Referendum, czyli nieudana PR-owa sztuczka Zełenskiego

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Marihuana, wojna i korupcja – te rzeczy da się pogodzić nie tylko w hollywoodzkim thrillerze policyjnym, ale i w ukraińskiej polityce. Za pomocą referendum prezydenta Zełenskiego.

Plan był taki, że prezydent Wołodymyr Zełenski będzie co kilka dni ujawniał kolejne z pięciu pytań zaproponowanych w referendum. Ma być ono przeprowadzone równocześnie z wyborami samorządowymi 25 października. Tylko, że po drugim upublicznionym pytaniu, pozostałe wyciekły do mediów. Nie wiadomo czy to był celowy zabieg kancelarii Zełenskiego. Teraz już jasne jest, o co prezydent chce zapytać Ukraińców. Można uznać, że to i tak duża łaskawość, bo Ukraińcy na nieco ponad tydzień przed planowanym referendum dowiedzieli się w dość pokątny sposób, na jakie będą odpowiadać pytania.

Dodać tu należy, że zaproponowane przez prezydenta referendum w żaden sposób nie będzie wiążące. Nie będzie miało mocy prawnej, gdyż w ukraińskim prawie póki co nie ma w ogóle kategorii referendum. Będzie za to przeprowadzone „przy okazji” – nawet punkty referendalne będą najprawdopodobniej namiotami ustawionymi przy punktach wyborczych, do których wyborcy mogą podejść. Jeśli zechcą.

Po co w takim razie Zełenskiemu taki wątpliwej jakości sondaż, który organizacyjnie od samego początku wygląda na wielki niewypał?

Drużyna Ze

Rządząca od nieco ponad roku partia Sługa Narodu przystąpiła do kampanii przed wyborami samorządowymi w fatalnej kondycji. Z sondażowym poparciem na poziomie 25 proc. (np. ostatni sondaż Centrum Monitoringu Społecznego z 4 października) i depresyjnymi nastrojami wśród Ukraińców. W kraju narasta strach przed kryzysem. Nie pomaga pełna sprzeczności polityka w walce z pandemią (po ok. 5-6 tys. przypadków zakażeń dziennie) i przerzucanie się odpowiedzialnością za nieudolność w walce z nią, między rządem a samorządami.

Do tego w ostatnich miesiącach narastał wewnętrzny konflikt w samej partii i otwarty bunt frakcji deputowanych lojalnych wobec oligarchy Ihora Kołomojskiego oraz grupy związanej z przewodniczącym parlamentu Dmytro Razumkowem. Konflikt dodatkowo podgrzewany aferami korupcyjnymi. Np. skandalem wywołanym przez wyrzuconego ze Sługi Narodu deputowanego Geo Lerosa, który ujawnił nagrania uderzające w szefa Biura Prezydenta – Andrija Jermaka. Brat Jermaka miał oferować intratne stanowiska w zamian za łapówki. Czy zatrzymanie, również za korupcję, deputowanego Aleksandra Jurczenki ze SN. Zaufanie do samego Zełenskiego w sondażach wprawdzie nadal nie jest niskie (ponad 40 proc.), choć regularnie spada.

Wybory samorządowe są jednak inne niż te prezydenckie, czy parlamentarne. Startując w nich, trzeba mieć popularnych w regionach liderów. A takich prezydencka partia nie ma. Do wyborów wystawiona jest czereda osób trochę z przypadku, lub takich, które w polityce stawiają pierwsze kroki: lokalni przedsiębiorcy drobnego i średniego kalibru, ludzie związani ze środowiskiem artystycznym i komediowym, nauczyciele i lekarze. Najpoważniejszą kandydatkę, z bardzo dobrym przygotowaniem merytorycznym, SN wystawiła w wyborach mera Kijowa. To Iryna Wereszczuk, absolwentka m.in. polskiej KSAP, stypendystka zachodnich programów i osoba, co rzadko zdarza się na Ukrainie, merytorycznie przygotowana do pracy w administracji.

Kijów żąda od Rosji, aby ta wpłynęła na separatystów w Donbasie

Co z tego, skoro stała się kandydatką zastępczą – Sługa Narodu nie dogadała się z obecnym merem Kijowa Witalijem Kliczką i nie udało się jej skaptować do swojej ekipy popularnego wciąż boksera. Podobnie zresztą, jak nie porozumiał się z Kliczką Petro Poroszenko. Wszyscy chcieli mieć Kliczkę po swojej stronie, gdyż z dużym prawdopodobieństwem wygra on w stolicy, ale bokser postanowił iść sam. Słudze Narodu pozostało liczyć na „lokomotywę”, czyli prezydenta Zełenskiego, który miał pociągnąć ekipę mało znanych kandydatów. Tak, jako to było w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych. W końcu Zełenski wprowadził do parlamentu 254 początkujących polityków. Tym razem jednak będzie inaczej. Nawet w Słudze Narodu panuje przekonanie, że te wybory sukcesem nie będą i w najważniejszych miastach wygrają znani i popularni lokalni merowie i radni.

Marihuana i Donbas

Dlatego w gabinetach Zełenskiego pojawił się pomysł „skoku do przodu”. Przynajmniej PR-wego. O demokracji bezpośredniej i instytucji referendum politycy Sługi Narodu mówili już rok temu. Tyle, że przez rok nie udało im się wprowadzić jej do ukraińskiego prawa (wymagałoby to zmiany konstytucji). Choć Zełenski sugerował, że taka zmiana nastąpi – chociażby przy okazji reformy rynku rolnego.

Pomysł referendum bez umocowania prawnego wydaje się jednak kuriozalny. Miałby sens gdyby chodziło o pozyskanie wsparcia społecznego dla jakiejś trudnej reformy. Ale przecież Zełenski i jego partia mają samodzielną i pełną władzę: parlament, rząd i prezydenta. Mogą sami wprowadzić dowolną ustawę.

Duda i Zełenski wspólnie o historii, gospodarce i wojnie

Mimo to, postanowili się zapytać Ukraińców: czy chcą kary dożywocia za korupcję na dużą skalę, czy chcą wolnej strefy ekonomicznej w obwodzie Ługańskim i Donieckim, czy chcą legalizacji marihuany do celów leczniczych i by Ukraina mogła korzystać z gwarancji bezpieczeństwa z memorandum budapesztańskiego, w celu odzyskania suwerenności na utraconych terytoriach (Donbas i Krym).

Przedziwna to lista. O ile pytanie o karę za korupcję jest jasne i wywołuje silne emocje, to już pytanie o specjalną strefę ekonomiczną w Donbasie jest raczej obojętne dla większości mieszkańców. Pytanie o marihuanę może tylko rozzłościć w sytuacji, kiedy w kraju brakuje respiratorów i trzeba walczyć z pandemią. Zaś pytanie się o zawiłe kwestie dyplomatyczne i memorandum budapesztańskie jest dobrą pointą dla tej dziwnej listy pytań. Zdecydowana większość Ukraińców pewnie nie ma pojęcia czym jest memorandum budapesztańskie. Ale też nie chodzi o odpowiedzi na te pytania.

Przy spodziewanej w trudnym czasie koronawirusa niskiej frekwencji w nadchodzących wyborach (zapewne na poziomie ok. 40 proc.), odsetek Ukraińców skłonnych podejść do punktów „referendalnych” będzie jeszcze niższy. Wyniki referendum mogą być pewnego rodzaju podkładką pod jakieś inicjatywy ustawodawczej Zełenskiego. Np. w sprawie marihuany, czy Donbasu. Czy trzeba było w tym celu organizować para-referendum? Taniej byłoby zamówić sondaż.

Inicjatywa ma jednak jeden, ważny cel. Ma pokazać, że prezydent jest aktywny. Sypie pomysłami. Ciągle działa i szuka poparcia narodu. To dobra strategia PR-owa, ale nie na obecny, trudny czas. Dziś konia z rzędem temu, kto wykaże, że Ukraińcy nie mają większych zmartwień niż marihuana, czy wysokość kary za korupcję, albo strefa ekonomiczna w Donbasie. Zwłaszcza, że nie wiadomo jakie poglądy na ukrywane jeszcze kilka dni temu pytania ma sam Zełenski.

Strategia na przyszłość z przeszłością w tle

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów