Transsyberyjscy pielgrzymi. Pociągiem do Władywostoku i z powrotem.

fotoreportaż

“Transsibem” jeżdżą i zjadacze psów i profesorowie uniwersytetów, a w ostatnim wagonie – Putin. Żeby zobaczyć, na ile prawdziwa Rosja różni się od Rosji z wiadomości, Denis Dziuba przejechał 18 500 km na górnym łóżku sypialnego wagonu.

Za 10 279 rosyjskich rubli (165 dolarów) kupiłem ostatnie górne miejsce w korytarzu. Łóżko nr. 4, w wagonie nr 14, w pociągu nr. 100 relacji Moskwa-Władywostok. Z pościelą w cenie biletu. Następne 7 dni i nocy spędzę na 55-centymetrowej półce z Syberią za oknem.

Torami chińskiej zupki

Na stronie pokazywało, że moje miejsce znajduje się przez ścianę z toaletą, ale jest to połowiczna prawda: miedzy nami był jeszcze samowar i przedział “prowadników” (konduktor w wagonie sypialnym; odpowiedzialny za sprawdzanie biletów, budzenie pasażerów, sprzedaż herbaty i wydawanie pościeli; przyp. tłum.). Biletów na boczne łóżka w pierwszej przegródce wagonu “transsiba” nie sprzedaje się – jedzie na nich tygodniowy zapas pościeli.

Moimi sąsiedzi - czysta i brudna pościel.

Warnik jest niezbędny do picia herbaty, zupek chińskich i makaronu instant. Makaron jednak dominuje w Rosji zupki – oprócz przypraw i torebki z tłuszczem dodają do niego woreczek suszonych warzyw. Na oko wygląda na zdrowszy.

“Co jadłeś w pociągu?”. To pierwsze pytanie, który słyszałem od wszystkich po powrocie. Moja normalna dieta to warzywa, ser, chleb i wino, i mnie samego przed podróżą ciekawiło, czym będę się żywił przez dwa tygodnie w pociągu. Z domu wziąłem tylko puszkę zielonej herbaty i sitko z Ikei, a prowiant kompletowałem na kilka godzin przed odjazdem pociągu w moskiewskim spożywczaku: za sześć litrów wody, trzy paczki orzechów, kilka awokado, słoik miodu, siedem bananów, siedem pomidorów, siedem błyskawicznych owsianek o smaku “Malina ze śmietanką” i siedem makaronów instant zapłaciłem 2 000 rubli (około 35 dolarów). Drugie tyle zapłaciłem za turystyczną miskę, kubek i łyżkowidelec.

Do herbaty, zupki, mycia zębów i głowy - kubek, wierny pasażera transsibu.

Naprzeciwko warnika jest okienko z napisem “Woda pitna” i zardzewiałym kranem. Obok okienka zaś naklejka: “O wodę zdatną do picia (jakiegoś tam standardu) prosić konduktora”. Poprosiłem z czystej ciekawości i dostałem kubek wody z pięciolitrowego kanistra. Byłem ostatnim, który miał tę przyjemność. Od czasu do czasu zza ściany słyszałem dialog: “A można wody? – Już nie. Jest was dużo, a bańka tylko jedna”.

 

Higiena

Drugim pytaniem było to, jak się myłem.

Przed wyjazdem na wszelki wypadek wziąłem kilka razy pod rząd prysznic, a po drodze na dworzec, żeby się w żadnym wypadku nie spocić, zdjąłem sweter.

Oprócz twórców krzyżówek, transsib żywi też zbieraczy jagód i rybaków.

W wagonie są dwie sowieckie toalety ze stalowym klozetem (dziura wychodzi na tory) i umywalką jak na starych działkach, gdzie żeby leciała woda trzeba trzymać dźwignię. W takich warunkach pasażerowie myją nie tylko ręce, ale i wszystko inne – zgadując po szamponach i innych przyborach u ludzi w kolejce. Raz nawet dowódca grupy kadetów (poborowych; przyp. tłum.), którzy jechali w naszym wagonie, poprosił bym popatrzył na jego rzeczy, gdy on wyjdzie na minutkę.

Przyglądam się i widzę – żel pod prysznic “Nord-Ost”. Odwracam butelkę, a tam po rosyjsku: fabryka “Kalina”. “Procter & Gamble” powinno w odpowiedzi wypuścić piankę “9/11”.

O tym, że w toalecie można wziąć pełnowartościowy prysznic przekonałem się pod koniec podróży, kiedy to prowadnica zamknęła się tam na pół godziny i włączyła na telefonie za zamkniętymi drzwiami piosenkę Imany “You will never know”. Pasażerowie zaklinali się, że nad sufitem, za trójkątnym zamkiem schowana jest słuchawka prysznicowa.

Może ukryto tam też mydło i papier toaletowy. Pierwszego nie widziałem w toalecie całą drogę, drugi się ciągle kończył. Część pasażerów nie bawiła się w rosyjską ruletkę i brała swoją rolkę. Kobiety i jadący z nami obcokrajowcy (było ich w tym wagonie całkiem sporo) wyciągają całą rolkę z torby i drepczą do łazienki. Rosyjscy mężczyźni odwijają metr, składają starannie w harmonijkę, chowają w kieszeń na piersi i udają, że nic się nie dzieje. Operacja z papierem jest przygotowanie do przyszłej akcji. Zazwyczaj następującej pięć minut później.

Na dworcu w Chabarowsku.

Na czterdzieści minut przed większymi, i pięć-dziesięć przed małymi miastami toalety były zamykane i trzeba było iść do sąsiedniego wagonu, z biologiczną toaletą. Jeśli nie liczyć 146 “stref sanitarnych” po drodze do Władywoskotu, sowieckie patenty dalej wygrywają: pasażerowie z “biowagonu” przychodzili do nas częściej niż my do nich. Przez wrzucanie do niego papieru, ich kibelek psuł się kilka razy dziennie. Hydraulik jadący w transsibie, przychodzi i naprawia, ale ludzie dalej wrzucają papier do muszli. Aż w pewnym momencie chłop się podłamuje i po prostu zamyka łazienkę.

Ładowanie komórki to kolejowe przekleństwo. Niektórzy nawet dyżurują przy gniazdku.

W transsibie przydałby się i lekarz: na przykład na peronie w Kirowie czekało na nas kilka karetek, które zabrały z sąsiedniego wagonu czternaście dzieci, które objadły  się przed wyjazdem z Moskwy w KFC na Dworcu Jarosławskim. Po wyruszeniu całą klasę zaczęło mdlić, a jedna dziewczynka straciła przytomność. Z piętnastym maluchem wszystko było OK: “Ja jadłem tylko frytki”.

Za to w jednym z przedziałów jest posterunek milicyjny. Gliniarze od czasu do czasu patrolują cały skład, i jeśli zobaczą ładujący się bez nadzoru telefon, szukają właściciela i grzecznie proszę uważać na elektronikę: “Żebyśmy potem nie musieli Ci go szukać.”

 

Sąsiedzi

To najważniejszy element podróży. Mi się poszczęściło: wszyscy sąsiedzi, a właściwie sąsiadki, byli w dechę.

Przedstawiam Wam: Nina Dmitriewna, wraca z Włodzimierza do Jekaterynburga z pogrzebu krewnej. Mówi, że wrażenia ma jak z wesela: “U nas w Swierdłowsku jak jest pogrzeb, to są trzy dania: sałatka, zupa i kotlety z pyrami. A u nich winogrona, owoce, drogie cukierki – wesele!”

Nina Dmitriewna całe życie pracowała w “UralObuwiu”. “Nasze trzewiki się nie zużywały. – mówił – Nazywaliśmy je uralskimi łapciami (chodakami; przyp. tłum.). A teraz co? Chińszczyzna!”

A oto Tatiana. Jest zastępcą dyrektora w budowlanej szkole policealnej i jedzie do Chabarowska do siostry, której nie widziała 15 lat. Ostatni raz pociągiem dalekobieżnym jechała w 1990 roku. Wracała wtedy z grupą swoich studentów z Bułgarii, gdzie pracowali w fabryce konserw.

“Pociąg był grecki, relacji Ateny-Moskwa. Bajka! – mówi Tatiana, – Czyste, jasno-żółte przedziały, biologiczne toalety. Nawet nie wiedzieliśmy co to jest. Na stolikach misy z owocami i cukierkami. Dzieciaki zaraz rzuciły się na słodycze. Prosimy ich, żeby zostawili, a konduktorzy mówią: “Niech jedzą. Jeszcze tego mamy”. A potem dojechaliśmy do Moskwy i przesiedliśmy się w pociąg astrachański – brudny, śmierdzący, z szarymi wilgotnymi prześcieradłami, niewysuszonymi po praniu.”

Tania ma 33-letniego syna, żyjącego u niej razem z żoną i dzieckiem. Nina zauważa, że z dorosłymi dziećmi lepiej nie mieszkać. “Mieszkamy w apartamencie. Mój wnuk chodzi do tej samej szkoły, do której chodził syn. No jak mam ich wygonić? – mówi Tatiana – Sama lepiej odejdę, w szkole jest hotel nauczycielski. Poproszę o pokój i będę żyć jak pączek w maśle.

Magistrala transsyberyjska to najbardziej obciążona trasa towarowa na świecie.

Natalia jest emerytowanym wykładowcą matematyki z Władywostoku. U jej męża, profesora matematyki, lekarze zdiagnozowali raka płuc, położyli pod kroplówkę i kazali szykować się na śmierć: “Nie ma szans”. Uratował się kawałem, gdy przyszedł do niego z wizytą rektor uniwersytetu i zaproponował wyjazd na leczenie do Moskwy, na co chory odpowiedział: “To może już lepiej do Japonii. Jest pod nosem”.

Rektor żartu nie zrozumiał, znalazł w Japonii rosyjskiego lekarza i zorganizował zbiórkę pieniędzy na leczenie. W Japonii odkryli, że to nie rak, a problemy z sercem. Zrobili profesorowi operację i dali gwarancję, że popracuje jeszcze piąć lat. O ironio, równo pięć lat później naukowiec prowadził wykład w zimnej sali uniwersyteckiej, gdzie studenci siedzieli w kurtkach. Palta założyć nie chciał (“trudno pisać kredą”), przeziębił się i umarł.

A to Liubow Aleksandrowna z Jekaterynburga,zadowolona z Rosji równo w połowie. Liubow Aleksandrowna pracuje w Rosyjskiej Ukademii Nauk i nie odpowiada jej system finansowania rosyjskiej nauki, za to podoba się jej polityka zagraniczna Putina.

„Putin jest najlepszy” – mówi.

W Magdagaczy do pociągu wsiadła Paisa, która ponad wszystko nie lubi władz – ani wczorajszych, ani dzisiejszych. “Zrzuciłabym na Kreml bombę” – mówi kobieta. Jej rodziców, Żydówkę i Białorusina, komuniści prześladowali od razu po urodzeniu córki. Jako dziewczynka wychowywała się w rodzinie zastępczej.

W czasie ubiegłego Sylwestra Raisa oglądała w telewizji noworoczne przemówienie Putina, w czasie którego dostałą udaru mózgu. Raisa wezwała karetkę, ale potem zrozumiała, że ratownicy nie otworzą bramy na posesję. Żeby otworzyć kłódkę, wyczołgała się na dwór i lekarze znaleźli ją na śniegu. Myśląc, że jest pijana, pojechali nawet jej nie badając. Kobieta wpełzła do domu i zadzwoniła do syna. Gdy przyjechał skład karetki wezwany przez niego, lekarze najpierw zaczęli wąchać zapach dobywający się z ust. Syn nie wytrzymał: “Dupę jej powąchajcie”. Pogotowie się pogniewało i znów pojechało. I tak Raisę sparaliżowało.

