Rewolucja świadomości na podwórzach Grodna

“Łukaszenka jednak zrobił coś dobrego, zjednoczył nas” – mówią mieszkańcy Grodna. Biełsat obserwował i słuchał, jak miasto nad Niemnem dokłada swoją cegłę do wspólnej sprawy – zmiany władzy po 26 latach rządów Łukaszenki.

– Miło jest przejechać rano i zobaczyć, że biało-czerwono-białe flagi wiszą od wczoraj, a przemalowane przystanki nie zostały ponownie zamalowane – na ekranie telefonu zamrugała nowa wiadomość na jednym z grodzieńskich czatów w komunikatorze Telegram.

Mieszkańcy Grodna ostrożnie cieszą się z tego, że na jednej z ulic od kilku nie służby nie ruszyły przemalowanych na biało-czerwono-biało przystanków, a z wielu słupów nastrój kierowców poprawiają namalowane flagi narodowe i godło Pogoń.

Pogoń na słupach. Osiedle Olszanka w Grodnie. Zdjęcie: Sasza Praudzina

Samoorganizacja za pomocą internetu, spotkania z sąsiadami i wspólne działania osiedlowych podwórek stały się prawdziwym fenomenem i pozytywnym skutkiem białoruskich protestów. Proces ten bardzo nie podoba się władzom: na najbardziej aktywnych grodzieńskich podwórkach dyżuruje milicja, wieczorami podjeżdżają busy z tajniakami.

Patriotycznie udekorowany blok na skrzyżowaniu ulic Janki Kupały i Babiaka. Zdjęcie z Telegramu

– Grodno, ulica Piestraka. Gorąco pozdrawiamy tajniaków w busie pod blokiem nr 44, którzy obserwują podwórko, na którym w nocy pojawiają się flagi. Niech chłopcom nie będzie smutno i wiedzą, że ich widzimy – nowa wiadomość pojawia się w moim telefonie i tysiącach innych aparatów.

“Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”

Dlaczego sąsiedzkie spotkania i podwórkowa aktywność tak denerwują władze? Wyjaśnijmy to.

To, co teraz odbywa się na Białorusi w teorii gier nazywa się burzeniem modeli. Przez 26 lat w kraju był znany tylko jeden model: Łukaszenka metodycznie likwidował opozycję, a z głów obywateli wypierał myśli o możliwości protestu i posiadania wpływu na cokolwiek.

Biało-czerwono-białe wstążki na ogrodzeniu w Grodnie. Zdjęcie: Sasza Praudzina

Białorusini w zdecydowanej większości nie mają nawyku protestować. Nieliczni liderzy opozycji, którzy mogliby poprowadzić ludzi, są za granicą lub za kratami. Wieloletnie doświadczenia porażek i rozczarowań, przemoc ze strony służb mundurowych, presja na aktywistów, zatrzymania i areszty, fala represji po wyborach – to wszystkie nie powinno dawać nadziei na zwycięstwo ruchu oporu. Jednak mimo tych trudnych okoliczności, ruch protestacyjny nasila się i przyjmuje nowe formy: od prawie dwóch miesięcy ludzie łączą się, wychodzą na ulice swoich miast, organizują manifestacje i pomagają sobie.

Kultura białoruskiego sprzeciwu: milicyjne więźniarki i pałki stają się częścią sztuki ulicznej

Model “nie możemy nic zrobić, a każdy odpowiada za siebie” zamienia się w model solidarności i altruizmu – “jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Kluczową rolę odgrywają w tym czaty w komunikatorze Telegram.

Uczestnicy biało-czerwono-białego spaceru przez grodzieńskie osiedle Wiśniowiec. Zdjęcie z Telegramu

Grodzieńskie czaty

Kanały w komunikatorze Telegram od początku sierpnia dzięki swoim czytelnikom relacjonują na żywo protesty na Białorusi. Są też platformą samoorganizacji lokalnych działań. W Grodnie takie czaty mają dość określoną strukturę i tworzone są do rozwiązania konkretnych zadań.

Można je podzielić na kilka kategorii: masowe czaty służące koordynacji protestów w całym kraju, czaty samopomocy (np. dla kierowców, którzy są gotowi wspierać pieszych demonstrantów), kobiece czaty do organizacji damskich akcji, czaty komitetów strajkowych – miejski i poszczególnych zakładów.

Szczególnie ciekawe są czaty dzielnicy i ulic, które pomagają mieszkańcom w organizacji lokalnych przedsięwzięć. Zbiórka podpisów za odwołaniem deputowanego do rady miejskiej lub parlamentu, wybór flagi dzielnicy, zaproszenie na wieczorne spotkanie przy herbacie i szarlotce pod blokiem to tylko kilka z tematów. Lokalne grupy pozwalają mieszkańcom osiedli szybciej reagować, poznać się i budzą większe zaufanie, bo są w nich ludzie znajomi.

Wieczór na osiedlu Dziewiatówka w Grodnie. Zdjęcie z Telegramu

Jak wyglądają “rewolucyjne podwórka” Grodna

Wybraliśmy się na jedno z nich. Ulica Ogińskiego na południowych przedmieściach to szpalery nowych bloków z rozległymi podwórzami pomiędzy nimi. Na jednym z nich ludzie zaczynają się zbierać wraz z zapadnięciem zmroku. Ktoś usiadł pod altanką z psem, inni przychodzą całymi rodzinami. Na ścianę bloku rzucona jest z projektora wielka biało-czerwono-biała flaga. Stół zajęły termosy z gorącą herbatą.

– Nadrugowałem dziś biało-czerwono-białe naklejki, bierzcie – mówi mężczyzna po czterdziestce, kładąc na stół plik papierowych prostokątów.

– Czad, na samochodzie nakleję – mówi jeden z sąsiadów, biorąc kilka sztuk.

Dziś jest tu spokojnie, choć na sąsiednim podwórzu dyżuruje biały busik z milicjantami.

– Pierwszego wieczora przyszedł do nas dzielnicowy z milicją, prosili, żeby się rozejść. Ale dlaczego mamy się rozchodzić, jeśli to nasze podwórko? – opowiada jeden z mieszkańców.

Przy stole omawiane są w tym czasie ostatnie wiadomości. Stopniowo przychodzi więcej osób.

– Do nas do pracy przyjechał przedstawiciel państwowego związku zawodowego, prosił, żeby się nie wypisywać. Przekonywał, że nie wolno opuszczać organizacji z powodów politycznych. Powiedzieliśmy: “dobra, ale wy nie bronicie naszych praw pracowniczych”. Przewodniczący związku zawodowego napuszył się i powiedział, że nie jest gotowy odpowiedzieć na nasze pytania, musi zadzwonić do kierownictwa. Przez półtorej godziny mówiliśmy mu, co naprawdę się dzieje. W końcu kazał nam rozejść się po dobroci – powiedziała mieszkająca przy ul. Ogińskiego Wolha.

“Opozycyjny” piknik na osiedlu Dziewiatówka w Grodnie. Zdjęcie z Telegramu

Państwowi związkowcy byli też w innych zakładach pracy. Przekonywali, że robotnicy zhańbią swoje dobre imię opuszczając związek zawodowy, bo nikt inny tego nie robi.

– A ja mówię: inni też widzą, co się dzieje i damy im przykład. Ja sama wypisałam się dlatego, że związki zawodowe wspierały Łukaszenkę. Michaił Orda był przecież szefem jego sztabu – dodaje inna uczestniczka wieczornego spotkania.

Projekcja na ścianie grodzieńskiego bloku. Zdjęcie: Sasza Praudzina

Jednego z tu obecnych wezwano na milicję. Ma tam złożyć zeznania jako uczestnik protestu.

– Do gabinetu wchodzi się jako świadek, a wychodzi jako podejrzany o koordynację protestami – przygotowujągo sąsiedzi.

Grodzieńskie osiedla nie są przy tym jednogłośne. Mieszkają na nich też ludzie dalej apolityczni i zwolennicy Łukaszenki. Od hasła promocyjnego stworzonego przez rosyjskich doradców wizerunkowych ci ostatni nazywani są “jabaćkami”. Określenie to jest dla nich o tyle niefortunne, że kojarzy się wulgarnie. Polityczni przeciwnicy nazywają ich też czasem “sabaczkami”.

– U nas same “jabaćki”, ale co poradzisz – żali się mieszkanka bloku obok.

– Tak, u nas tylko na moim i Twoim aucie są biało-czerwono-białe flagi – potwierdza jej sąsiad.

Biało-czerwono-biały piknik na ulicy Papowicza w Grodnie. Zdjęcie z Telegramu

Grodnianie wciąż wracają do krwawych pacyfikacji, które miały miejsce od 9 do 12 sierpnia.

