie wręcz w gumowych klapakach – opowiada.

Łukaszenka zmienia ciężkie więzienie w obóz dla „politycznych”

Żona opozycjonisty przypomina, że od samego początku pobytu w kolonii Mikoła był narażony na ogromną presję ze strony administracji. Opowiada, że stosowano najróżniejsze formalne i nieformalne metody, by utrudnić mu życie. Jedną z nich było przydzielanie mu do towarzystwa więźniów znanych z brutalności i agresji. Więźniowie tacy są zachęcani do atakowania wskazanych przez nadzorców współosadzonych – grożą pobiciem, gwałtem. Organizują prowokacje, doprowadzając do bójek, za co do karceru trafia jest nie ten, kto zaczął, ale ten na którego uwzięła się administracja. Nadzorcy, by upokorzyć więźnia, odczytywali jego listy do żony przed całym oddziałem. Wynajdywano najdrobniejsze powody by oskarżyć go o „złośliwe naruszanie regulaminu”.

– Mąż otrzymał karę dyscyplinarną za źle przyszytą naszywkę z numerem. Odpruła się, gdy znajdował się w karcerze, gdzie nie miał igły z nitką – opowiada.

„Chemia ze skierowaniem”: skazywanym w politycznych procesach grożą lata przymusowej pracy

Dla naruszających regulamin przewidziane są kary. Można za to trafić nawet na 15 dni do karceru, nazywanego w skrócie SzIzo – od rosyjskiego Sztrafnyj Izolator (po białorusku SzIza). To niewielkie pomieszczenie bez dostępu do światła dziennego, z posiłkiem raz dziennie. Dla groźniejszych, zdaniem administracji, przypadków przewidziano PKT (pomieszczenie o charakterze celi) – jest to regularna cela więzienna. Więzień traci więc to, co jest największym „atutem” przebywania w kolonii – możliwość wychodzenia na dwór czasie czasie wolnym. Czasem jednak dla więźniów szczególnie znielubionych przez administrację lub innych więźniów przeniesienie tam może być prawdziwym zbawieniem.

Przekonywał o tym w swoich listach niedawno wypuszczony z więzienia Michaił Żamczyżny, obrońca praw człowieka, który odsiedział 6 lat w kolonii karnej. By maksymalnie uprzykrzyć mu życie administracja więzienna przydzieliła go do brygady składającej się z tzw. opuszczonych – więźniów o najniższym statusie w nieformalnej więziennej hierarchii. Oznaczało to, że dla innych więźniów taki człowiek stawał się automatycznie jak trędowaty i pozbawiony jakichkolwiek praw. Żamczyżny odmawiając pracy w takiej brygadzie trafiał automatycznie do karceru, by następnie przeniesiono go do PKT, gdzie jak twierdził, dano mu spokój.

Białoruski więzień polityczny wyszedł na wolność po 6,5 roku łagru

Gdy Statkiewicz uzbierał kilka przewinień, trafił pod sąd, który miał ukarać „złośliwego naruszyciela”. Jak opowiada Adamowicz, rozprawa odbyta się na terenie kolonii i mimo wniosków o dopuszczenie publiczności, mógł w niej uczestniczyć tylko adwokat.

– I w efekcie mój mąż trafił z kolonii do więzienia, gdzie pierwszy rok odsiadki przebywał w warunkach zaostrzonego rygoru. Oznaczało to, że mógł w tym czasie otrzymać tylko jedną tzw. „banderolkę”, czyli przesyłkę do 2 kg i odbyć jedno krótkie widzenie.

Żona opozycjonisty podkreśla jednak, że w zasadzie zwykli osadzeni mają dobry stosunek wobec więźniów politycznych i czasem nawet zazdrościli Mikałajowi, że otrzymuje tyle wsparcia z zewnątrz:

– Jest taka historia, która do dziś wywołuje u mnie łzy wzruszenia i wdzięczność. Dwa miesiące po przeniesieniu męża do kolonii w Szkłowie wypadły jego 50 urodziny. Administracja zastosowała „środki specjalne”, by utrudnić mu świętowanie i by nikt nie mógł mu niczego życzyć. Prowadzano go nawet pod konwojem, by nikt nie mógł się zbliżyć. Ale gdy tylko się odwrócił to zaraz na łóżku czy szafce pojawiały się prezenty. Ludzie starali się coś mu dać. Coś co mieli akurat – ołówek, długopis, kawałek czekolady czy cukierka. Znajomi z sąsiedniego oddziału zrobili potajemnie tort i przekazali mu. Człowiek, którego jak to się mówiło „nie grzali z wolności”, czyli nie miał nikogo, kto mógłby mu przesyłać paczki, zostawił mu kawałek chleba – mówi.

Osadzony w dzień nie ma prawa położyć się na łóżku. Zdj. Tut.by

Żona więźnia politycznego wspomina, że Mikoła nie skarżył się bardzo na warunki życia w kolonii. Opozycjonista, jako były wojskowy, spędził bowiem dużą część życia w koszarach, dzięki czemu łatwiej był mu przywyknąć do pobytu w obozie pracy.

– Za to więzienie było da niego o wiele gorsze. To były dwa lata, gdy właściwie nie widzisz ani słońca ani drzew, nie możesz przejść się po gołej ziemi. Na wszystkie widzenia prowadzono go jakimiś podziemnymi korytarzami. Spacery? Odbywały się na dachu budynku. To była cela z wysokimi ścianami, która zamiast dachu miała drut kolczasty i kraty, przez które widać było skrawek nieba – relacjonuje.

Jej zdaniem w sytuacji, gdy administracja ma praktycznie nieograniczone możliwości wywierania nacisku na więźniów, „polityczni” są jedyną szansą, by informacja o prześladowaniach wydostała się na zewnątrz.

