Tadeusz Gawin: „Białoruskie władze traktują jak drugi sort samych Białorusinów. To co powiedzieć o Polakach?”

Tadeusz Gawin, współzałożyciel i pierwszy prezes Związku Polaków na Białorusi. Zdj. belsat.eu

Po antypolską retorykę sięga znów coraz częściej Alaksandr Łukaszenka. Jak lata tej polityki odbiły się na rdzennej polskiej ludności zamieszkałej na Białorusi? Rozmawialiśmy o tym z Tadeuszem Gawinem, jednym z założycieli i pierwszym prezesem Związku Polaków na Białorusi.

Narodowa „odwilż”: między ZSRR a Łukaszenką

– Podczas „pierestrojki” w końcu lat 80. mieszkańcy Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (BSRR) narodowości polskiej mieli okazję to tego, by bronić swojego prawa do nazywania się Polakami. W 1988 roku na Białorusi powstało pierwsze w Związku Radzieckim Polskie Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe im. Adama Mickiewicza, w 1991 roku został zarejestrowany Związek Polaków na Białorusi. Jak i w jakiej atmosferze to się odbywało?

– Polityka Związku Radzieckiego polegała na integracji polskiej mniejszości narodowej ze społeczeństwem radzieckim. Nie było więc szansy na poznanie języka narodowego, kultury czy historii. W szkołach w BSRR nie uczono języka polskiego, w kraju nie istniały żadne polskie organizacje. Doszło tak naprawdę do przymusowej asymilacji.

Sytuacja zaczęła się zmieniać w połowie lat 80.: ludzie zaczęli powoli dążyć do wyzwolenia, swobodnie wyrażali swoje opinie.

Kiedy wróciłem do Grodna ze służby wojskowej we Władywostoku w 1987 roku, jeszcze nie było takiej wolności, panował wciąż strach, odrętwienie i onieśmielenie. Ale stopniowo duch wolności wypełniał powietrze. Jeszcze przed rozpadem Związku Radzieckiego pojawiła się szansa na to, aby Polacy i Białorusini mogli zacząć działać w sprawach dotyczących ich tożsamości narodowej.

Stopniowo rozszerzano prawa Polaków: wraz z pojawieniem się „Ustawy o językach” w 1989 r. możliwa stała się nauka w szkole w języku polskim. W 1990 r. zaczęła obowiązywać ustawa o organizacjach publicznych w ZSRR.

Od początku istnienia ZPB, od 1990 roku, staraliśmy się o otwarcie polskich szkół na Białorusi. Możliwość realizacji tych starań pojawiła się podczas krótkiej odwilży, pomiędzy uzyskaniem przez Białoruś niepodległości a objęciem przez Łukaszenkę stanowiska prezydenta.

Dlaczego Łukaszenka straszy Białorusinów utratą Grodna? Rozmowa z Andżeliką Borys

W tym czasie udało nam się uzyskać decyzję władz białoruskich o budowie ze środków budżetu polskiego dwóch szkół: jednej w Grodnie, drugiej w Wołkowysku. Państwo białoruskie ze swojej strony zobowiązało się do wybudowania na własny koszt drugiej polskiej szkoły w Grodnie, która, jak wiemy, do tej pory nie została jeszcze wzniesiona. Żaden z rządów Łukaszenki nie był zainteresowany rozwojem języka i kultury polskiej na Białorusi. Od 1996 r. władze prowadzą politykę ograniczania możliwości rozwojowych polskiej mniejszości narodowej na Białorusi.

Grodzieńszczyzna: wokół umierała polskość

– Panie Tadeuszu, jest pan kadrowym oficerem, służył Pan 22 lata w wojskach pogranicznych ZSRR. W 1987 roku stanął Pan przed trudnym wyborem: kontynuować karierę wojskową czy zaangażować się w odrodzenie polskości. Dlaczego wybrał Pan tę drugą?

Wybrałem tę drogę jeszcze we Władywostoku, gdzie wtedy służyłem. Nawet tam prenumerowałem „Trybunę Ludu”… W 1987 roku przyjęto deklarację o współpracy Polski i ZSRR w dziedzinie ideologii, kultury i nauki, którą podpisali Wojciech Jaruzelski i Michaił Gorbaczow. Przeczytałem tę deklarację w gazecie i zrozumiałem, że jest szansa na zmianę sytuacji Polaków na Białorusi.

