Sankcje muszą boleć reżim, a Białorusinom dawać nadzieję

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Unia Europejska już na starcie rozmów o sankcjach dla Łukaszenki ugrzęzła w dyplomatycznych kalkulacjach. W końcu Bruksela musi jednak wypracować plan dla Białorusi i oby nie był tak niekonsekwentny i symboliczny, jak w poprzednich latach.

W czasie wczorajszego posiedzenia unijnej Rady ds. Spraw Zagranicznych w Brukseli Swiatłana Cichanouskaja apelowała o wprowadzenie sankcji wobec białoruskich władz. W bardzo emocjonalnym przemówieniu pokazywała drastyczne zdjęcia pobitych przez milicję Białorusinów. Mimo to wczoraj żadna wiążąca, bądź nawet kierunkowa decyzja nie zapadła. Z powodu Cypru, który stara się o poparcie UE i twarde stanowisko (wiążące się z sankcjami) wobec Turcji, która poszukuje gazu i ropy cypryjskiej morskiej strefie ekonomicznej.

Rozpoczęła się za to dyplomatyczna gra o unijną politykę wobec Białorusi. Bardzo ważna również dla samej Unii, bo będzie ona testem tego, czy Europa potrafi egzekwować swoje wartości w najbliższym sąsiedztwie. Paradoksalnie sprawy unijnego Cypru i graniczącej z Unią Białorusi łączą się. W obu przypadkach chodzi o ochronę prawa i wprowadzenie w życie skutecznych nacisków, które zmuszą łamiące prawo władze do cofnięcia się. Na razie konflikt cypryjsko-turecki stoi na przeszkodzie unijnej polityce wobec Białorusi. Cypr straszy wetem w sprawie białoruskich sankcji. Brukselska dyplomacja powoli zabiera się do pracy. Musi wypracować kompromis i konsensus. To potrwa. Niestety czasu jest mało, bo chodzi o zatrzymanie przemocy na ulicach białoruskich miast właśnie teraz.

Dociskanie i luzowanie

Historia europejskich sankcji wygląda jak sinusoida. Sankcje pojawiały się i znikały. Raz były mocniejsze, a raz słabsze. Pierwszy raz UE objęła zakazem wjazdu czterech białoruskich urzędników w 2004 r. Chodziło o osoby odpowiedzialne za represje wobec opozycji, a w szczególności o porwania opozycjonistów w 1999 i 2000 r.

21 lat temu przepadli przeciwnicy Łukaszenki

Dwa lata później lista rozszerzyła się o kolejne 37 osób. Jednak już w 2008 r. Unia zawiesiła sankcje wobec wszystkich z wyjątkiem pierwszej czwórki i szefowej CKW – Lidii Jarmoszyny. Z listy sankcyjnej zniknął sam Alaksandr Łukaszenka. To wtedy rozpoczęła się wielka, dyplomatyczna gra o Białoruś. Do Mińska pojechali szef niemieckiej i polskiej dyplomacji: Guido Westerwelle i Radosław Sikorski.

Bruksela liczyła, że zachęta dla Łukaszenki zaowocuje odwilżą i w miarę swobodnymi wyborami w 2010 r. Stało się inaczej. Łukaszenka brutalnie spacyfikował protesty po wyborach, a samo głosowanie sfałszował. W 2010 r. zszokowana Unia znowu zaczęła wprowadzać sankcje. Tym razem były szersze, bo dotyczyły 232 osób i 25 instytucji władzy, oraz kilku spółek powiązanych z władzami. Wprowadzono wówczas embargo na broń i towary, które mogą posłużyć do jej produkcji. Sankcje były przedłużane co roku, aż do 2015 r., kiedy UE zdecydowała się je zwiesić, a rok później poważnie ograniczyć (praktycznie zdjąć). Zmiana unijnej polityki spowodowana była dość wyważonym podejściem Mińska do wydarzeń na Ukrainie i strachem Europy przed dalszą, rosyjską ekspansją na Białoruś.

Mimo, że nie było żadnej liberalizacji, ani zmiany polityki Łukaszenki wobec opozycji, poza pozorowanymi ruchami, w Brukseli, a zwłaszcza Berlinie powróciła nadzieja na „kuszenie” białoruskiego prezydenta. W tle pozorowanej odwilży były coraz ostrzejsze starcia Mińska z Moskwą o dostawy gazu, ropy i model integracji. Wykreślony z listy sankcji Łukaszenka mógł pojechać po raz pierwszy od lat do unijnej stolicy – Wiednia, w listopadzie ubiegłego roku. A Białoruś rozpocząć rozmowy o kredycie Międzynarodowego Funduszu Walutowego i unijnych środkach pomocowych. Niewątpliwie niektórzy unijni zwolennicy odejścia od sankcji dla Białorusi wskazywali wówczas w ogóle nieskuteczność polityki sankcyjnej z wyrachowania. Bo byli jednocześnie lobbystami zniesienia sankcji wobec Rosji i chcieli stworzyć precedens. Tak jak w przypadku poprzedniej odwilży, tak i teraz Łukaszenka sam brutalnie zweryfikował europejskie nadzieje na otwarcie Białorusi 9 sierpnia, w czasie wyborów i tuż po nich.

Uderzenie po kieszeni

Sankcje mają sens, kiedy bolą reżim, a nie społeczeństwo. I kiedy zmuszają władze do ustępstw, bo stawiają je pod ścianą. Z Łukaszenką jest jednak ten problem, że jego ściana jest daleko na wschodzie. I tam, w Rosji, ma oparcie. W UE trwa obecnie dyskusja, jak zbudować system sankcji, by był skuteczny, ale i nie wylał dziecka z kąpielą. Czyli nie spowodował, że uderzy w Białorusinów, a Rosji da swobodę wejścia kapitałowego i politycznego na Białoruś. Tak może być w przypadku ostrych sankcji gospodarczych, czyli embarga na import i eksport. Uderzenie w najbardziej dochodowe dla białoruskiej gospodarki surowce eksportowe: produkty ropopochodne, chemiczne (nawozy azotowe itp.) i drzewne spowoduje wprawdzie drastyczne obniżenie dochodów białoruskiego budżetu i wpływów tak brakującej waluty. Uderzy też w interesy żerującej na państwowych spółkach nomenklatury, ale pewnie bardziej w sytuację zwykłych pracowników.

Białoruska gospodarka: jest źle, będzie gorzej

Lokomotywy białoruskiej gospodarki znajdą się tym samym w ciężkim położeniu, a władza może poszukać alternatywy w Rosji i np. pozwolić rosyjskim koncernom przejąć kluczowe przedsiębiorstwa. Podobnie, jak zrobił Putin w Rosji, Łukaszenka może odpowiedzieć kontrsankcjami i nałożyć embargo na unijne produkty. Wprowadzone ostatnio na granicy kontrole i niewpuszczanie Białorusinów z przywiezionymi z Polski zakupami są testem takiego rozwiązania. Oczywiście nie będzie ono miało dla europejskiej gospodarki tak dużego znaczenia, jak rosyjskie kontrsankcje. Rynek białoruski jest po prostu bardzo mały i dla europejskiego biznesu mało atrakcyjny. W takiej sytuacji europejskie produkty częściowo zastąpią rosyjskie i chińskie. Z pewnością będzie po prostu drożej, co znowu odczują zwykli Białorusini.

Historia rosyjskiego embarga pokazuje z jaką łatwością do Rosji trafiały objęte sankcjami produkty – m.in. przez Białoruś. Również dostawy wysoko zaawansowanych technologii i know-how dla przemysłu, oraz serwisowanie infrastruktury może być uciążliwe, ale nie będzie stanowić fundamentalnej przeszkody dla Łukaszenki. Bo nie jest sam, ma pod bokiem Rosję. Embargo na dobra luksusowe również byłoby nieskuteczne. Łukaszenkowska nomenklatura po mercedesa, czy audi, pojedzie po prostu do Smoleńska, lub do Moskwy, a nie do dealera w Mińsku.

Wiceminister spraw zagranicznych RP: miliard euro pomocy dla Białorusinów to dopiero początek

W Europie rolę gra narracja, że należy narysować „marchewkę”, czyli system ekonomicznych zachęt dla tych członków nomenklatury, którzy będą chcieli iść na dialog i dla sukcesorów Łukaszenki. Np. pod postacią funduszu, białoruskiego „planu Marshalla”, który miałby postawić gospodarkę na nogi i pomóc uniezależnić się jej od Rosji. Taką propozycję rzucił polski premier Mateusz Morawiecki.

Czarna lista

Pozostają sankcje personalne. Na listę osób objętych zakazem wjazdu do krajów UE mogą trafić ministrowie, administracja, oficerowie struktur siłowych. Polski MSZ, ale i Litwa domagają się wpisania na nią Łukaszenki. Jeśli zwycięży koncepcja szerokiej listy, to znajdą się tam również rodziny funkcjonariuszy i urzędników. Swiatłana Cichanouskaja podpowiadała wczoraj europejskim ministrom, że na listę powinni trafić możliwie szeroko odpowiedzialni za bestialskie represje. Litwa, Łotwa i Estonia nie czekając na UE już nałożyły sankcje na 29 osób z białoruskich władz (z Łukaszenką na czele) z zakazem wjazdu do ich państw.

Wbrew pozorom ten ruch mógłby być bolesny, gdyby nie dotyczył symbolicznej grupy najwyższych urzędników, ale możliwie szerokiej grupy osób z nomenklatury i białoruskich służb, wraz z rodzinami. Mińsk zapowiedział sankcje odwetowe. Tyle, że litewscy politycy raczej nie mają ukrytych w białoruskich bankach pieniędzy i nieruchomości w Homlu. A białoruscy, owszem – całkiem sporo mieszkań kupili w Wilnie, czy Rydze.

Dlatego sankcje powinny wiązać się również z zamrożeniem aktywów w bankach i kont spółek. Na Litwie i Łotwie wielu białoruskich urzędników ma ukryty pod postacią spółek majątek. Sankcje tego typu poważnie uderzyłyby w ich interesy. I byłyby modelowym rozwiązaniem oraz testem dla sankcji unijnych, które równie poważnie mogłyby uderzyć w poważniejszy majątek łukaszenkowskiej nomenklatury latami gromadzony w spółkach i nieruchomościach na Cyprze, krajach nadbałtyckich, w Austrii, Hiszpanii i Chorwacji.

W odróżnieniu od tych z 2010 r., tym razem sankcje nie powinny być wprowadzone na chybcika i tylko w wymiarze symbolicznym. Muszą realnie uderzać w interes klasy rządzącej i pokazywać, że jako alternatywa dla Barcelony i Limassol pozostaje im Soczi, Baku i Jałta. A może wyłącznie wyjazd nad Świsłocz?

Konfabulacje Łukaszenki: żenujące, ale niebezpieczne

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów