Nowy Rok na obczyźnie. Czego życzą sobie uchodźcy z Białorusi? FOTOREPORTAŻ

Biełsat odwiedził kilka białoruskich rodzin, którym prezenty zawieźli wolontariusze z Centrum Białoruskiej Solidarności oraz warszawskiego alternatywnego klubu sportowego „ZŁY”. Na prezenty zrzucili się Białorusini i Polacy, a 50 kg słodyczy przekazała białoruska diaspora z Austrii. Trafiły one do 30 rodzin z Warszawy i nie tylko.

Zdj.: Julia Szabłowska / Biełast

Ostatni dzień roku jest dziś hucznie obchodzony na Białorusi i krajach byłego ZSRR. O ile w Polsce to Boże Narodzenie jest synonimem rodzinnych świąt, to dla przeciętnego Białorusina takim dniem jest właśnie Sylwester. Rodziny zbierają się przy stołach i przy choince. Biesiadują, a o północy piją „szampanskoje”, wręczają sobie prezenty i składają życzenia.

W tym roku „Nowy Hod” na terenie Polski obchodzić będzie duża grupa uciekinierów politycznych z Białorusi. Nikt nie wie, ilu jest ich w rzeczywistości. W listopadzie polskie władze poinformowały o ponad 1,4 tys. osób, które przekroczyły granicę z wizami humanitarnymi. Jednak wielu Białorusinów uciekało przed represjami jako zwykli turyści.

„Chcemy przetrwać i pozostać na wolności”. Jak białoruscy uchodźcy szukają schronienia w Polsce

„Uwolnić Białoruś od zorganizowanej grupy przestępczej”

Tacciana Wasileuskaja uciekła z Białorusi z mężem Walerym i trójką dzieci: roczną Lubą, 3-letnim Mironem i 11-letnim Bahdanem. Pochodzi z Brześcia, gdzie pracowała w firmie logistycznej obsługującej przewozy międzynarodowe. Przed wyborami aktywnie włączyła się w zbieranie podpisów pod prezydenturą Siarhieja Cichanouskiego.

Tacciana Wasileuskaja z dziećmi. Zdj.: Julia Szabłowska / Biełast

W czasie wyborów była obserwatorką wyborów w lokalu wyborczym znajdującym się w szkole, do której chodził jej syn. Zauważyła liczne nieprawidłowości wyborcze. Gdy zaczęła zgłaszać zastrzeżenia, przewodniczący komisji wezwał milicję. Funkcjonariusze zabrali ją spod lokalu wyborczego w dniu głosowania. Złapali ją tak szybko, że nawet nie zdążyła o tym powiedzieć swojemu najstarszemu dziecku, które bawiło się w pobliżu. Trafiła na komisariat, którego okna wychodziły na plac, gdzie w powyborczy wieczór zebrali się demonstranci.

– W pewnym momencie, gdy tłum absolutnie pokojowych demonstrantów zgęstniał, zauważyłam, jak do komisariatu przyjechali milicyjni „naczelnicy”. A jeden z nich dał komendę ręką – tak jak się mówi do psa: „bierz go” i OMON zaczął bić ludzi.

Tacciana opowiada jednak, że nawet wśród milicjantów spotkała wielu, którzy odnosili się do niej po ludzku i starali się zrozumieć jej sytuację. Została również uniewinniona z zarzutu uczestnictwa w nielegalnej demonstracji. Jednak po miesiącu od wyborów, aktywistów Socjaldemokratycznej Partii Hramada, z ramienia której oficjalnie obserwowała wybory, zaczęto wzywać na komendę. Wtedy zrozumiała, że grozi jej odpowiedzialność karna i postanowiła wyjechać z kraju. Rodzina ruszyła na granicę z Ukrainą, dokąd nie potrzeba było wiz wjazdowych.

Zdj.: Julia Szabłowska / Biełsat

– Do ostatniej chwili nie chcieliśmy wyjeżdżać, nie mieliśmy wiz. Mieliśmy nadzieję, że Łukaszenka odejdzie do końca roku. Gdy 25 października przyszła informacja o zatrzymaniach aktywistów, udało nam się wyrobić paszporty dla dzieci. Nagle zablokowano nam konta i okazało się, że zajmuje się już nami KGB. Zebraliśmy się nocą i ruszyliśmy. Było strasznie przekraczać białoruską granicę – pogranicznicy pytali się, dokąd jedziemy. Mówiliśmy, że na wycieczkę do Kijowa, tymczasem cały bagażnik był wypchany naszymi rzeczami. Wiadomo było, że to nie wycieczka, a wyjazd na długo.

Potem rodzina dotarła na granicę z Polską i tu otrzymała pomoc od białoruskich wolontariuszy, którzy wynajęli im hotel. Teraz mieszkają w niewielkim domku pod Warszawą. Mąż znalazł pracę w montowni samochodów jako elektryk.

– Wstyd mi trochę przed dziećmi. Mieliśmy duży dom, ogród, każde z nich miało swój pokój, obok domu huśtawki, piaskownicę. A teraz z powodu tego, w co się „wpakowaliśmy”, już tego nie mają. Ale to jest cena wolności.

Tacciana opowiada, że również mąż rozpoczął strajk. Był inżynierem w przedsiębiorstwie Biełenerha – nadzorował uruchomienie Białoruskiej Elektrowni Jądrowej.

– I wiemy w jaki sposób budowano tę elektrownię i gdy decydowaliśmy się, dokąd jechać, postanowiliśmy jak najdalej od niej. Na wypadek, gdyby zdarzyło się coś niedobrego.

Zdj.: Julia Szabłowska / Biełast

Noworoczne życzenia Tacciany dotyczą głównie sytuacji politycznej na Białorusi:

– Na Nowy Rok chcę, by Białoruś uwolniła się od tej „zorganizowanej grupy przestępczej” i wszyscy czuli się bezpiecznie w swoim kraju. I chciałabym, żeby dobro zwyciężyło zło. Gdy przyjechaliście do nas i przywieźliście prezenty dla dzieci i słodycze, odłożyłam część tych słodyczy do szafy. Gdy mąż wrócił do domu, powiedziałam mu, że gdy wreszcie wrócimy, zjemy je z herbatą i kawą przy świątecznym stole w naszym domu, w Brześciu.

Białoruscy uchodźcy szykują się na długi pobyt w Polsce

Tacciana, oprócz pomocy ze strony Białorusinów, miło wspomina pozytywną reakcję ze strony swoich polskich sąsiadów, którzy podarowali jej wózek dla dzieci oraz wyposażenie kuchenne.

– Na Boże Narodzenie zaniosłam im upieczone ciasto i miód, moja gospodyni przybiegła z domowym ciastem, opłatkiem. Widziała na zdjęciach, jak żyliśmy tam, i życzyła nam żebyśmy jak najszybciej mogli wrócić do siebie.

„W lutym wrócić na Białoruś”

Uładzimir i Hanna Cimaszenkowie mają dwójkę dzieci: roczną córkę i 4,5-letniego syna. Pochodzą z górniczego Salihorska – centrum wydobycia soli potasowych używanych na masową skalę w produkcji nawozów. On miał pracę w górniczym gigancie Biełaruśkalij i zajmował się pomiarami radioaktywności w urobku. Żona zawodowo zajmowała się pomocą dzieciom z zaburzeniami snu.

Do dzieci białoruskich uchodźców przyszli św. Mikołajowie z Centrum Białoruskiej Solidarności i klubu piłkarskiego AKS „ZŁY ” Zdj. Julia Szabłowska / Biełsat

Uładzimir w reakcji na powyborcze represje został inicjatorem strajku w przedsiębiorstwie. Około 20 pracowników, którzy do niego dołączyli, od razu trafiło pod lupę „organów”. On sam działał jako rzecznik prasowy komitetu strajkowego. Za to został skazany na grzywnę, a do tego milicja wszczęła postępowanie w sprawie stwierdzenia, czy rodzina jest „niebezpieczna społecznie”. Hanna z tego powodu otrzymała wezwanie na milicję. Rodzina postanowiła opuścić Białoruś, gdy pojawiły się już konkretne groźby, że rodzice trafią do więzienia, a dzieci zostaną im odebrane.

– Jeden z milicjantów powiedział wprost: podrzucimy ci narkotyki, a ty nic nam nie udowodnisz – opowiada Uładzimir.

Uład podkreśla, że rodzina nie jest w nastroju do świętowania Nowego Roku. Choć tradycyjnie w domu stanęła choinka, zresztą podarowana przez Polkę. Jeśli chodzi o noworoczne życzenia, odpowiada od razu:

– Żeby Łukaszenka odszedł. Szczerze mam nadzieję, że w lutym już go nie będzie i wtedy wrócimy.

Uładzimir i Hanna Cimaszenkowie przyjechali do Waszawy z Salihorska. Zdj. Julia Szabłowska / Biełsat

Uładzimir nie przerwał działalności opozycyjnej i nadal koordynuje trwający w kopalni protest. Dwójka kolegów jego uciekła na Ukrainę, jeden miał do czynienia z KGB, drugiemu postawiono zarzuty niepłacenia podatków. I również zamierzają przyjechać do Polski. Większość uczestników protestu została w Salihorsku. Wyjechali tylko ci, którym grozi odpowiedzialność karna.

„Odzyskać wewnętrzny spokój”

Daria Daszkiewicz pracowała w Mińsku jako makijażystka przy rosyjskich serialach kręconych na Białorusi. Jej mąż Alaksandr był producentem i organizatorem ekip filmowych. Pracowali razem. O wyjeździe z kraju myśleli już dawno, tym bardziej, że mąż i dzieci: 3-letni Tadeusz i 6-letni Cisza otrzymali Kartę Polaka. Nietrudno było Alaksandrowi to udowodnić – jego pradziadka rozstrzelano w 1937 r. właśnie za to, że był Polakiem. Rodzina znalazła potwierdzenie w archiwum KGB w Homlu. Darii ciężko żyło się na Białorusi, bo podobnie jak wielu innych jej rodaków, mentalnie oddaliła się od ZSRR, w przeciwieństwie do białoruskiej rzeczywistości.

– Ludzie jeżdżą po świecie, widzą jak tam jest i chcą lepszego życia. My też zjeździliśmy pół świata, a Białoruś jest w takim stuporze, że stoi w miejscu.

Zdj. Julia Szabłowska / Biełsat

Daria i Alaksandr chodzili początkowo na protesty, ale gdy reakcja milicji stawała się coraz brutalniejsza, zaczęli bać się o dzieci i przestali wierzyć w powodzenie oporu. Sami nie mieli problemów z „organami”, jednak wielu ich bliskich stało się celem represji.

– Jedna z moich koleżanek przebywa teraz w Czechach na rehabilitacji – milicjanci połamali jej kolano. Nie będzie już biegać, ale chociaż chodzić będzie mogła. Razem z koleżanką wyszły wieczorem z domu i pechowo poszły do sklepu. A nawet nie brały nie udziału w protestach. Zostały pobite jeszcze przed więźniarką, a potem w więźniarce i spędziły dwa dni w areszcie.

Rodzina podjęła decyzję o wyjeździe z rozmysłem – biorąc pod uwagę wiek dzieci, które są na tyle małe, by szybko się zaadoptować w nowych warunkach.

– A poza tym atmosfera w kraju zaczęła być nie do zniesienia. To nawet brzmi śmiesznie, ale głównie noszę ubrania w białym i czerwonym kolorze, ale nie dlatego, że chodzi o biało-czerwono-białą flagę. Lubię te kolory, one do siebie pasują i z tego powodu boję się wyjść na ulicę. Kiedyś wyszłam z metra i miałem na sobie jasnoczerwony płaszcz, kupiony chyba 10 lat temu. Obok mnie przejeżdża niebieski bus, hamuje. W tym momencie strasznie się przestraszyłam. Widziałem oczy tych ludzi i jak oni na mnie patrzyli choć, nic nie robiłam. Pojechałam po prostu do domu i poczułam się strasznie.

Rodzina sprzedała cały swój majątek i przyjechała do Polski by zacząć nowe życie.

– Jak to się mówi, odcięliśmy gałąź na której siedzieliśmy, by zacząć życie od nowa. Bo tam był już taki zastój.

Daria i Alaksandr nie przygotowują się specjalnie do obchodów Nowego Roku, bo jako dla katolików, ważniejsze jest dla nich Boże Narodzenie.

Zdj. Julia Szabłowska / Biełsat

Do Polski przeniosło się też kilka znajomych rodzin. I jak stwierdza Daria, wielu Białorusinów emigruje z przyczyn ekonomicznych, gdyż na Białorusi trudno o pracę. Choć trudno oddzielić kwestie polityczne od ekonomicznych.

Dużo pomogły emigrantom z Białorusi sieci społecznościowe i diaspora, dzięki czemu udało im się wynająć mieszkanie.

– Po przyjeździe byliśmy w szoku z powodu otwartości ludzi. Np. Polak, właściciel naszego mieszkania, sam przywoził żywość dla nas. Byliśmy na kwarantannie 10 dni, a on nagle przywozi nam wielką torbę warzyw, owoców, mięsa, bo my nie możemy wyjść do sklepu. Przywozi dzieciom książki. Jakoś wszystko tu jest takie „lekkie”. Nie jest trudno poprosić o pomoc, zadać pytanie. Pomoc przychodzi zewsząd, nawet gdy się tego nie spodziewasz. Pojawia się wewnętrzny spokój.

Daria uważa, że Białorusini jako naród są dość zamknięci, ale ostatnie wydarzenia sprawiły, że ludzie zaczęli się jednoczyć, nawet nieznajomi.

– Prędzej czy później coś się zmieni, nikt nie jest wieczny. Pytanie, ile na to potrzeba czasu. Na pewno nie dokona się to jutro i jestem pewna, czy dojdzie do tego pięć lat – szanse 50 na 50 – stwierdza ze smutkiem.

Prezenty trafiły łącznie do 30 rodzin uchodźców z Białorusi. Zdj. Julia Szabłowska / Biełsat

„Żeby Białorusini zwyciężyli”

Jana Fabianskaja przyjechała z Grodna z 8-letnim synem Cimurem . Jest samotną matką. W Grodnie miała swój salon fryzjerski i zajmowała się pielęgnacją rzęs. Uciec do Polski zdecydowała się nagle, 17 września. Do tego czasu aktywnie uczestniczyła w antyłukaszenkowskich protestach. Jak opowiada, 17 września znowu wyszła na protest i tym razem OMON-owcy zaczęli zatrzymywać ludzi tuż koło niej.

– Jeden z nich złapał dziewczynę stojącą koło mnie. Wykręcił jej ręce, powalił na ziemię i nastąpił na nią nogą. To było bardzo brutalne, ona krzyczała, bo ją bolało. Nie wiedziałam jak jej pomóc i zerwałam z niego maskę, dlatego, że oni się tego bardzo tego boją. Nie chcą pokazywać twarzy, bo potem odwracają się od nich koledzy, sąsiedzi. Co było dalej nie wiem, bo po zerwaniu maski odwróciłam się i uciekłam przez tłum. Znałam już historię dziewczyny z Mińska, która też tak zrobiła i wsadzili ją do więzienia, oskarżając o napaść na milicjanta.

Dla Jany z Grodna najważniejsze jest, że jej rodzina nareszcie odzyskała bezpieczeństwo. Zdj.: Julia Szabłowska / Biełsat

Jana pojechała do domu, zabrała najpotrzebniejsze rzeczy i przeniosła się na noc do koleżanki. Następnego dnia sąsiadka wysłała jej zdjęcie drzwi jej mieszkania, w których ktoś przewiercił zamek, by dostać się do środka.

– Posiedziałam jeszcze trochę u przyjaciółki i zrozumiałam, że muszę wyjeżdżać. Bo u nas panuje takie bezprawie, że mogą mnie wsadzić do więzienia i odebrać dziecko. Wsiedliśmy do rejsowego busika do Białegostoku.

Po przekroczeniu granicy Jana opowiedziała o swojej sytuacji pogranicznikom i złożyła podanie o azyl. Trafiła najpierw na miesiąc do ośrodka dla uchodźców w Białej Podlaskiej. Potem przeniosła się do kobiecego ośrodka w Warszawie. Tu pojawiła się jednak wolontariuszka, która zaoferowała Janie i jej synowi mieszkanie na początek. Potem dostała zasiłek od państwa i wsparcie finansowe od Centrum Białoruskiej Solidarności. Udało jej się znaleźć mieszkanie, które wynajął jej po okazyjnej cenie pewien Polak.

Pandemia sprawiła, że na razie Jana nie może zacząć pracy, bo ma pod opieką dziecko, którego nie ma z kim zostawić. Cimur uczy się teraz zdalnie w szkole dla dzieci uchodźców w Białej Podlaskiej, ale po zakończeniu narodowej kwarantanny pójdzie do szkoły w Warszawie.

Zdj. Julia Szabłowska / Biełast

Dla Cimura ucieczka z Białorusi jest przygodą i podoba mu się w Polsce. Jednak Jana chciałaby wrócić na Białoruś, gdzie mieszkają jej przyjaciele, gdzie jak mówi, zapuściła korzenie.

W Polsce Jana czuje szczególną pomoc ze strony białoruskiej diaspory. Białorusini zaczęli jej już pomagać, gdy była w ośrodku w Białej Podlaskiej. Przywozili ubrania i jedzenie. Podobnie było w Warszawie, gdzie wolontariusze przyjeżdżali każdego dnia. Mówi, że również Polacy dowiadując się skąd pochodzi, odnoszą się do niej z sympatią.

Nowy Rok matka i syn spędzą przy choince. Mały dostanie prezent. Jana mówi, że jest co świętować, bo choć jest ciężko, to nareszcie czują się bezpiecznie.

– Na Nowy Rok chciałabym, żeby koronawirus wreszcie zostawił w spokoju naszą planetę i Białorusini zwyciężyli. Żeby Łukaszenka wreszcie odszedł. Ale nawet jeśli do tego dojdzie, to nasz kraj będzie długo dochodził do siebie. Chciałabym, żeby wszyscy Białorusini, którzy uciekli, mogli wrócić do domu.

Jakub Biernat/ belsat.eu

Wiadomości