Sto dni białoruskiego protestu, sto dni terroru Łukaszenki

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Po ponad trzech miesiącach walki władza stosuje coraz większe represje. Działające zgodnie z logiką przemocy struktury władzy bardziej przypominają przestępczy półświatek, niż państwo.

Przemoc towarzyszyła białoruskim protestom od pierwszych minut. Od 9 sierpnia. Pod postacią milicyjnych szpalerów, bicia, brutalnych zatrzymań, używanej bez większego uzasadnienia broni gładkolufowej. Przykładów wyjątkowej agresji ze strony organów bezpieczeństwa jest bardzo dużo i z pewnością ich dokumentacja pomoże w przyszłości w rozliczeniu i osądzeniu sprawców, oraz zleceniodawców.

W ostatnich dniach festiwal przemocy znowu przybrał na sile i stał się absurdalnie bezmyślny. Pokazuje to, że władze nie mają innego pomysłu na wyjście z kryzysu niż eskalacja przemocy. Przekroczone zostały kolejne „czerwone linie”. Niestety widać również, że w formacjach bezpieczeństwa nie ma jak na razie żadnych „hamulcowych”. Kogoś, kto przynajmniej spróbowałby poszukać innego rozwiązania niż masowe represje.

Męczennicy

Raman Bandarenka – plastyk, lokalny aktywista, rezerwista specnazu pobity na śmierć przez milicyjnych tajniaków. W miejscu, w którym go zatrzymano Białorusini złożyli tysiące zniczy i kwiatów. Mińsk, plac Zmian, 13 listopada 2020 r. Zdjęcie: TK/belsat.eu

Jednym z punktów zwrotnych protestów z pewnością jest zakatowanie 11 listopada 31-letniego Ramana Bandarenki. Pobity na śmierć przez milicyjną bojówkę chłopak stał się jednym z męczenników protestów.

Nie jest to pierwsza ofiara śmiertelna od początku demonstracji. A jednak ta śmierć była tak oburzająca, że wywołała trwające od czwartku do niedzieli akcje pamięci i protesty. Niedzielne masowe demonstracje nie były może tak liczne, jak wiele wcześniejszych marszów i akcji protestacyjnych.

Sprawa Bandarenki. Świat potępia, Białorusini protestują, a Łukaszenka obiecuje śledztwo

Obiektywnie oceniając stan emocji panujących w wielu białoruskich domach, jasne jest, że protesty i tak są bardzo liczne. Przecież ludzie są świadomi, czym grozi wyjście na ulice. Ryzyko zatrzymania czy pobicia jest teraz ogromne. Tymczasem na protesty wychodzą wciąż zwykli ludzie. Nie zaprawieni w ulicznych walkach pseudokibice, chuligani. Obrazki, kiedy normalni Białorusini stają naprzeciw nabuzowanych agresją, uzbrojonych w pałki, gaz i broń osiłków z OMON-u są poruszające.

Tym bardziej zastanawiające jest, po co władze idą na prowokacje i wywołują eskalację protestu. Takimi posunięciami, jak zabójstwo Ramana Bandarenki. Przecież białoruskie MSW dokładnie i dawno już przeanazlizowało wydarzania ukraińskiego Euromajdanu sprzed 6 lat.

Tam tzw. „pierwsza krew” polała się, kiedy 22 stycznia 2014 roku podczas walk na ulicy Hruszewskiego w Kijowie milicjanci z Berkutu zastrzelili 21-latka z Dniepra Serhija Nihojana, 25-letniego Białorusina Michaiła Żyznieuskiego i pochodzącego ze Lwowa Romana Senyka. Zabici demonstranci zostali uznani za męczenników.

Ofiary wywołały tylko większy opór walczących na Majdanie. Wtedy jasne było, że milicja otrzymała pozwolenie na wprowadzenie przemocy na wyższy poziom, na strzelanie tak, żeby były poważne obrażenia. W tamtych dniach porwany ze szpitala, skatowany na śmierć i porzucony w podkijowskim lesie został też inny aktywista, Juryj Werbycki.

Te ofiary nie były przypadkowe. Były wypadkową rosnącej frustracji sił bezpieczeństwa, które po ponad dwóch miesiącach walk na ulicach nie potrafiły sobie poradzić z protestem. I decyzji politycznych na wysokim szczeblu służb specjalnych. To tam pojawiła się koncepcja, że trzeba uderzyć, żeby zastraszyć, pokazać, że Majdan to już nie przelewki, że skończyły się bitwy na kije i pałki, a zaczęła konfrontacja, która może kosztować życie.

Spirala przemocy

Na Białorusi protest wszedł w bardzo podobny etap. Kiedy frustracja milicji i innych formacji jest widoczna gołym okiem i wyczuwalna. To nie są bowiem profesjonalne zachowania, kiedy omonowcy wpadają do sklepów i szarpią się w chaotyczny sposób z klientami, sprzedawcami i biją na oślep.

Kiedy luźne hordy milicjantów biegają po osiedlowych parkach, szarpią się z ludźmi na klatkach schodowych i uganiają po parkingach, to nie są to wyuczone w milicyjnych akademiach mechaniczne i zorganizowane procedury. Jeśli dodać do tego grasujące po nocach bojówki w cywilu, to mamy pełen obraz wyszkolonych w stosowaniu przemocy formacji, puszczonych na żywioł. Mają wolną rękę. To jest tak, jakby w wojsku padła komenda: „strzelać bez rozkazu”, czyli każdy radzi sobie na własną rękę. Zwykle takie komendy padają w sytuacji podbramkowej, kiedy już posypała się zorganizowana obrona.

Kiedy OMON słabnie, jest bardziej agresywny i uderza na ślepo

Dowództwo białoruskiego MSW doskonale zdaje sobie sprawę z tego, czym to grozi. Generałowie wiedzą, że OMON, czy wojska wewnętrzne pełne są ludzi, którzy potrafią bić tak, aby zabić, bądź wywołać ciężkie uszkodzenia ciała. Dobrze wiedzą, jaki jest poziom frustracji po stu dniach dławienia manifestacji. Bezskutecznego dławienia, gdyż na ulice ciągle wychodzą kolejni protestujący.

I żadne premie i wysokie zarobki nie złagodzą funkcjonariuszom milicyjnych formacji poczucia, że są powszechnie znienawidzeni. Przez sąsiadów, krewnych, znajomych. Stąd w szatniach jednostek milicyjnych przed odprawami na demonstracje narasta wściekłość. Znajduje ujście na ulicach w czasie kolejnych, brutalnych pacyfikacji.

Obrońcy praw człowieka: ponad 1100 zatrzymanych podczas „Marszu Śmiałych”

Generałowie Alaksandra Łukaszenki równie świadomie pozwalają na faktyczny rozpad zorganizowanych struktur dowodzenia. Zamieniły się one w coś bardziej przypominające zarządzanie typu mafijnego, bądź dowodzenie bojówkami, jakie terroryzowały ludność w krajach Ameryki Łacińskiej w czasach wojskowych dyktatur.

W takim dowodzeniu rozkazy wydawane są nieoficjalnie, bądź w ogóle nie są wydawane: bojówkarze działają w swoim stylu, bo mają wolną rękę. Działają zasady typowe dla przestępczego podziemia – ktoś sugeruje, że trzeba rozwiązać problem, a jak to zrobić – to już zmartwienie tych, którzy w kapturach i maskach biegają po ulicach.

Pacyfikacja „Marszu Śmiałych”. Mińsk, 15 listopada 2020 r. Zdjęcie: Stringer / TASS / Forum

Taka była prawdopodobnie geneza zabójstwa Bandarenki. Nie było ono pewnie zaplanowane. Co w żaden sposób nie zmniejsza odpowiedzialności tych, którzy pozwolili na terror na białoruskich ulicach.

Niestety w otoczeniu Łukaszenki nie ma najprawdopodobniej nikogo, kto obecnie mógłby zatrzymać logikę spirali przemocy. Rozpad pionowych i zorganizowanych struktur dowodzenia, rosnąca frustracja kadry milicyjnej, poczucie niemocy mieszające się z mylną oceną sytuacji, wieloletni wpływ propagandy – to wszystko powoduje, że reżim Łukaszenki nie potrafi znaleźć innego wyjścia z sytuacji niż wysyłanie na Białorusinów kolejnych zastępów osiłków z pałkami.

Władze liczą na to, że na kolejne protesty wyjdzie mniej ludzi. I nawet jeśli tak będzie i po kolejnych stu dniach rzeczywiście protesty będą mniejsze, to Łukaszenka nie będzie już stał na czele państwa. Tylko gangu.

100 dni białoruskiego protestu. Zapamiętać wszystko

Michał Kacewicz/belsat.eu

Więcej tekstów autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów