Pierwszy krok na zachód: Maia Sandu prezydentem Mołdawii

Kamil
Całus
Analityk Ośrodka Studiów Wschodnich, specjalista ds. Rumunii i Mołdawii

Druga turę wyborów prezydenckich w Mołdawii z niemal 58% poparciem wygrała liderka proeuropejskiej partii Działania i Solidarności (PAS), Maja Sandu. Rywalizujący z nią prorosyjski prezydent Igor Dodon wspierany porzez Partię Socjalistów (PSRM) zdobył zaledwie 42% wszystkich głosów. Mimo drobnych incydentów wybory, jak się wydaje, przebiegły w sposób uczciwy. Czy mogą odmienić mołdawską rzeczywistość?

Przełomowe wybory

Niedzielne wybory pod wieloma względami uznać można za przełomowe. Nigdy wcześniej w historii nowożytnej Mołdawii obywatele tego kraju nie wybrali na swego prezydenta osoby niewywodzącej się z poradzieckiej nomenklatury lub też niezwiązanej z lokalnymi układami polityczno-biznesownymi. Dość wspomnieć, że trzech pierwszych prezydentów republiki, rządzących nią od 1990 do 2009 roku piastowało wcześniej wysokie stanowiska w Komunistycznej Partii Mołdawii, będącej lokalną filia KPZR.

Igor Dodon przez wielu postrzegany jest zaś jako skorumpowany i powiązany z miejscowym oligarchatem obrońca „starego porządku”, w którym państwo służy przede wszystkim jako narzędzie umożliwiające bogacenie się bardzo konkretnej grupie ludzi.

Niezwykły jest także fakt, że dość konserwatywni i tradycyjnie patrzący na kwestię podziału ról społecznych Mołdawianie zdecydowali uczynić głową państwa kobietę. Do tego niezamężną i bezdzietną. Kwestia płci, a szczególnie stanu cywilnego Mai Sandu była wielokrotnie w ostatnich latach wykorzystywana przez jej przeciwników politycznych.

Maia Sandu, zdj.: Wikipedia

Jeszcze przed wyborami prezydenckimi w 2016 roku – w trakcie których Sandu również mierzyła się z Dodonem – prawosławny biskup Bielc i Fălești, Marchel grzmiał do swoich wiernych: „Maia Sandu ma ponad 40 lat, a mimo to nie wyszła za mąż i nie urodziła dzieci (…) To nas niepokoi i rodzi wiele pytań.” Duchowny zarzucał też liderce PAS, że w czasie gdy pełniła funkcję ministra edukacji wprowadziła do bibliotek „szkodliwą książkę” pt. „Wychowanie seksualne”, którą biskup nazwał „grzeszną publikacją, zawierającą wszelkie nieczyste treści.” Marchel stwierdził też wprost, że chrześcijanie nie mają moralnego prawa głosować na tę kandydatkę.

Brak rodziny lub choćby dziecka, sprzyjał podsycanym przez przeciwników Mai spekulacjom na temat jej orientacji seksualnej, co w przypadku niechętnego środowisku LGBT społeczeństwa mołdawskiego miało wpływać negatywnie na notowania tej kandydatki.

Kolejną nowością jest rola jaką w tegorocznych wyborach prezydenckich odegrała mołdawska diaspora. Mieszkający poza granicami kraju Mołdawianie, których liczbę szacuje się nawet na milion osób, zawsze uczestniczyli w życiu politycznym swojej ojczyzny, ale nigdy udział ten nie był tak masowy. Tym razem emigranci nie byli po prostu języczkiem u wagi, ale stali się wręcz „kingmakerami”, decydującymi o ostatecznym wynik wyścigu o fotel prezydenta. W drugiej turze wyborów w komisjach zagranicznych oddano ponad 260 tysięcy głosów. To dwa razy więcej niż w pierwszej turze i dwa razy więcej niż podczas drugiej tury wyborów w 2016 roku. Głosy z zagranicy stanowiły aż 15 procent wszystkich oddanych w niedzielnym głosowaniu.

Skala mobilizacji była tak duża, że w części punktów wyborczych np. w Londynie i Frankfurcie nad Menem zabrakło kart do głosowania, co doprowadziło do protestów czekających w długich kolejkach Mołdawian. Warto przy tym zauważyć, że mobilizacja dotyczyła właściwie niemal wyłącznie diaspory mieszkającej na zachodzie, tj. w krajach UE, Wielkiej Brytanii czy USA. To na te państwa przypadło ponad 90% wszystkich głosów oddanych poza republiką.

Tymczasem emigracja mołdawska w Rosji – mimo że bardzo liczna – pozostała właściwie bierna. W drugiej turze wyborów do urn ruszyło zaledwie niecałe 14 tysięcy z grupy nawet pół miliona mieszkających tam mołdawskich obywateli. Ich głosy stanowiły zaledwie 5% wszystkich oddanych przez diasporę. Co więcej, pękł także mit zgodnie z którym mieszkający w Moskwie czy Petersburgu Mołdawianie skłonni są do niemal jednomyślnego popierania kandydatów prorosyjskich. Choć Igor Dodon wygrał w Rosji uzyskując ogólnie 75% głosów, to 25% zdobyte przez Sandu w tym kraju należy uznać za ogromny sukces i przejaw ewolucji poglądów tamtejszego elektoratu.

Igor Dodon i Władimir Putin, zdj.: Wikipedia

Wszystkie te wydarzenia mają swoje źródło w pokoleniowej zmianie, jakiej doświadcza mołdawskie społeczeństwo. Z każdym rokiem w wiek wyborczy wchodzą kolejne roczniki młodych ludzi, którzy nie tylko nie doświadczyli na własnej skórze sowieckiej rzeczywistości, ale także często zaznali życia na Zachodzie, czy to podejmując tam pracę czy też odwiedzając tam swoich znajomych, którzy zdecydowali się na emigrację. Tych ludzi nie da się już tak łato zastraszyć argumentami o rzekomej walce Zachodu z prawosławiem, szalejącym tam LGBT, dzikim kapitalizmem czy brakiem wartości moralnych.

Nie działają na nich mentalne kalki, które funkcjonują w świadomości starszych przedstawicieli społeczeństw zamieszkujących kraje poradzieckie. Nie tylko nie widza oni w zachodnim modelu rozwojowym zagrożeń, ale przeciwnie, chcą przenieść wiele jego mechanizmów do Mołdawii. Lata życia w stabilnych, rozwiniętych i praworządnych państwach demokratycznych wzmagają ich „apetyt” i budują oczekiwania wobec lokalnych polityków. To wszystko przyczyniło się do zwycięstwa Sandu.

Król jest nagi

Tymczasem rezultat osiągnięty przez Dodona musiał być dla niego sporym zaskoczeniem. Dotychczasowy prezydent brał co prawda pod uwagę możliwość porażki, ale raczej nie oczekiwał, że straci do liderki PAS aż niemal 10 pp.

Renato Usatii. Źródło: Twitter

Na tak kiepski wynik złożyło się kilka czynników. Jednym z ważniejszych wydaje się powrót na mołdawską scenę polityczną populistycznego, prorosyjskiego lidera „Naszej Partii”, Renato Usatiego. Polityk ten jeszcze sześć lat temu był głównym rywalem socjalistów na mołdawskiej lewicy. Wspierający wówczas Dodona i współpracujący z nim oligarcha Vlad Plahotniuc wykorzystując swoją kontrolę nad mołdawskim wymiarem sprawiedliwości robił wszystko, by zneutralizować Usatiego i wyeliminować w ten sposób zagrożenie dla PSRM.

W 2014 roku działający prawdopodobnie na polecenie oligarchy sąd zaledwie kilka dni przed wyborami parlamentarnymi zdjął ugrupowanie Usatiego z list, co doprowadziło do spektakularnego sukcesu socjalistów. Wkrótce potem Usatii opuścił Mołdawię. Prowadzone wobec niego w kraju postępowania karne uniemożliwiły mu także wzięcie udziału w wyborach prezydenckich w 2016 roku, co przyczyniło się do zwycięstwa Dodona. Bez względu na zasadność wysuwanych pod adresem Usatiego oskarżeń wydaje się pewne, że śledztwa te miały przede wszystkim wymiar polityczny.

Gdy już po ucieczce Plahotniuka z kraju Usatii powrócił do Mołdawii w drugiej połowie 2019 roku, rozpoczęła się błyskawiczna fragmentaryzacja mołdawskiej lewicy. Nieco już zapomniany – w związku z ucieczką z kraju – lider „Naszej Partii” zdołał w ciągu nieco ponad roku zaskarbić sobie poparcie 17% elektoratu, co potwierdziły wyniki pierwszej tury listopadowych wyborów. „Król Dodon” stał się nagi. Okazało się, że dotychczasowy prezydent wcale nie posiada tak wielkiego poparcia w społeczeństwie mołdawskim jak najpewniej wielu uważało, ale zawdzięcza swoje dotychczasowe sukcesy w znacznej mierze brakowi dobrej alternatywy. Powrót Usatiego pokazał, że nawet prorosyjscy Mołdawianie nie są przekonani do dotychczasowego prezydenta.

Rosyjska prasa: w Mołdawii po raz pierwszy rosyjskojęzyczni obywatele nie zagłosowali na „Wielką Rosję”

Odbierając Dodonowi głosy w pierwszej turze i umożliwiając Sandu wejście do drugiej tury na pozycji pierwszej Usatii zdemobilizował elektorat socjalistyczny. Kropką nad „i” było wystosowane przez lidera „Naszej Partii” do swoich wyborców wezwanie, by ci w niedzielnych głosowaniu opowiedzieli się „przeciwko Dodonowi”. Ludzie różnie zrozumieli ten apel. Część – choć raczej mniejszość – zagłosowała na Sandu. Inni postanowili zrezygnować z udziału w drugiej turze wyborów. To wystarczyło. Ostatecznie Dodon przegrał nie tylko z Sandu, ale i ze samym sobą. Zdobył bowiem aż 15% głosów mniej, niż w zwycięskiej dla niego drugiej turze wyborów prezydenckich z 2016 r., w której także mierzył się z liderką PAS.

Usatii nie byłby jednak w stanie osłabić Dodona, gdyby nie problemy wizerunkowego prezydenta, oraz pewne zmęczenie elektoratu jego osobą. Nieformalny przywódca socjalistów kojarzony jest przez z korupcją oraz uosabiającym ją i powszechnie nienawidzonym oligarchą Vladem Plahotniukiem. Cztery lata jego prezydentury nie przyniosły też żadnej widocznej poprawy sytuacji gospodarczej ani społecznej.

Wreszcie, na jego wizerunku długim cieniem położył się także brak sukcesów w walce z pandemią COVID-19. Mołdawia jest jednym z najsilniej dotkniętych nią państw w Europie, a niedoinwestowana i cierpiąca na braki kadrowe służba zdrowia nie radzi sobie z rosnącą liczbą chorych. Nie pomógł również brak wyrazistej i świeżej kampanii. Wreszcie – jak wspomniano wcześniej – Dodonowi nie udało się także zmobilizować bardzo licznej mołdawskiej diaspory w Rosji, ani ściągnąć do punktów wyborczych prorosyjskich wyborców z separatystycznego Naddniestrza. W drugiej turze wyborów udział wzięło zaledwie nieco ponad 30 tys. mieszkających tam posiadaczy mołdawskich paszportów. 86% opowiedziało się za dotychczasowym prezydentem.

Mołdawia: trudne wybory mistrza politycznej koniunktury

„Wstępne” gratulacje

Igor Dodon, „wstępnie” pogratulował Sandu zwycięstwa, choć jednocześnie zapowiedział zaskarżenie wyników głosowania do sądu. Dotychczasowy prezydent twierdzi, że jego sztab zebrał wiele dowodów świadczących o naruszeniu prawa wyborczego. Zarzuca on opozycji m.in. blokowanie dostępu do punktów wyborczych dla obywateli mołdawskich mieszkających w Naddniestrzu, zakazany prawem zorganizowany transport głosujących do punktów wyborczych w krajach UE, czy tez bezpośrednie angażowanie się zachodnich polityków w kampanię wyborczą.

Jednocześnie Dodon wzywa swoich wyborców do zachowania spokoju i niewychodzenia na ulicę. Ta ostatnia deklaracja stanowi prawdopodobnie swego rodzaju ucieczkę do przodu. Pozwala ona mu odgrywać rolę dbającego o porządek i bezpieczeństwo obywateli męża stanu, a jednocześnie nie naraża go na kompromitację w sytuacji – bardzo prawdopodobnej – gdyby nie udało mu się wyprowadzić na ulicę odpowiednio dużej liczby jego zwolenników. Wobec przewagi głosów, jaką uzyskała Sandu próby podważenia wyników wyborów raczej nie zakończą się sukcesem. Bardzo symbolicznym i zamykającym tę kwestię sygnałem wydaje sie szybkie uznanie zwycięstwa liderki PAS przez wspierającego otwarcie Dododa Władimira Putina. Prezydent Rosji pogratulował Sandu już w powyborczy poniedziałek.

Proeuropejska opozycja pod wodza Sandu będzie teraz starała się jak najszybciej zdyskontować swój sukces i doprowadzić do organizacji przedterminowych wyborów parlamentarnych. Sytuacja polityczna w kraju zdaje się temu sprzyjać. Jeszcze przed I turą wyborów doszło do faktycznego rozpadu i tak już niestabilnej koalicji Socjalistów i Demokratów. W efekcie rząd premiera Iona Chicu nie posiada obecnie większości.

Ani Dodon ani Socjaliści nie są teraz, po tak poważnej porażce, zainteresowani nowymi wyborami i zapewne będą starali się grać na czas. Boją się nie tylko rozochoconego wygrana elektoratu Sandu, ale co więcej, zdają sobie sprawę, że w kolejnych wyborach niewątpliwie przyjdzie im zmierzyć się z „Naszą Partią”, która – sadząc po wyniku Usatiego – może odebrać socjalistom sporo głosów. Zgodnie z przewidywaniami już po wyborach Igor Dodon zapowiedział próby odbudowania poparcia dla rządu, ale zarówno PAS jak i proeuropejska Platforma „DA” oraz Demokraci odmówili negocjacji z Dodonem w tej sprawie.

Pierwszy krok

Zwycięstwo Sandu, choć przełomowe, stanowi zaledwie pierwszy krok na drodze ku możliwym poważnym zmianom sytuacji politycznej i społecznej w Mołdawii. Niewielkie kompetencje, w które mołdawska konstytucja wyposaża głowę państwa nie pozwalają nowej pani prezydent na forsowanie faktycznych reform. Sandu będzie mogła jednak dokładniej przyglądać się temu, co dzieje się za kulisami, monitorować działania rządu. Zyska też nieporównywalnie większą rozpoznawalność i dostęp do mediów.

Będzie także mogła współkształtować politykę zagraniczną kraju. W najbliższych miesiącach skupi się zapewne na działaniach dyplomatycznych i podejmie próby poprawy relacji Mołdawii z UE, czy sąsiednią Ukrainą, gdzie została już zaproszona przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Dodon – jako polityk prorosyjski – nie wzbudzał szczególnego zaufania w Kijowie, szczególnie po tym jak w 2016 roku oświadczył, że Krym należy de facto do Rosji.

Do rozpoczęcia prawdziwych reform proeuropejska opozycja potrzebuje nie samego tylko prezydenta, a większości parlamentarnej. Zdobycie tejże nie będzie jednak zadaniem łatwym. Prezydentura Sandu jest ważnym i niezwykle symbolicznym, lecz zarazem pierwszym krokiem ku zmianom w mołdawskiej rzeczywistości.

Mołdawia: Nowa prezydent zapowiada pragmatyczny dialog ze wszystkimi krajami, w tym – z Rosją

Kamil Całus dla belsat.eu

Więcej tekstów autora w dziale „Opinie”.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów