Rosyjska propaganda pożera własne dzieci i deportuje gwiazdę telewizyjnych seansów nienawiści


Elena Bojko nie kryła się z prorosyjskimi poglądami. Źródło: facebook

Ukrainka pluła w rosyjskiej telewizji na swoją ojczyznę. Polacy grali rolę typowych polskich rusofobów. Wszyscy byli dobrzy, dopóki propaganda nie postanowiła zmienić ogranych aktorów w swoim teatrzyku.

Jeszcze niedawno Ołena Bojko była bohaterką rosyjskich mediów. Pochodząca ze Lwowa ukraińska dziennikarka występowała w popularnych politycznych talk-show i ostro krytykowała kijowską władzę. Grała rolę świadomej Ukrainki (i to takiej z Zachodniej Ukrainy, czyli wg. rosyjskich mediów matecznika „banderyzmu”), która rozumie, że w Kijowie rządzi „faszystowska junta”.

Ale nagle, 17 stycznia rosyjskie władze deportowały Ołenę Bojko na…Ukrainę. Już na granicy przejęła ją Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). I dzień później sześćdziesięcioletnia dziennikarka stanęła przed sądem w swoim rodzinnym Lwowie. Sąd wysłał ją na dwa miesiące do aresztu i postawił zarzut „zamachu na integralność terytorialną Ukrainy”, za co Bojko grozi od 3 do 12 lat więzienia. Pod tym enigmatycznie brzmiącym paragrafem kryje się np. krytyka i szkalowanie Ukrainy za granicą i wysługiwanie się rosyjskiej propagandzie.

W Rosji zawrzało. Jak to, władza zdradziła swojego człowieka? Oddaną zwolenniczkę „rosyjskiego świata” ot tak, po prostu FSB przekazała w ręce Ukraińców?

„Swoich nie porzucamy”

Ołena Bojko uciekła do Rosji w 2015 r., kiedy nowa władza w Kijowie okrzepła na tyle, że zaczęła tropić i ścigać zwolenników Rosji. Tych, którzy wspierali w ukraińskich miastach tzw. „antymajdan” i Noworosję. Ołena Bojko, raczej słabo rozpoznawalna dziennikarka ze Lwowa, znana była z krytyki wobec przemian na Ukrainie i pochwał dla separatystów. W Moskwie została gwiazdą politycznych talk show w stacjach Rossija, NTW, TWC. Była jednym z wielu dyżurnych krytyków nowej ukraińskiej rzeczywistości. To dość dobrze płatne zajęcie. Rosyjskie stacje płacą za występ nawet kilkaset dolarów, zależnie od rangi gościa.

– Dla wielu politologów, dziennikarzy, a nawet polityków z Ukrainy występy w rosyjskich stacjach stały się niestety okazją do dodatkowego zarobku – tłumaczy Biełsatowi Wołodymyr Fesenko, politolog z Kijowa, który sam był wielokrotnie zapraszany i dodaje – Zupełnie, jakby nie uświadamiali sobie, że nie są tam po to, by prezentować poglądy, ale brać udział w dobrze wyreżyserowanym teatrze.

Bojko dobrze się spełniała w tym teatrze. Krzyczała, że kijowska junta morduje niewinnych ludzi w Donbasie. Wyzywała Petra Poroszenkę i gardłowała przeciw NATO i UE. Dlatego, kiedy rosyjskie władze deportowały Bojko, w pierwszym momencie zapanowała konsternacja. Bronił jej nawet cesarz rosyjskiej propagandy, szef koncernu Rossija Siegodnia, Dmitrij Kisielow.

Potem pojawiły się informacje, że Bojko naruszała przepisy imigracyjne, a nawet, że w wynajmowanym przez nią moskiewskim mieszkaniu odbywały się libacje i skarżyli się sąsiedzi. Nikt w Rosji w takie tłumaczenie by nie uwierzył. W końcu rosyjskim bojowym zawołaniem jest „swoich nie porzucamy”, a tym bardziej nie oddaje się ich w ręce SBU. Nie wiadomo, czemu naprawdę Moskwa pozbyła się lwowskiej dziennikarki.

– Być może służby specjalne uznały, że Bojko pracuje dla SBU, choć nie mają dowodów, tylko podejrzenia. A być może znana z wybuchowego charakteru dziennikarka „nawrzucała” komuś ważnemu w Moskwie – tłumaczy na Facebooku prokremlowski politolog Siergiej Markow.

Jego zdaniem możliwe też, że z racji swoich „patriotycznych” poglądów, sadzano ją przed programem w charakteryzatorni razem z czołowymi rosyjskimi ludźmi władzy. Dzięki temu mogła wydobywać czy podsłuchiwać nieznane ogółowi informacje.

W mediach, zwłaszcza w bulwarowej Komsomolskiej Prawdzie, od kilku dni trwa festiwal ataków na Bojko i uzasadniania deportacji. Zarzuca się jej, że pracowała dla ukraińskich służb i rozpracowywała prorosyjskie środowiska emigrantów z Ukrainy, zbierała informacje o sytuacji w Rosji. A prezentowane w telewizji antyukraińskie poglądy były tylko jej przykrywką.

Rosjanie podają przykład Andrija Borodawki, ukraińskiego dziennikarza o prorosyjskich poglądach również deportowanego trzy lata temu do Kijowa. Tak, jak Bojko miał grać rolę ukraińskiego konia trojańskiego w samym sercu rosyjskiej propagandy.

Seanse nienawiści

Wieczorne programy w rodzaju „Siły słowa” Władimira Sołowjowa w stacji Rossija, czy „Miejsce spotkań” w NTW to w istocie bardzo sprawnie przygotowane seanse nienawiści. W rosyjskich programach nie rozmawia się, tylko walczy. Stojący naprzeciw siebie politolodzy, czy dziennikarze krzyczą na siebie. A czasem emocje sięgają zenitu i w ruch idą pięści.

Tak było, kiedy dwa lata temu na wizji pobili się publicysta Rusłan Ostaszko i Tomasz Maciejczuk -Polak, nazywający się dziennikarzem, znany z występów w rosyjskich mediach w tamtym czasie. W pewnym momencie gorącej dyskusji Maciejczuk krzyknął, że Rosjanie w czasie II wojny światowej byli czerwonymi faszystami. Ostaszko rzucił się na Polaka. Do szarpaniny dołączyła również biorąca udział w programie Ołena Bojko.

Uczestniczący w talk-show „Siła słowa” oskarżają Jakuba Korejbę, że „liże d… Amerykanom”

Goście są w takich programach są jedynie statystami. Gwiazdą jest prowadzący. To on, jak Władimir Sołowjow do drugiego, dyżurnego Polaka, Jakuba Korejby potrafi rzucić „zamknij się”. Lecą nie tylko mocne słowa. W grudniowym programie w Jakuba Korejbę poleciała szklanka z wodą. A prowadzący talk-show w NTW, Andriej Norkin, wyrzucił ze studia ukraińskiego politologa w trakcie programu.

– Te programy grają na emocjach, używane są dobrze znane kalki propagandowe, częste odwołania do II wojny światowej i jeden wielki „hejt” na Zachód i Ukrainę – mówi Fesenko.

Prowadzący zaś niszczy ciętymi ripostami i czasem zupełnie oderwanymi od tematu rozmowy stwierdzeniami tych uczestników, którzy znaleźli się w programie w roli „chłopców do bicia”.

Dyżurni Polacy

W rosyjskich telewizyjnych awanturach nie chodzi o to, by pokazywać wyłącznie znany z kremlowskiej propagandy punkt widzenia. Czasem potrzebni są właśnie „chłopcy do bicia”. Najlepiej ci z Zachodu i tacy, którzy zrobią z siebie pośmiewisko. W takiej roli występował Tomasz Maciejczuk i Jakub Korejba. Ponieważ w rosyjskich stacjach o Polsce mówi się niewiele i najczęściej źle, a Polacy nie występują w programach, to ci dwaj dla milionów Rosjan są po prostu przykładem typowego, polskiego myślenia.

W jednym z programów kompletnie zaplątany w tym, co mówi Jakub Korejba usłyszał od prowadzącego Władimira Sołowjowa: – to Pana prywatna opinia, czy stanowisko Polski? Korejba zresztą zanim zaczął atakować Rosję w programach TV, jako dziennikarz agencji RIA Novosti prezentował absolutnie prorosyjski punkt widzenia.

Bójka Tomasza Maciejczuka w czasie programu stała się hitem rosyjskiego internetu i telewizji.

Podobnie było z Tomaszem Maciejczukiem, który początkowo w rosyjskich mediach grał rolę przyjaciela Rosji, by skończyć jako zajadły, polski rusofob.

– Takie występy są gorsze od spełniania roli „pożytecznych idiotów”, bo to jest odgrywanie roli „świadomych idiotów” – mówi Biełsatowi Witalij Portnikow, kijowski politolog związany ze stację Espresso, i dodaje – Polacy są wyżej cenieni od Ukraińców w rosyjskiej telewizji, bo służą do wytłumaczenia i pokazania Rosjanom, że wszystkie propagandowe stereotypy o ludziach Zachodu są prawdziwe, że naprawdę jesteście rusofobami.

Zarówno Korejba, jak i Maciejczuk są dzięki występom telewizyjnym znani w najdalszym zakątku Rosji bardziej niż jakikolwiek polski polityk, publicysta, czy ekspert. Choć w Polsce mało kto o nich słyszał. Rosjanie na prowincji bardzo często słysząc hasło: Polak, od razu się pytają, czy wszyscy w Polsce tak nienawidzą Rosji i są takimi szaleńcami, jak Korejba i Maciejczuk.

Zresztą, dla Maciejczuka przygoda z rosyjską propagandą skończyła się podobnie, jak dla Ołeny Bojko. Dostał zakaz wjazdu do Rosji na 30 lat za antyrosyjskie wypowiedzi. Spełnił swoją rolę w rosyjskiej telewizji. Być może dostał nową rolę.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze