W strefie stanu wyjątkowego. Dzień pierwszy

Dziennikarzowi belsat.eu udało się odwiedzić miejscowości znajdujące się w trzykilometrowym pasie, w którym od wczoraj obowiązuje stan wyjątkowy. Wprowadzono go w związku z kryzysem migracyjnym na granicy z Białorusią oraz zbliżającymi się rosyjsko-białoruskimi manewrami wojskowymi Zapad-2021.

Droga na wschód

Niewielka Jałówka leży praktycznie na samej granicy. To jedna z 19 miejscowości w powiecie białostockim, które znalazły się w zamkniętym od piątku obszarze, strzeżonym przez Straż Graniczną, policję i wojsko. Pierwszy autobus z dworca PKS w Białymstoku wyrusza tam o 9:45.

– Strefa! – wykrzykuje ostrzegawczo kierowca, widząc podany mu bilet z wydrukowaną na nim nazwą wsi. – Był pan tam już, są? – pytam nie precyzując nawet, kto i gdzie dokładnie miałby być.

Kierowcy nie trzeba było nic dodatkowo tłumaczyć.

– Są i kontrolują – odpowiada lakonicznie.

Źródło: wrotapodlasia.pl

Autobus mimo zwiastującego weekend piątku, jest prawie pusty. Ciekawe, czy to już skutek decyzji podjętych w Warszawie, czy po prostu to jeszcze za wczesna godzina dla działkowiczów i letników rozjeżdżających się w weekendy po okolicznych wsiach, gdzie jedni odwiedzają pozostałe tam rodziny, a inni – swoje zamiejskie „rezydencje”? W Białymstoku wsiada tylko jeszcze jeden pasażer. Ma bilet aż do Jałówki, ale nie przyłącza się do rozmowy. Idzie w milczeniu na tył autobusu.

Na kolejnych przystankach dosiada się dosłownie kilka osób. Wszystkie jadą jednak najdalej tylko do Michałowa, leżącej w połowie drogi do granicy ostatniej większej miejscowości, będącej przy okazji ostatnim miastem na trasie i z tej racji – siedzibą gminy.

Stolica gminy i disco-polo

Dopiero tam, na przystanku opisanym dumnie jako „Michałowo Centrum”, znajdującym się koło bistro o wdzięcznej nazwie Bistro&Pizza Kalinka, wsiada jeszcze kilkoro pasażerów. Wśród nich jest starsza kobieta, która do swojego towarzysza podróży zwraca się po białorusku. Ten odpowiada jej po polsku. I tak całą drogę. To już naprawdę wschodnia Białostocczyzna, gdzie klimat wielonarodowościowego pogranicza czuje się na każdym kroku. Do granicy zostało 20 kilometrów. Do słynnego w ostatnich tygodniach Usnarza Górnego – drugie tyle, jeśli ruszyć potem wzdłuż granicy na północ.

Jednak w Michałowie – uroczym, schludnym i dość zamożnym miasteczku, czerpiącym wraz z gminą podatkowe profity ze znajdującej się na jej terenie tłoczni płynącego na Zachód rosyjskiego gazu, nie widać żadnych przejawów kryzysu migracyjnego, ani zaostrzenia środków bezpieczeństwa.

Ratusz w Michałowie. Zdj. michalowo.eu

Przynajmniej z okna autobusu. O tym, że coś jest na rzeczy, może wskazywać chyba tylko widok nerwowo biegającego w okolicach ratusza faceta z ciężką telewizyjną kamerą na ramieniu. Wątpliwe bowiem, że któraś ze stacji TV akurat teraz zainteresowała się inną michałowską atrakcją – jedyną w Polsce klasą disco-polo otwartą w ubiegłym roku szkolnym w miejscowym liceum.