Jedyną więźniarką polityczną, która trafiła do kolonii karnej jest aktywistka praw człowieka z Mińska Kaciaryna Sadouskaja. w 2006 r. została skazana na 2 lata kolonii karnej za kwestionowanie zdrowia psychicznego prezydenta Białorusi, co sąd uznał za zniesławienie głowy państwa.

Na Białorusi istnieją dwie kolonie kobiece: w Homlu, dla osadzonych pierwszy raz i w Reczycy, dla recydywistek. Kobiety nie trafiają za to do więzień, tak jak nie mogą też być skazane na karę śmierci.

Więźniarki kolonii kobiecej w Homlu. Zdj. Natalla Prihodicz/ imenamag.by

Sadouskaja trafiła do kolonii karnej w Homlu. Warunki na miejscu określiła mianem „jako-takich”. Jej oddział składał się z emerytek i matek karmiących z dziećmi. Jak opowiada, wiele współosadzonych, szczególnie młodych kobiet, trafiało tam na własne życzenie z powodu braku pracy.

– W lato jakoś jeszcze przemieszkiwały u kogoś, czy zajmowały się pracami dorywczymi, ale na jesieni starały się o półroczny wyrok. Dokonywały więc jakiegoś niewielkiego przestępstwa i tak, aby do kolejnego lata.

Były też wypadki wręcz komiczne, opowiada była więźniarka polityczna:

– Jednak z kobiet siedziała za to, że sprzedała świńską głowę z zabitego świniaka i nie podzieliła się pieniędzmi z małżonkiem. Mąż zgłosił sprawę na milicję i posadzili ją na rok. Wszyscy się śmieli. Bo on chciał ją nastraszyć. I nawet próbował ją wyciągnąć, ale mu się nie udało.

Inna z osadzonych poszła siedzieć za zniszczenie grobu. Pożyczyła pieniądze sąsiadowi a ten umarł przed oddaniem. I jak opowiada Sadouskaja, poszła na cmentarz i zaczęła szarpać krzyżem na grobie krzycząc „oddaj pieniądze”. Przewróciła wieńce, które zapaliły się od świeczek.

Kobiety obowiązuje ścisłą uniformizacja. Swoje więzienne stroje szyją w szwalni na terenie kolonii. Zdj. Natalla Prihodicz/ imenamag.by

Emerytki trafiały do więzienia często za nadużycie środków obrony koniecznej w czasie awantur ze swoimi małżonkami

Sadouska opowiada, że z racji bycia jedyną więźniarka polityczną, cieszyła się szacunkiem wśród współosadzonych.

– Szczególnie te młodsze chodziły za mną tabunami. Naczalstwo biegało za mną i krzyczało „Sadouskaja, przestańcie agitować ludzi”. A ja im na to „lepiej od Łukaszenki to ich nikt nie zaagituje”. Dostawałam dużo gazet. Jak tylko listonosz dawał kopertę, to inne wyrywały mi gazetę, tak że czytałam je na końcu. Wszystkie zaczęły się interesować polityką.

Jak podkreśla, nie była prześladowana za swój „polityczny” wyrok. Jedynie administracja miesiąc zwlekała ze zwolnieniem ją warunkowo.

Była więźniarka polityczna opowiada, że w żeńskiej kolonii nie ma czegoś takiego jak hierarchia więźniów. Jedyną wydzielająca się subkulturą są więźniarki-lesbijki.

– Normalnie poszczególne oddziały były oddzielone, więc te kobiece pary nie mogły być razem. Ale gdy trafiały np. do części specjalnej, gdy je prowadzono do lekarzy, siadały razem, obejmowały się i szeptały coś do siebie.

Do dziś głównym miejscem pracy dla kobiet jest szwalnia. Sadouskaja twierdzi, że więźniarki szyły również „na lewo” na zamówienie naczalstwa, które potem sprzedawało te wyroby z zyskiem. To tu do pracy prawdopodobnie trafią więc dziennikarki Biełsatu, jeżeli sąd odrzuci ich apelacje.

Agnieszka Romaszewska-Guzy: czarny dzień w historii Białorusi i Biełsatu

Między więźniarkami panowały według niej normalne relacje, choć zdarzały się bójki. Był też przypadek, że jedna drugą pocięła nożycami. Dla niesubordynowanych więźniarek, tak jak w męskich koloniach, przewidziano karcer. Jednak Sadouskaja opowiadacza, że był jeszcze inny rodzaj kary. Na dworze, pod gołym niebem stała klatka, w której zamykano nieposłuszne skazane. Mogły tak przestać nawet dobę w deszczu czy śniegu.

Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiasna” zwraca w swoim raporcie uwagę, że „mały białoruski archipelag Gułag” jest ważnym źródłem dochodów państwa. W 2018 roku więźniowie wypracowali 11,7 mln czystego zysku – czyli ok 23,5 mln zł. Część produkcji, będącej dziełem rąk więźniów, wysyłana jest za granicę. Samo tylko przedsiębiorstwo obróbki drewna, produkujące płyty wiórowe IK 20, eksportowało swoje wyroby do 19 krajów, w tym do Polski i 10 krajów UE.

– Udział firm z Europy w relacjach gospodarczych z więziennymi przedsiębiorstwami, w których łamane są prawa człowieka i stosowana jest przymusowa lub nawet niewolnicza praca więźniów, wywołuje zdziwienie – konstatują obrońcy praw człowieka w swoim raporcie.

Jakub Biernat/ belsat.eu

Żródła: projekt TUT.by „Jesli k wam priszli”

Raport Centrum Obrony Praw Człowieka Wiasna „Miesta nieswabody w Biełarusi 2018-2019”

Wiadomości