Włodzimierz Ilicz Lenin nr 24003/9928

Oprócz lekarz, komunistów i Putina Raisa nie lubi Ormian i Chińczyków. Pierwszych za to, że za łapówki wykupili i wyrąbali brzozowy lasek, gdzie “w dzieciństwie lubiła się bawić”, a drugich za, że “niszczą Ziemię chemikaliami i trują Rosjan swoimi warzywami”.

Bardziej niż czegokolwiek Raisa nie chciałaby by ustanowienia na Ziemi “rządów Czarnego Człowieka” (to znaczy, by prezydentami w różnych krajach byli Murzyni) – i Liubow Aleksandrowna ją w tym popiera. Raisa jest członkiem Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (“Żyrinowski mi osobiście pomógł – wysłał 10 tysięcy rubli”).

Od udaru minęło półtora roku. Kilka tygodni Raisa przeleżała w szpitalu. Dalej trudno jest się jej wyprostować i musi kontrolować dolną wargę, by herbata nie lała się jej po brodzie. Planuje procesować się z lekarzami, i nie zazdroszczę im. Jestem pewien – Raisa wygra. Raz samodzielnie wyleczyła u siebie zapalenie płuc. “Lekarze sobie nie radzili i poprosiłam o wypuszczenie mnie na tydzień do domu. Poszłam do sklepu, kupiłam butelkę spirytusu – wtedy jeszcze go w butelkach sprzedawali, – walnęłam kieliszek, wytarłam łzy i zadźgałam swojego psa. I tak spirytusem i psim sadłem się leczyłam. Po tygodniu wstałam na nogi, – opowiada Raja. – Gdy przyszłam zdrowa do lekarki i powiedziałam jak wysysałam kosteczki, ta wybiegła z gabinetu.”

Frakcja ropy naftowej

Wybierając się w podróż, myślałem że transsib to pociąg, w którym z nudy ludzie od rana piją wódkę, wznosząc toasty za Krym. A tu okazuje się, że w pociągu jak w każdym miejscu publicznym, picie jest zabronione i pilnują tego konduktorzy i policja. “Ale w Nowy Rok, zapewne, pozwalacie?”, – pytam prawodnicę Oksanę. “Na co? Wszyscy śpią.”

Jedynym człowiekiem, po cichu pijących wódkę, był młody geograf Anatolij z sąsiedniego wagonu – on jedzie płackartnym do Władywostoku już drugi raz. Chłopak ma problemy z nogą, nie może leżeć i pierwsze kilka dni śpi siedząc, a wódka pozwala to znieść.

O jedyną na cały skład szachownicę należy prosić kierownika pociągu.

Z geografem zaprzyjaźniliśmy się od razu ze względu na wspólną miłość do podróży. Ojeżdżenie (per analogiam z oczytaniem i opływaniem) Tolika jest kosmiczne: gdy w rozmowie pada nazwa jakiejś wsi na polsko-białoruskiej granicy, okazuje się, że Tolia albo tam był, albo niedługo będzie. Zapominam o dziesięciu książkach, które kupiłem specjalnie na drogę, i zanurzam się w 30 atlasach, które geograf zabrał ze sobą. Na wszystkich postojach Tolia szuka księgarni i kupuje nowe: “Okolice Birobidżana”, “Drogi samochodowe Kraju Chabarowskiego”, “Wojskowy atlas Primorja”. Do Władywostoku będzie miał ich pięćdziesiąt, a swoją całą kolekcję Tolik szacuje na dwa tysiące egzemplarzy.

Pewnego dnia do naszego składu przyczepiają czerwony wagon smarujący szyny. “Czym oni je smarują?” – pytam geografa. “Jakąś frakcją ropy naftowej.” – odpowiada.

Na dworcu w Krasnojarsku z czerwonego wagonu wychodzi facet i zaczyna krzątać się pod nim z latarką. “Czym smarujecie? – pytam – Jakąś frakcją ropy naftowej?”. “Nie, dziadowską kalafonią”, – odpowiada chłopina, uznając we mnie znawcę i pozwalając wejść do swojego sztabu. Okazało się, że już kilka dni jedzie z nami Putin.

Władimir Putin i smarowacz szyn Aleksiej

O prezydencie w transsibie się nie dyskutuje. No może czasem mówią o nim jak o Supermanie. “Tą wieś niedawno zalało, a Władimir Władimirowicz przyjechał i pomógł”, – opowiadają mi, gdy mijamy koło pięciuset nowych i zupełnie jednakowych domów.

Po pięciu dniach jazdy chłopaki “zmęczyli się już graniem w karty”.

Jedynymi osobami, z którymi podejmujemy delikatne polityczne tematy są Raisa i Liubow Aleksandrowna. W pewnym momencie wydaje mi się, że trochę je obraziłem, schodząc na tematy gejowskich parad i dwóch wyroków prezydenta. Jednak rano, gdy moje towarzyszki jadły już śniadanie, a ja na górze próbowałem łowić resztki snu, usłyszałem:

“Wcześniej Prezydent był lepszy”.

Momentalnie się obudziłem i opuściłem na dół, a tam Liubow Aleksandrowna rozsmarowuje na kromce chleba serek topiony “President” z ziołami. “Wcześniej bardziej miękki był.”

Czas

W transsibie temat do rozmowy daje nie pogoda, a czas. Całe rosyjskie koleje żyją po moskiewsku: mówimy, we Władywostoku jest już 11.00, no ale na dworcu jeszcze 4.00. Niektórzy uważni kasjerzy zaznaczają czas miejscowy ołówkiem na rewersie biletu. Najbardziej ożywione rozmowy są w przedziale, w którym zebrali się pasażerowie wsiadający w różnych strefach czasowych, a którzy zapomnieli przestawić swoje telefony czy zegarki na czas moskiewski.

Tydzień w drodze. Transsib to chyba najlepsze miejsce do robienia na drutach.

Czas wolny

W pociągu przypomniałem sobie o istnieniu krzyżówek i nawet je rozwiązywałem, podpowiadając “imię damy z pieśni Pugaczowej, osiem liter” i “nazwe muzeum w Madrycie, pięć” tym, którzy nie wiedząc, pytali na głos cały wagon. Gdy znudzi mi się robienie zdjęć i składanie akapitów, przejdę do wydziału łamigłówek.

Skargi i zażalenia

W ostatni dzień podróży prowadnica przynosi książkę wniosków i skarg, prosząc by “pisać tylko najlepsze”. Złażę na dół i zaczynamy z moimi współpasażerkami myśleć, co napisać. Proponuję dodać o braku mydła w toalecie. Natalia i Tatiana patrzą na siebie z przestrachem. “Najpierw trzeba im powiedzieć. Co mają latać?”, – mówi Tania. “Mydło trzeba mieć swoje, u nas jest biedny kraj”, – dodaje Natalia. Tania przewraca stronę, przekraśla “Skarga / wniosek nr.” i nanosi długopisem “W-dzię-cz-no-ść”.

W dniu mojego przyjazdu do Władywostoku miasto zostało zaatakowane przez tajfun, szalejący przez dziesięć kolejnych dni.

Ocean

Ostatnie pół godziny drogi patrzę przez okno. A za nim świt i ocean. Po przejechaniu dziewięciu i pół tysiąca kilometrów, wychodzę z pociągu na władywostockim dworcu, oczekując, że będę zataczał się jak marynarz po dobiciu do portu. O dziwo, idę prosto. Za trzy godziny miasto zasłoni tajfun idący od Japonii, który zamieni w lodowatą kąpiel każdy mój spacer. A za trzy dni wrócę na ten peron i pojadę w drugą stronę.

 

Tekst i zdjęcia: Denis Dziuba

Przekład: PJr

Zobacz też
Komentarze