Od strefy do pasa

Nieco dalej zaczyna się już 15-kilometrowa strefa nadgraniczna, zwyczajowo oznaczana przez znajdujące się przy drogach charakterystyczne czerwone tablice z białym napisem. Od lat zwracają one tylko uwagę turystów, a dla miejscowych są po prostu niemal niezauważalnym elementem znajomego krajobrazu. Od czasu do czasu o istnieniu strefy przypominają tylko patrole Straży Granicznej, która sporadycznie potrafi zatrzymać samochód i sprawdzić dokumenty podróżujących.

Tak było do wczoraj. Teraz uwaga służb skoncentrowała się na węższym odcinku tego pasa. Ma on „tylko” 3 kilometry szerokości, ale ponad 400 km długości. Obejmuje 115 miejscowości w województwie podlaskim i 68 w lubelskim – wzdłuż całej granicy z Białorusią. Tam co najmniej przez kolejne 30 dni będzie obowiązywał stan wyjątkowy.

W Nowosadach – nowa sytuacja

Na mojej trasie pierwszą miejscowością z wykazu dodanego do rozporządzenia są Nowosady, założona w XVII wieku wieś, której nazwa miała wskazywać, że jest młodsza, „nowsza” od sąsiednich osad – założonych sto lat wcześniej. Do dziś w niej i sąsiednich mieszkają potomkowie ich założycieli, noszący te same nazwiska, co wieki temu ich przodkowie.

Jeden z nich wita mnie z daleka, ze swojej dyżurnej ławeczki przed płotem. To z nich w każdej podlaskiej wiosce najlepiej obserwuje się to, co się dzieje w okolicy – na ile wzrok sięgnie w każdą stronę przebiegającej przez nią jedynej ulicy. Starszy mężczyzna nie pyta nawet, czy zanim wysiadłem na przystanku, byłem przez kogoś zatrzymywany i kontrolowany. A nie byłem – na wjeździe nie było posterunku czy też punktu kontrolnego.

Nie widać było też dodatkowej tablicy pod nazwą wsi – z ostrzeżeniem o treści „obszar objęty stanem wyjątkowym”, które zjawiły się już w wielu innych miejscowościach. Pozostały za to ślady działalności aktywistów z fundacji i organizacji społecznych: na tablicy z ogłoszeniami z sołectwa wisi instrukcja z poradami, jak się zachowywać w sytuacji, gdy napotka się uchodźcę.

Zdj. cez/belsat.eu

– Straż Graniczna nie straszy? – zagaduję. – A ja nie bajusia – odpowiada. – A ty dowód majesz? – pyta troskliwie.

Na wjeździe lub na wyjeździe

Mam. I przydaje się on już kilkaset metrów dalej, na drugim końcu wsi, gdzie na rozstaju dróg prowadzących do dwóch ostatnich miejscowości przed granicą, majaczy coś niebieskiego. To policyjny radiowóz, a jego załogą jest starszy, barczysty i ostrzyżony na zero funkcjonariusz oraz młody chłopak w pełnym ekwipunku bojowym. Powagi dodaje mu tylko chyba właśnie ta kamizelka kuloodporna i długa broń w garści, bo z otworów kominiarki wciśniętej pod wojskowy hełm wesoło błyskają oczy. Wiadomo, przygoda!

– Do Jałówki puścicie do sklepu? – A dokumenty pan ma? – Mam – śmieję się. – Cały niezbędny zestaw.

To prawda. Oficjalne rozporządzenie stanowi bowiem, że w objętej stanem wyjątkowej strefie mogą przebywać wyłącznie mieszkańcy zameldowani na stałe oraz osoby:

  • zapewniające obsługę urzędów administracji publicznej i ich jednostek organizacyjnych;
  • przebywające w tych jednostkach w celu załatwienia spraw administracyjnych;
  • pracujące zarobkowo w podmiotach prowadzących działalność gospodarczą na tym obszarze;
  • wykonujące na stałe działalność gospodarczą na tym obszarze;
  • świadczące usługi pocztowe, kurierskie, dostawcze i zaopatrzeniowe;
  • posiadające nieruchomości na tym terenie.

Tak się składa, że ostatni z tych warunków jest w stu procentach spełniony, a kiedy policjanci dowiadują się, że może to poświadczyć zabrany i pieczołowicie przechowywany w plecaku akt notarialny dotyczący w/w nieruchomości, wyraźnie się uspokajają.

Prezydent wydał rozporządzenie o stanie wyjątkowym przy granicy z Białorusią

– Ale spodziewałem się panów raczej na wjeździe niż wyjeździe…

W odpowiedzi oczy młodszego zaczynają śmiać się jeszcze bardziej, ale starszy lekko się usztywnia.

– To gdzie w chwili obecnej się znajdujemy, jest wyłącznie naszą prerogatywą – odpowiada.

Trzeba jakoś rozładować sytuację.

– Chcecie coś z tego sklepu? Za godzinę będę z powrotem. – Tego się nie spodziewali. – Nie, dziękujemy! Zresztą niedługo i tak kończymy służbę…

Rozstajemy się już w zgodzie.

Zdj. cez/belsat.eu

Najkrótszą, żwirową drogą do Jałówki są 4 kilometry. Droga prowadzi na północ, więc po prawej stronie za pasem pól i łąk widać ciemną ścianę wysokiego lasu. To już Białoruś. Jak opowiadali mi mieszkańcy leżących na samej granicy pobliskich Zaleszan, las ten zasadzili zaraz po wojnie Sowieci, żeby zasłonić nim wszystko po swojej stronie.

– Na naszych zostawionych za granicą polach – nie mógł odżałować jeden z moich rozmówców.

Zdj. cez/belsat.eu

I tak mieli sporo szczęścia. Zaraz po wojnie po tamtej stronie została cała ich wioska. Polsce przyznano ją ostatecznie dopiero po kilku latach – wskutek korekty granicy.

Podurnieli od telewizji

Właśnie Nowosady i Zaleszany są ostatnimi przystankami przed końcowym punktem trasy autobusu z Białegostoku, czyli Jałówką. Tam też spotykam i „swój” autobus i jego kierowcę, który też tam już dojechał i oczekiwał na godzinę powrotnego kursu do miasta.

– Sprawdzili mi wszystkich pasażerów – mówi nawet niepytany. – Gdzie? – Na wyjeździe z Nowosad…

W samej Jałówce, skąd do granicy jest może kilometr, cisza i spokój. Mundurowych z żadnych formacji nie widać. W miejscowym sklepie spożywczo-przemysłowym dyżuruje za to straż obywatelska, co prawda cokolwiek samozwańcza…

Jałówka. Zdj. cez/belsat.eu

– Taki z plecakiem to musi być uchodźca – mówi na mój widok lekko chwiejący się na nogach dżentelmen w nieokreślonym wieku, który przybył tu w już celu wzmocnienia organizmu mimo, że ledwie minęło południe. – Bierz, Janek to piwo i nie strasz mi klienta – fuka na niego sklepowa.

Kiedy czujny obywatel opuszcza sklep, ekspedientka dodaje przepraszającym tonem:

– Ludzie podurnieli od tych wiadomości w telewizji…

Pozostaje mi tylko przytaknąć.

Dwie strony granicy

Na jednej uliczek otaczających skwer będący niegdyś rynkiem miejskim, pojawia się w końcu kolejny radiowóz. Objeżdża skwer i rusza najkrótszą drogą ku granicy. Zanim dojedzie do zaspawanego od lat szlabanu, po drodze minie jeszcze malownicze ruiny zburzonego podczas wojny przez Niemców kościoła św. Antoniego i Dom Pomocy Społecznej „Jawor”.

