Złamany kręgosłup i odłamki granatów. Białoruska lekarka o brutalności milicji

Lekarka mińskiego Szpitala Pogotowia Ratunkowego opowiedziała Biełsatowi, jak wyglądały ofiary milicyjnej brutalności. W niedzielę służby spacyfikowały Marsz Śmiałych w centrum miasta i siłą zajęły broniony przez bezbronnych demonstrantów „Plac Zmian”.

– Pierwsi pacjenci przyjechali do nas już o 16:00. Pogotowie zabrało ich spod stacji metra Puszkińska – powiedziała Biełsatowi lekarka, która woli pozostać anonimowa. – Po poprzednim wiecu przywieźli nam głównie młodych chłopaków, a teraz były też osoby w średnim wieku. To byli kulturalni, delikatni ludzie, a nie jacyś alkoholicy i narkomani.

Siły bezpieczeństwa przed rozpędzeniem protestu na „Placu Zmian”. Mińsk, 15.11.2020 r Zdjęcie: TK/belsat.eu

Do Szpitala Pogotowia Ratunkowego trafili głównie poszkodowani z krwiakami i urazami głowy. Obrażenia nie były pojedyncze – każdy ranny miał ich wiele.

– Widać, że bili ich po nogach, po plecach, po głowach, szczególnie po potylicach. Jednemu mężczyźnie złamali kręgosłup, ale sytuacja nie jest krytyczna i będzie mógł chodzić. Pewna dziewczyna miała rany od odłamków. Pod jej nogami wybuchł granat hukowy.

W niedzielę tylko do tego szpitala trafiło 16 pobitych demonstrantów. Żaden z nich nie był w bardzo ciężkim stanie.

– Tym razem nie widzieliśmy, by bili kobiety tak jak poprzednio – w brzuch i piersi. Obrażenia były u wszystkich podobne. Tylko jeden człowiek miał tak stłuczone palce, że aż paznokcie mu posiniały. Takie obrażenia nie są przypadkowe.

Sto dni białoruskiego protestu, sto dni terroru Łukaszenki

Milicjanci w szpitalu

– Mieliśmy wrażenie, że mundurowym pozwolono na wszystko! – podkreśliła pani doktor. – Jednego z rannych przywieziono z konwojentem, funkcjonariuszom drogówki. Na prośbę o okazanie dokumentów milicjanci powiedzieli, że przywieziony przez nich człowiek jest skazany. Ale jak mógł być skazany, skoro tego dnia nie było procesów? Wtedy nam powiedzieli, że oni mają gdzieś zasady, jesteśmy dla nich nikim i mamy nie wtrącać się w nie nasze sprawy.

Według pracowniczki służby zdrowia, funkcjonariusze w cywilnych ubraniach nadzorowali, kogo przywożą karetki, kogo przyjęto do szpitala, domagali się numerów sal i oddziałów. W szpitalu zostali do 4 nad ranem. Wcześniej budynek opuścili OMONowcy w kominiarkach.

Uczestniczki Marszu Śmiałych rozmawiają z żołnierzem. Mińsk, 15 listopada 2020 r. Zdjęcie: belsat.eu

Niedzielne protesty skoncentrowały się w dwóch miejscach: wokół stacji metra Puszkińska, gdzie 10 sierpnia służby specjalne zastrzeliły demonstranta Alaksandra Tarajkouskiego, i na „Placu Zmian”, gdzie 11 listopada milicyjni tajniacy pobili, a następnie zaciągnęli do busa osiedlowego aktywistę Ramana Bandarenkę, który następnego dnia zmarł. Jak twierdzi nasza rozmówczyni, bezpośrednio z ulicy demonstrantów przywoziły tylko załogi karetek, ale już transportom z komisariatów towarzyszyli konwojenci.

– Byli bardzo agresywni, chamscy. Łapali za pałki, nawet gdy się z nimi zwyczajnie rozmawiało.

Ramana Bandarenkę można było uratować

To właśnie w Szpitalu Pogotowia Ratunkowego 12 listopada operowany był Raman Bandarenka, którego z komisariatu przywieziono z obrzękiem mózgu i w śpiączce. Według lekarki, 31-latek nie umarłby, jeśli na czas trafiłby do szpitala.

– Następstwa urazów Ramana nie były od razu nieodwracalne. Mózg jest trochę podobny go gąbki i jeśli uda się na czas odpompować krew, to można człowieka uratować. Ale od pobicia do wezwania karetki minęło dużo czasu, a obrzęk w mózgu zaczął uciskać te tego części, które odpowiadają za poruszanie się i oddychanie. Gdy go do nas przywieźli, szanse na uratowanie były już minimalne.

„Plac Zmian” – jak nazwano jedno z osiedlowych podwórek – stał się teraz miejscem pamięci o Ramanie Bandarence. Mińsk, 13 listopada 2020 r. Zdjęcie: TK/belsat.eu

15 listopada na Białorusi zatrzymano ponad 1100 uczestników protestów i 25 dziennikarzy. Po raz kolejny liczba zatrzymanych doszła do poziomu z początku protestów. Od 9 sierpnia w kraju zatrzymano ponad 27 tysięcy osób.

Ponad 1000 z nich potrzebowało pomocy lekarskiej. Do szpitali często trafiają osoby przetrzymywane w areszcie przy ul. Akreścina w Mińsku – w niedzielę do internetu wyciekło nagranie, w którym naczelnik aresztu zarzuca załogom pogotowia, że nie są godne zaufania, bo współczują zatrzymanym.

Naczelnik mińskiego aresztu oskarża pogotowie ratunkowe: „Lekarze współczują zatrzymanym”

mh,pj/belsat.eu

Wiadomości