– Śledczy mi mówi: “Nie wyglądasz na aktywistę, ale pewnie będziesz na nas pisał skargi, jak cię wypuścimy”. Powiedziałem, że zrobię obdukcję i podam ich do sądu. Ale nie zrobiłem tego, bo widzę, że to bez sensu. Ofiary milicji złożyły masę pozwów, ale żadna sprawa przeciwko służbom nie została wszczęta. Po wyjściu z aresztu byłem fioletowo-czarny od śladów po pałkach – mówi mężczyzna po czterdziestce.

Jego sąsiad śmieje się, że pewnie wszystkie siniaki sobie namalował. W ten sposób wspomina propagandowy materiał z państwowej telewizji. Dzieli się też swoją historią.

– 10 sierpnia córka mojego kolegi szła przez centrum z przyjaciółmi, trzema chłopakami. Złapał ich deszcz i schowali się pod daszek jednej z kafejek. Przechodzili OMONowcy, zauważyli ich, rozproszyli się i polecieli do nich. Jeden od razu przewrócił nogą stół, pięścią w rękawiczce uderzył chłopaka w żuchwę, zaczął okładać go pałką. Krzyczeli: “Zmian się wam zachciało? To macie!”.

Chłopak miał pękniętą skroń, wstrząśnienie mózgu, rozerwany policzek i złamaną żuchwę. Przyjmujący go lekarz musiał zawiadomić o takich urazach milicję. Przyjechał śledczy, który spisał protokół. Z kolei dziewczyna napisała skargę na pobicie przez OMONowców, a funkcjonariusz zarejestrował pobicie.

– Następnego dnia śledczy przyjechał do szpitala i mówi pobitemu, żeby jego koleżanka wycofała skargę, bo inaczej grozi wam 5 lat więzienia. Napadliście na OMONowców, którzy już spisali protokół.

Wtem rozlega się milicyjna syrena. Wszyscy milkną i nasłuchują.

– To zabawka mojego synka – mówi kobieta, która przyszła na podwórko z malutkim chłopcem. Ludzie zaczynają się śmiać.

Mieszkańcy Grodna podkreślają, że prawo w ich państwie nie jest sprawiedliwie przestrzegane, a służby są bezkarne.

– Żyjemy w państwie milicyjnym. Pamiętacie historię z dziewczyną, która zerwała maskę z tajniaka? Skazano ją na 10 dni aresztu i 400 rubli grzywny [588 złotych] za “zniszczenie mienia”. Za maskę?

– A jak w Żodzinie OMONowiec przywalił kobiecie? W samoobronie! – komentują w emocjach.

Zjednoczeni mieszkańcy osiedla Dziewiatówka w Grodnie. Zdjęcie z Telegramu

Po jakimś czasie ludzie zaczynają się rozchodzić. Idę w jednym kierunku z małżeństwem, Siarhiejem i Wiktoryją.

– Spotykamy się tam, żeby omówić wiadomości, pogadać. Ważne, że się poznajemy, bo w internecie nigdy nie wiesz, z kim piszesz. A gdy na podwórku poznasz człowieka na żywo, to rodzi się zaufanie i można otwarciej rozmawiać, robić coś razem. Wcześniej nie wiedzieliśmy, kto mieszka obok. Teraz wszystko jest inaczej – mówi Wiktoryja.

Pytam małżonków, czy się nie boją.

– Teraz wszyscy się boją. Ale dlatego trzeba trzymać się razem. Wszyscy mówią, że Łukaszenka jednak zrobił coś dobrego, zjednoczył nas – żartuje dziewczyna.

– Wobec całego tego bezprawia, czasem chce się wyjechać z kraju. Ale dlaczego to my mamy wyjeżdżać, jeśli to nasz dom? Trzeba dokręcać śrubę. Jeśli Łukaszenka zostanie przy władzy, nie wiem, jak będziemy żyć. Mundurowi mają wolne ręce, poczuli już smak krwi. A władze będą mścić się za to, że byliśmy przeciw nim. Już lepiej niech będzie Cichanouskaja smażąca koletny, niż reżim mordujący ludzi – dodaje Siarhiej.

Takie podwórkowe spotkania odbywają się w różnych punktach Grodna. Mieszkańcy dekorują je białymi i czerwonymi wstążkami, wywieszają w oknach flagi narodowe. Organizują też prace społeczne i akcje dobroczynne. A internet pozwolił im zobaczyć, że ludzi chcących zmian jest naprawdę dużo.

Społeczeństwo obywatelskie rodzi się na podwórkach. Rozmowa z socjologiem Andrejem Wardamackim

Sasza Praudzina, pj/belsat.eu

Wiadomości