To ponoć jego pensjonariusze w latach 90. przekradali się przez zieloną granicę po wódkę na Białoruś, a potem strudzonych tymi wycieczkami odławiali ich tamtejsi pogranicznicy i wskazywali powrotny kierunek ku rubieżom opuszczonej ojczyzny. Ale to było dawno i nieprawda – teraz te czasy wzbudzają tylko nostalgię i smutek, że raczej już nie powrócą.

Granica w Jałówce. Zdjęcie archiwalne: Jarosław Iwaniuk/Facebook

Po kilkunastu minutach radiowóz zawraca i drugą drogą wyjeżdża równolegle do granicy na północ – w kierunku przejścia w Bobrownikach. Rzekomym uchodźcą nie interesuje się pies z kulawą nogą. Całkiem zdrowy i bardzo przyjazny, owszem się interesuje – zwabiony zapachem nabytej w sklepie parówkowej. Przez nikogo nie niepokojeni spożywamy ją solidarnie w samym środku skwerku – pod fontanną tryskającą nieopodal pomnika króla Zygmunta Augusta, który nadał Jałówce prawa miejskie.

Zdj. cez/belsat.eu

Funkcjonariuszy z kolejnego punktu kontrolnego ustawionego na wyjeździe prowadzącym wprost do Białegostoku, zaczepiam już sam. To taka sama ekipa z radiowozu – jeden w zwykłym mundurze, a drugi w kominiarce, hełmie i uzbrojony po zęby.

Podobnie jak przy spotkaniu z poprzednim patrolem nawet nie próbuję robić żadnych zdjęć: na obszarze, na którym obowiązuje stan wyjątkowy kategorycznie zakazano „utrwalania za pomocą środków technicznych wyglądu lub innych cech określonych miejsc, obiektów lub obszarów”.

Co oznacza stan wyjątkowy przy granicy z Białorusią

– Puścicie z powrotem do Nowosad? – pokazuję więc tylko początek gruntówki, nieco dalej łączącej się z drogą, którą przyjechałem. – Proszę spokojnie jechać – odpowiada ten z bronią.

Koledzy im przekazali, żeby spodziewać się tu takiego na rowerze z plecakiem? Wolę już nie pytać – nieprzypadkowo służbom nadano też prawo do „ograniczenia dostępu do informacji publicznej dotyczącej czynności prowadzonych na obszarze objętym stanem wyjątkowym w związku z ochroną granicy państwowej oraz zapobieganiem i przeciwdziałaniem nielegalnej migracji”.

Życzę więc tylko wszystkim spokojnej służby i wracam.

Pomnik króla Zygmunta Augusta w Jałówce. Zdj. cez/belsat.eu

Przy włączonych latarniach

W powrotnej drodze prawie najeżdżam kołem na kawałek drutu kolczastego. Zwykłego ogrodzeniowego i zardzewiałego ze starości. Ale myśl i tak nasuwa się sama: szkoda, że takim czy podobnym drutem są teraz grodzone całe kilometry bliższych i dalszych i okolic. A jeśli rzeczywiście muszą, to niech znikają z tej granicy zanim zdążą zardzewieć…

Czy to realne, żeby ta granica znów zaczęła łączyć zamiast coraz bardziej dzielić? Tylko w sierpniu tego roku usiłowało ją nielegalnie przekroczyć od strony Białorusi 3,5 tys. osób. Funkcjonariusze Straży Granicznej udaremnili ponad 2,5 tys. prób. Zatrzymano prawie 1000 nielegalnych migrantów.

– Rok temu w sierpniu nie było żadnej próby przekroczenia granicy polsko-białoruskiej wbrew przepisom – przypomina na swojej stronie internetowej Podlaski Oddział SG.

Na początku września zmierzch zapada już dość wcześnie. Zapalają się latarnie przy drodze przecinającej wieś. Wcześniej wyłączano je przed północą – ze względu na oszczędności. Teraz świecą do samego rana. Poprosili o to sami mieszkańcy – ze względów bezpieczeństwa.

cez/belsat.eu

Wiadomości