Kiedy wracałem do domu, we wsi Łosośna, na wakacje, widziałem na własne oczy jak wokół mnie umiera polskość.

Kiedy szedłem na studia na uczelnię wojskową, wszyscy w mojej rodzinie mówili po polsku. Tak samo nasi sąsiedzi, znajomi. Kiedy tu przyjeżdżałem, rok po roku widziałem, jak umiera starsze pokolenie rodowitych Polaków. I było dla mnie oczywiste, że jeśli nic nie zrobimy, język umrze razem z nimi. Katastrofalny stan języka polskiego był szczególnie zauważalny na cmentarzu – jakie straszne błędy można było zobaczyć na nagrobkach!

Sopoćkinie – miasteczko o utraconym kolorycie

We Władywostoku napisałem list do „Grodzieńskiej Prawdy”, w którym opisałem sytuację języka polskiego na Białorusi i powiedziałem, że należy coś z tym zrobić. List ten został przekazany Alaksiejowi Karpiukowi, który był grodzieńskim pisarzem i działaczem społecznym. Odpowiedział mi, a gdy przeprowadziłem się do Grodna w 1987 roku, zaczęła się nasza przyjaźń i współpraca w tej kwestii. Pomagał Polakom, był z nami, gdy tworzyliśmy Stowarzyszenie im. Adama Mickiewicza, był na naszym zjeździe, wygłaszał odważne przemówienia, zachęcał, by nie bać się iść naprzód.

Kiedy byłem przewodniczącym Związku Polaków, czyniłem ogromne starania, aby język polski był nauczany w szkołach publicznych. Gwarantuje nam to konstytucja. Władze ignorują jednak to prawo, spychając sprawy polskiej mniejszości narodowej na margines życia społecznego.

Ale jeśli białoruskie władze traktują jako drugi sort samych Białorusinów – własny naród, – to co mamy powiedzieć o Polakach? Nawet Białorusini nie mają dzisiaj białoruskich szkół.

Dziś władze działają tylko na swoją korzyść i budują komunizm dla siebie i swoich współpracowników, którzy już zapuścili korzenie. Naród jest pozostawiony sam sobie. System polityczny na Białorusi powinien zostać całkowicie zmieniony. Przyszedł czas na młodych wykształconych, dobrze wychowanych, kulturalnych ludzi, którzy widzą świat inaczej i chcą żyć w zupełnie inny sposób.

Związek Polaków: z Paźniakiem i przeciwko Łukaszence

– Czy więc możemy postawić znak równości między demokratyzacją kraju a rozwiązaniem problemów Polaków na Białorusi?

– Tak. Białoruś powinna być demokratyczna, aby prawidłowo funkcjonowały tu instytucje władzy. Prawo do wyboru i bycia wybranym powinno zostać przywrócone narodowi. Dzisiaj go nie mamy, stąd te wszystkie problemy.

Początek lat 90-tych wydaje się być najbardziej dynamicznym i owocnym okresem dla ZPB. Ale wszystko zmieniło się w 1994 roku, kiedy Łukaszenka doszedł do władzy. Jaki stosunek mieli do niego wtedy Polacy na Białorusi? Jak mówi Łukaszenka, rozpoczął on swoją pierwszą kampanię wyborczą właśnie w Grodnie.

Związek Polaków nigdy nie był przychylny Łukaszence. Odwiedził nas podczas pierwszej kampanii wyborczej, a na spotkaniu stwierdził, że Polacy nie będą na niego głosować. Nie powiedzieliśmy tego, ale on sam czuł to podczas spotkania. Jednocześnie obiecał, że jeśli zostanie prezydentem, Polacy będą mieli tyle szkół, ile nam potrzeba. To oczywiste, że ta obietnica nie została spełniona.

Alaksandra Łukaszenkę i członków jego sztabu wyborczego przyjął w siedzibie ZPB prezes Tadeusz Gawin. Grodno, 17 kwietnia 1994 r. Zdj. FB/Tadeusz Gawin

Byłem ściśle związany z Białoruskim Frontem Narodowym (BNF), a wiele osób w ZPB z dezaprobatą odnosiło się do mojej działalności politycznej. Miałem bardzo dobre relacje z Zianonem Paźniakiem. ZPB stanął przed wyborem, kogo poprzeć – Stanisława Szuszkiewicza, czy Paźniaka.

W końcu zdecydowaliśmy, że Białorusini, tak jak my, chcą odrodzenia narodu, więc potrzebują takiego lidera jak Zianon Paźniak, a my Polacy, będziemy z nimi solidarni. Jak wiemy, zachodnia Białoruś, w większości katolicka, głosowała w pierwszej turze na Paźniaka.

Nigdy nie sądziłem, że rządy Łukaszenki będą się ciągnąć przez 26 lat. Gdyby nie doszło do tej tragedii na wyborach prezydenckich w 1994 roku, dzisiaj Polacy na Białorusi byliby na dużo wyższym poziomie zaawansowania w obszarze rozwoju swojego języka i kultury.

Związkowi udało się zbudować bardzo dobre relacje z Radą Najwyższą, nasz głos był tam słyszany. W 1992 roku przewodniczący Rady Najwyższej Stanisłau Szuszkiewicz gościł mnie wraz z delegacją w Mińsku. W latach 1993-1994 Grodno odwiedzili ministrowie edukacji i kultury, minister informacji i inni urzędnicy. Związek Polaków był organizacją, z którą politycy się liczyli, której opinia była słyszalna. Może nie zawsze nas słuchano, ale słyszano.

Szefowa Związku Polaków na Białorusi: ludzie mają serdecznie dosyć tego systemu

Kiedy Łukaszenka doszedł do władzy, wraz z nim pojawiło się w rządzie i w administracji wielu byłych wojskowych, rosyjskich pułkowników. Ich wcześniejszych działań w stosunku do Polaków nie dało się ocenić pozytywnie pod żadnym względem. To byli Siarhiej Posachau, Uładzimir Zamiatalin, Ural Łatypow i inni. Wpływali na rząd i na Łukaszenkę, tak aby nie dopuścić do rozwoju polskiej sprawy. Spotkałem się kiedyś z Zamiatalinem, był wówczas ministrem informacji. Rozmawialiśmy z nim razem z redaktor naczelną Głosu znad Niemna Ireną Waluś. Wiedział już wtedy, że zostanie wicepremierem rządu i będzie odpowiedzialny za edukację.

Kiedy zaczęłam mu opowiadać o problemach z nauką języka polskiego w szkołach, że w Grodnie nie zbudowano drugiej polskiej szkoły, chociaż nam to obiecano, powiedział mi, że nie będzie tu żadnych szkół poza rosyjskimi.

Czynnikiem, który sprawił, że po szkole we Wołkowysku w 1999 roku, polska szkoła została otwarta w Grodnie w 1996 roku, był tylko nacisk z naszej strony: organizowaliśmy demonstracje w Grodnie, pikiety w Nowogródku, Wołkowysku itd. Pokazaliśmy władzom, że nie spoczniemy, dopóki te szkoły nie zostaną zbudowane.

W 1995 r. władze oświadczyły, że nie ma pieniędzy na drugą polską szkołę w Grodnie. Walczyliśmy o to do końca. Organizowaliśmy zajęcia z języka polskiego w Nowogródku, staraliśmy się również o otwarcie tam szkoły polskiej. Ale kiedy Związkiem Polaków zaczął zarządzać Tadeusz Kruczkowski, zmieniliśmy nasz cel na Werenowo. Mówiono, że tam jest więcej Polaków, więc potrzebujemy szkoły właśnie tam. Ale w Werenowie nie było entuzjastów, którzy chcieli to zrobić, to nie zadziałało. Nie chodzi o liczbę Polaków, ale o to, co ludzie czują i czy chcą się uczyć w języku polskim.

Operacja specjalna „Rozłam”

– Jak to się stało, że Tadeusz Kruczkowski został prezesem Związku Polaków?

– Uległy pogorszeniu moje relacje z polską dyplomacją. Oni uważali, że gdyby ktoś inny, na przykład Kruczkowski, nie angażował się w politykę, nie pozostawał w konflikcie z władzami, to Związek Polaków rozwijałby się prężniej, a polska edukacja szybciej odradzałaby się na Białorusi. Ale upływ czasu zrobił swoje. Rezygnując dobrowolnie w 2000 roku popełniłem błąd: do końca kadencji został mi rok i powinienem był przygotować kogoś na moje miejsce, na przykład Andżelikę Borys.

Byłem w kontakcie z Hienadźem Karpienką, publicznie wspierałem Siamiona Domasza, przygotowywałem się do wstąpienia do demokratycznego społeczeństwa oficerów, które zostało stworzone przez Juryja Zacharenkę. Zawsze byłem w jakimś stopniu zaangażowany politycznie, a władzom się to nie podobało. Gdy Związek Polaków był zjednoczony, stale wysuwał żądania wobec władz. Aby złamać i osłabić organizację, władze przeprowadziły prawdziwą operację specjalną.

„Tylko czterech sprzątnęli”. Jak człowiek Łukaszenki opowiadał o zabójstwach opozycjonistów

Kiedy Kruczkowski zasiadł w strukturach administracji Związku, od razu zapowiedział, że nie będzie współpracował z białoruskimi partiami politycznymi i organizacjami opozycyjnymi. Tak więc natychmiast, kiedy tylko przekazałem urząd Kruczkowskiemu, władze dostały od Związku to, czego potrzebowały. Dziś, po wielu latach, widzimy, że zaangażowanie polityczne Związku było słuszne i przynosiło efekty.

Władze nie tylko się z nami liczyły, ale także szły na ustępstwa, aby odwrócić naszą uwagę od działalności politycznej. To dzięki ówczesnej polityce ZPB udało się wybudować dwie polskie szkoły w Grodnie i Wołkowysku, 16 domów kultury polskiej oraz zrealizować wiele innych projektów kulturalnych i edukacyjnych.

Gdyby w 2005 roku, kiedy Andżelika Borys wygrała wybory, Tadeusz Kruczkowski odszedł, a Andżelika, z jej cennym doświadczeniem i powiązaniami w Polsce, rozpoczęła pełnoprawną pracę w zjednoczonym Związku Polaków, sytuacja z kształceniem w języku polskim w szkołach publicznych wyglądałaby dziś znacznie lepiej (*).

Wznowiono rekrutację do polskiej szkoły w Grodnie

Polityka Kruczkowskiego nastawiona na załagodzenie relacji z władzami doprowadziła do tego, że rozwój Związku Polaków na Białorusi pozostał w tyle aż o 15 lat. A sam Kruczkowski, który podlegał władzy, całkowicie podporządkował jej naszą organizację. Przez cały ten czas władze białoruskie oficjalnie miały pod sobą związek pod przewodnictwem różnych osobowości: Tadeusza Kruczkowskiego, Józefa Łucznika, Stanisława Siemaszkę i Mieczysława Łysego. Po otwarciu szkoły polskiej w Wołkowysku w 1999 r., do 2005 r. nastąpiła całkowita stagnacja, Kruczkowski nie zrobił nic, aby rozwiązać polski problem.

Ci „reżimowcy” to dziś zupełnie formalna struktura, którą przedstawia się urzędnikom ze słowami „widzicie, mamy polskie organizacje”. Ale tak naprawdę oficjalny Związek Polaków nie robi nic i niczego nie tworzy.

Zabrali cały nasz majątek, 16 Domów Polskich, wszystko, co udało nam się zgromadzić. Te budynki przez te wszystkie lata nie były wykorzystywane zgodnie z ich przeznaczeniem.

Kiedy Związek został zdezintegrowany, straciliśmy bardzo ważną rzecz – nasz tygodnik, który był rozprowadzany w prenumeracie i w najlepszym momencie osiągał nakład 10-12 tysięcy egzemplarzy. Był to środek, dzięki któremu mogliśmy dotrzeć do wszystkich Polaków na Białorusi i wpłynąć na nich w określony sposób. Władze zagarnęły tę gazetę, dały ją „reżimowcom”, a następnie doprowadziły do jej bankructwa. Bardzo trudno jest to teraz odtworzyć.

Jednak podział Związku przyczynił się do powstania sieci publicznych szkół polskich. Na stan z początku tego roku szkolnego w grodzieńskiej szkole Związku Polaków Andżeliki Borys uczy się 1400 osób. To dużo jak na takie miasto. Być może przyczynia się do tego obecna skomplikowana sytuacja polityczna na Białorusi.

Polska szkoła w Grodnie nie przyjmie wszystkich polskich dzieci

Młodzi ludzie nie widzą tu przyszłości, nie chcą łączyć swojego życia z reżimem i mają zamiar wyjechać na studia w Polsce. Ale ten trend nauki języka polskiego w polskich szkołach publicznych jest coraz bardziej rozpowszechniany, nie tylko w Grodnie, ale i w innych miastach.

Takie szkoły trzeba rozbudowywać, powinny one stanąć w centach powiatowych i stwarzać polskim dzieciom możliwość nauki ich języka ojczystego.

(*) W momencie podziału Związku Polaków na Białorusi w 2005 roku organizacja liczyła około 25 tysięcy Polaków, liczba jednostek organizacji w różnych regionach Białorusi zbliżała się do stu, funkcjonowało 16 domów języka polskiego.

Białorusko-polski sojusz narodowy

– Polacy w Grodnie odradzali się wraz z Białorusinami, tworząc razem Związek. Alaksandr Milinkiewicz, Siamion Domasz i Henryk Krupienko zajmowali w tym czasie wysokie stanowiska we władzach Grodna i promowali białorusko-polską współpracę. Jaka była rola Białorusinów w tym procesie?

– Taka współpraca leżała nie tyle w interesie Białorusinów, co Polaków, bo jesteśmy mniejszością w tym kraju.

Kiedy pojawił się problem z budową szkoły polskiej w Grodnie w 1995 roku, zorganizowaliśmy demonstrację i cały plac wypełnił się Białorusinami, którzy przyszli nas wesprzeć.

W tym czasie Mikoła Markiewicz na łamach gazety Pahonia i z mównicy Rady Najwyższej opowiedział się zdecydowanie po naszej stronie.

Polacy ze swojej strony mogli wspierać protesty Białorusinów oraz ich walkę o prawa człowieka i niepodległość kraju. Nasza pomoc była bardziej symboliczna. Ale gdyby BNF i Zianon Paźniak były przeciwne polskim szkołom na Białorusi, nigdy nie zbudowalibyśmy tego, co mamy dzisiaj. Władze białoruskie zachęcały BNF do sprzeciwiania się budowie polskich szkół. BNF był wówczas najbardziej wpływową organizacją, której opinia była brana pod uwagę w pierwszej kolejności.

Oczywiście, na początku byli bardzo ostrożni: białoruscy narodowcy patrzyli na nas jak na najeźdźców – „Jak to, mamy zamiar wskrzesić tutaj Polskę? Nie można tu niczego wskrzeszać, dopóki Białorusini nie wskrzeszą swojej narodowości”.

Grodno: Związek Polaków na Białorusi solidarny z prześladowanymi FOTO WIDEO

Ale udało nam się dojść do porozumienia. Stopniowo nastąpiła pewna ewolucja, której ja również doświadczyłem. Zaczęliśmy się do siebie zbliżać, na pierwszy plan wysunęło się pytanie: Czy Polacy nie są obywatelami Białorusi, nie mają prawa uczyć się w języku ojczystym?

– Tak więc istniało porozumienie – jeżeli chcemy budować demokratyczny kraj, to…

…Musimy to zrobić razem. Wszyscy urodziliśmy się i wychowaliśmy na tej ziemi, jesteśmy miejscowi, z dziada pradziada. Wprawdzie mówi się nam teraz, że jesteśmy „spolonizowanymi Białorusinami”, ale każdy sam decyduje czy chce być Polakiem, czy Białorusinem. Znam ludzi z polskich rodzin, którzy identyfikują się jako świadomi Białorusini. I niech tak będzie. Ale jednocześnie nie należy ingerować w tożsamość tych ludzi, którzy identyfikują się jako Polacy.

„Wszystkie spisy zostały sfałszowane”

– W 2019 roku na Białorusi przeprowadzono spis powszechny ludności. Według oficjalnych danych, od momentu uzyskania przez Białoruś niepodległości liczba Polaków na w tym kraju systematycznie się zmniejszała: w 1999 roku 400 tysięcy osób deklarowało polską narodowość, w 2009 roku – 295 tysięcy. Jak sytuacja wygląda teraz i czy w ogóle ufa Pan oficjalnym danym?

Wszystkie spisy od 1959 roku zostały sfałszowane. Zostały one dostosowane do państwowego porządku politycznego. Według spisu powszechnego z 1959 r. 538 tys. osób deklarowało polską narodowość, ale jednocześnie polski był wymieniany jako język ojczysty tylko w bardzo małym odsetku. Nawet ten szczegół wskazuje na to, że był to całkowicie nieobiektywny spis, ponieważ w 1959 r. nasi rodzice, dziadkowie, którzy byli Polakami z krwi i kości, uczyli się w polskich szkołach do 17 września 1939 r., a niektórzy do 1948 r., kiedy to zamknięto ostatnią polską szkołę w BSRR i nigdy nie mówili o rosyjskim czy białoruskim jako o języku ojczystym. Spis ten „zmniejszył” liczbę Polaków w BSRR o co najmniej połowę. Polscy i białoruscy badacze tego zagadnienia udowodnili, że w 1959 roku w BSRR mieszkało co najmniej milion Polaków.

Większość Białorusinów i Polaków na Białorusi uważa białoruski za swój język ojczysty

– Jeśli chodzi o ogólny spis powszechny z 2009 roku, to w ciągu 10 lat nagle gdzieś zniknęło 100 tysięcy Polaków. Prawdopodobnie władze zorientowały się, że przesadzili i w ostatnim spisie powszechnym zapisali liczbę 287 tysięcy.

Jeśli mówi się, że Białoruś to kraj, w którym żyje się dobrze, to trzeba pokazać, że dobrze żyje się tu też mniejszościom narodowym. W związku z tym powinien nastąpić pewien wzrost. Nie może być tak, że liczba Białorusinów, Rosjan, Ukraińców i Żydów rośnie, a tylko Polaków maleje. Wychodzi na to, że to nie jest kraj, w którym żyje dobrze się, przynajmniej nie dla nas.

Zamiast praw mniejszości – ekspansja „russkiego mira”

– Wielu Polaków wyjeżdża z Białorusi do Polski…

– Tak, ale to nie jest na tyle masowa emigracja, żeby w taki sposób wpływała na statystyki. My widzimy tendencję do obniżania przez władzę oficjalnej liczby polskiej mniejszości narodowej na Białorusi do zera.

– To rodzi pytanie o Kartę Polaka. Do końca września 2019 roku Kartę otrzymało prawie 140 tysięcy obywateli Białorusi. Tendencja jest taka, że w ostatnich latach liczba wnioskodawców rośnie. Powoduje to nerwową reakcję władz białoruskich, a także niektórych środowisk demokratycznych. To oczywiste, że Polska ma swoje narodowe interesy. A jak Pan ocenia Kartę Polaka, jeśli chodzi o formę i warunki, jakie dzisiaj obowiązują w tej kwestii?

– Najlepiej według mnie byłoby, jeśli Polacy nie wyjeżdżaliby stąd. Chciałbym, aby polskie szkoły tutaj funkcjonowały i to nie tylko w Grodnie, ale także na innych obszarach. Do 1937 roku polskie szkoły znajdowały się w Witebsku, Homlu, Mohylewie, Mińsku, Orszy, Połocku – praktycznie w całej wschodniej części Białorusi.

Polska mniejszość narodowa nie stanowi żadnego zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa białoruskiego. Przeciwnie, Polacy mogliby być dla władz białoruskich atutem.

Gdyby polska mniejszość narodowa miała wszelkie możliwości rozwoju, edukacji i wspierania swojej kultury, gdyby Polacy mogli obejmować jakiekolwiek (tutaj chcę podkreślić) wybrane stanowiska i uczestniczyć w rządzeniu miastem, gdyby Białoruś rozwijała się jako demokratyczne państwo prawa, gdyby Polak czuł się tu zarówno Polakiem, jak i obywatelem tego kraju, wtedy sytuacja byłaby zupełnie inna, nikt by stąd nie wyjeżdżał. A młodzi ludzie, którzy studiowali w Polsce, wróciliby i mogliby tu pomóc w tworzeniu lepszego życia. Ale państwo tego nie potrzebuje, władze białoruskie tworzą tu swój własny „russkij mir” i przytłaczają nas nim.

Propagandowy odwet: białoruska rządowa TV postanowiła nazywać Polskę „byłą PRL” FOTO

Do Polski na studia wyjeżdżają nie tylko Polacy, ale i Białorusini. Ale i oni nie wracają na Białoruś, nawet bez Karty Polaka. Na Białorusi należy całkowicie zreformować system polityczny i odmienić sytuację w kraju. Konieczne jest stworzenie takich warunków, aby ludzie chcieli tu mieszkać.

Mam Kartę Polaka. Zawsze czułem się Polakiem i nigdy tego nie ukrywałem. Służąc w oddziałach w wojskach pogranicznych, we wszystkich dokumentach wskazywałem, że jestem Polakiem. Czułem, że to czyni mnie kimś niezwykłym.

Nie widzę nic złego w tym, że ludzie otrzymują Kartę Polaka. Żałuję tylko, jeśli robią to z koniunkturalnych powodów – tylko po to, by otrzymać bezpłatną edukację w Polsce lub pozwolenie na pobyt, a polskość i polską narodowość mają w nosie. Szkoda.

W zeszłym roku napisałam do Łukaszenki list, w którym mówiłam, że jest taki problem – Polacy wyjeżdżają z Białorusi do pracy, na studia i nie wracają. I że ten problem powinien być rozwiązany. Aby zatrzymać tu Polaków, musimy stworzyć im warunki do nauki języka polskiego, aby mogli czuć się tu jak obywatele na równi z innymi, a nie jak wyrzutki. Bardzo ważną kwestią w tej sytuacji jest uznanie polskich dyplomów, pozwoliłoby to młodym profesjonalistom, którzy zdobywają wykształcenie w Polsce, na powrót na Białoruś i pracę w swoich zawodach.

W liście tym wspominam również o represjach: w BSRR w latach 1937-1938 rozstrzelano bezzasadnie około 50 tysięcy Polaków. Wszystkie polskie szkoły i gazety zostały zniszczone. Dlatego też, ponieważ Białoruś jest następcą BSRR, państwo powinno czuć odpowiedzialność za te działania i zrobić coś dla Polaków, aby wynagrodzić tę historyczną niesprawiedliwość.

„Polski sabat w Grodnie”?

– Dlaczego władze tak bardzo boją się Polaków i jak Pan czuję się z tym, że znów robią z Polaków wrogów? Dlaczego wciąż istnieje fobia, że Polska zagarnie zachodnią Białoruś?

– Powodem są przedstawiciele „russkiego mira” w otoczeniu Łukaszenki i w rządzie. Tam jest wiele osób, które są w jakiś sposób związane z Rosją. Myślę, że to oni podrzucają takie pomysły, aby jeszcze bardziej związać Białoruś z Rosją.

Dodatkowo Rosja, która żyje według sowieckich ideologii mówiących o tym, że Polacy są zagrożeniem, że śnią o przyłączeniu do Polski zachodniej Białorusi. Od 1989 roku spotykałem się z różnymi polskimi politykami, ministrami, ambasadorami i senatorami Sejmu RP. Rozmawiałem z prawie wszystkimi polskimi prezydentami, od Jaruzelskiego po Dudę. Nikt nigdy nie poruszył kwestii przyłączenia części Białorusi do Polski. Nikt nie zamierza dokonywać rewizji powojennych granic w Europie, są one nienaruszalne.

Szczerski: Polska nie miała i nie ma zamiarów naruszania integralności terytorialnej Białorusi

Otoczenie Łukaszenki stale budowało nieprzyjazny stosunek do Polaków i katolików. Było to odczuwalne, gdy w gazetach pojawiły się ataki informacyjne na polskie szkoły na Białorusi. Przypominam sobie historię, kiedy na cmentarzu wojskowym przeprowadzano ekshumację żołnierzy polskich zastrzelonych nad Niemnem. Artykuł ówczesnego doradcy prezydenta Siarhieja Posachawa na ten temat nosił nazwę „Polski sabat w Grodnie”, czyli ponowny pochówek żołnierzy nazwano sabatem.

Szarkowszczyzna: dęby jako pamięć o polskich żołnierzach

To napięcie wobec Polaków było ciągle odczuwalne. W 1999 r. Komitet ds. Narodowości i Religii przesłał rządowi propozycje dotyczące tego, co należy zrobić ze Związkiem, aby go sobie podporządkować. Były różne pomysły: podzielić nas, pomóc innym organizacjom, ale nie Związkowi i tak dalej. Od późnej jesieni 1994 do 2005 roku zastanawiali się, od której strony do nas podejść, aby nas zniszczyć.

Białoruski pokojowy protest? Czapki z głów!

Na Białorusi już prawie dwa miesiące nie ustają protesty przeciwko nieuczciwym wyborom. Ich masowość, pokojowość i długość są dla wielu zaskoczeniem. To samo można powiedzieć o wydarzeniach w Polsce sprzed 40 lat, kiedy to powstał ruch Solidarność. Jakie są perspektywy dla takiego pokojowego oporu? W Polsce zakończył się on sukcesem.

Kiedy w Polsce rodziła się Solidarność, w przeciwieństwie do Białorusi, bardzo rozwinęła się tam już działalność strajkowa. Dzięki strajkom w całym kraju rząd polski był zmuszony do negocjacji z protestującymi. Nie było tak dużych protestów ulicznych jak teraz na Białorusi. Na Białorusi nie ma rozwiniętego ruchu strajkowego, nie ma doświadczenia w tym obszarze. Weźmy na przykład Salihorsk: aresztowano przywódców strajku, a pracownicy Biełaruśkalij nadal pracują.

Kolejny górnik z Salihorska protestował pod ziemią przeciwko bezprawiu na Białorusi

 

W Polsce wyglądałoby to zupełnie inaczej. Gdy kogoś tam zwolniono, całe przedsiębiorstwo zostało zawieszone do czasu przywrócenia go do pracy. Jestem zaskoczony, że obecne zwolnienia i nękanie przywódców ruchu robotniczego na Białorusi nie wywołują fali oburzenia i poparcia.

Ruch robotniczy na Białorusi jest jeszcze w powijakach, słaby i nie sformalizowany, nie ma jeszcze silnej solidarności. Pozwala to reżimowi na dalsze sprawowanie władzy. Członkowie komitetu strajkowego Biełaruśkalij zostali osadzeni w więzieniu na 15 dni. Gdyby wszyscy pracownicy przestali pracować, zatrzymani zostaliby natychmiast zwolnieni. I tak w całym kraju.

Ale obecnie na Białorusi zauważalna jest jeszcze jedna rzecz, której nie było w Polsce i której nigdzie indziej nie spotkałem przez 30 lat mojej pracy w sferze społeczno-politycznej: to, jak bardzo rozwija się pokojowy charakter działań protestacyjnych. To unikalne zjawisko. Być może udało się zbyt bardzo rozluźnić ten ruch w stolicach regionów i powiatów, ale nie udało się tego zrobić w Mińsku. Ludzie są brutalnie zatrzymywani i setkami osadzani w aresztach, co niedzielę zatrzymywane są setki osób, a jestem pewien, że w następną ludzie i tak wyjdą znowu protestować.

Niemal 250 zatrzymanych w czasie niedzielnych demonstracji

Pokojowe protesty, które dziś prezentują Białorusini, są czymś nie do pomyślenia! Gdyby ktoś mi o tym powiedział rok temu, nie uwierzyłbym w to. Jak zdecydowanie i dzielnie protestują białoruskie kobiety – czapki z głów.

Codzienne marsze pokazują, że na Białorusi rodzi się dziś świadomość narodowa, że rodzi się i budzi nowy naród, nowi Białorusini. Można być naprawdę dumnym, że jest się częścią tego narodu.

Dzisiaj władze białoruskie grają wbrew zasadom, dla nich konstytucja jest kawałkiem papieru. Prawo teraz nie działa. Wychodzisz na ulicę i nie wiesz, czy dzisiaj wrócisz do domu. Czy to normalne, że w kwestii morderstw podczas pokojowych protestów do tej pory nie wszczęto postępowania? W przyszłej Białorusi musimy przede wszystkim zapytać prokuratorów, dlaczego nie było reakcji na obecne bezprawie.

Odrodzenie. W oczekiwaniu nowej fali

– Sprawy Polaków to dla Białorusi także kwestia wyboru i przyszłości tego kraju. Jak Pan widzi przyszłość Polaków na Białorusi?

– Moim zdaniem, czeka nas nowa fala odrodzenia. Jestem przekonany, że potrzebujemy zmian i wierzę, że one nadejdą, że dobrzy ludzie dojdą do władzy i stworzone zostaną normalne warunki życia dla Polaków. I oczywiście dla Białorusinów.

I jeśli tym nowym ludziom uda się stworzyć kraj, w którym rzeczywiście dobrze się żyje, to większość tych, którzy wyjechali do pracy w Polsce, na Litwie, w Niemczech i tak dalej, wróci tutaj i pomoże budować nową Białoruś już ze swoim doświadczeniem.

My, Polacy, musimy trzymać się razem z Białorusinami, być zjednoczeni i razem budować nowy kraj. Na drodze do nowej Białorusi czeka nas mnóstwo pracy.

Andżelika Borys: musimy okazać solidarność naszym braciom Białorusinom

Rozmawiała: Sasza Praudzina/belsat.eu

(cez)

Wiadomości