Mołdawia: trudne wybory mistrza politycznej koniunktury

Kamil
Całus
Analityk Ośrodka Studiów Wschodnich, specjalista ds. Rumunii i Mołdawii

Jutro w Mołdawii odbędzie się druga tura wyborów prezydenckich. Kim jest ubiegający się o reelekcję Igor Dodon, znany również z tego, że darzy niekłamaną sympatią Alaksandra Łukaszenkę. Chwaląc model jego rządów, którego w swoim kraju jednak nie zdołał lub nawet zbytnio nie starał się wprowadzić. Dlaczego?

Igor Dodon, od 2016 roku urzędujący prezydent Mołdawii, nigdy nie ukrywał swojej sympatii i podziwu wobec Aleksandra Łukaszenki. We wrześniu 2020 roku, nie zważając na trwające w Mińsku i innych białoruskich miastach protesty, polityk ten otwarcie nazwał Białoruś przykładem dla Mołdawii i chwalił politykę gospodarczą i społeczną dotychczasowego jej prezydenta. Jako jeden z niewielu liderów politycznych na świecie zdecydował się także uznać zwycięstwo Łukaszenki w sierpniowych wyborach i to już następnego dnia po ich przeprowadzeniu.

Dodonowi niewątpliwie imponuje model państwa stworzony przez Łukaszenkę, oraz przynajmniej część zastosowanych przez niego rozwiązań, które przez dekady pozwalały mu utrzymywać władzę w kraju. Podobnie jak białoruski lider, także Dodon próbuje odgrywać rolę silnego lidera, męża stanu, dbającego o swój kraj gospodarza trzymającego się blisko ludu. To jednak wyłącznie poza.

Igor Dodon i Alaksandr Łukaszenka. Zdj. president.gov.by

W rzeczywistości, mołdawski prezydent jest bowiem pozbawionym ideałów koniunkturalistą, który przez większość swojej kariery politycznej odgrywał rolę młodszego partnera dla znacznie ważniejszych krajowych graczy. Choć nie jest on pozbawiony ambicji, to zdecydowanie bardziej niż budową w Mołdawii „drugiej Białorusi” zainteresowany jest raczej czerpaniem doraźnych korzyści ze swojej pozycji politycznej oraz ochroną interesu i dobrobytu swojego i najbliższych współpracowników.

Komunistyczny i… proeuropejski?

Na mołdawskiej scenie politycznej, Igor Dodon, młody – urodzony w 1975 roku – ekonomista pojawia się tak naprawdę dopiero w połowie pierwszej dekady XXI w. Mołdawią w tym okresie rządzi nieprzerwanie od 2001 roku ciesząca się dużą popularnością Partia Komunistów (PCRM) kierowana przez charyzmatycznego prezydenta Vladimira Voronina. Dodon wiążę się z tym ugrupowaniem i szybko zaczyna robić karierę. W 2005 zostaje mianowany wiceministrem gospodarki. Rok później awansuje na szefa tego resortu, a już w 2008 roku otrzymuje dodatkowo tekę wicepremiera.

Co ciekawe, Dodon, przez wielu kojarzony dziś z jednoznacznie prorosyjską linią polityczną i optujący za przystąpieniem Mołdawii do lansowanej przez Rosję Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EUG) jest w tamtym czasie – zgodnie z ówczesną linią partii rządzącej – zdecydowanie proeuropejski. Opowiada się np. za podpisaniem umowy stowarzyszeniowej z UE nazywając ten pomysł korzystnym dla Mołdawii. Przyszły prezydent zręcznie dopasowując się do aktualnej sytuacji politycznej zmieni później zdanie w tej sprawie jeszcze kilkukrotnie, za każdym razem starając się – nie bez powodzenia – przekonać elektorat o stałości i konsekwencji swych poglądów. Polityczny koniunkturalizm w kolejnych latach stanie się cechą charakterystyczną Igora Dodona.

Mołdawia szykuje się do II tury wyborów prezydenckich

Wykorzystując okazję

W roku 2009 Dodon zdobywa mandat poselski. To doskonały moment, bo chwilę później wspierająca go lojalnie PCRM traci władzę w kraju. Dodon doskonale rozumie, że potencjał polityczny komunistów – wehikułu, który pozwalał mu do tej pory piąć się nieustannie w górę – jest na wyczerpaniu. Próbuje on jeszcze w 2011 roku odnieść z ich wsparciem sukces w wyborach na stanowisko mera mołdawskiej stolicy, ale przegrywa z reprezentantem wchodzącej w skład ówczesnej koalicji proeuropejskiej Partii Liberalnej. Wydarzenie to popycha go w stronę nowej, formalnie „niezależnej”, ścieżki w jego karierze politycznej.

W listopadzie 2011 roku Igor Dodon wraz z dwojgiem innych deputowanych opuszcza swoje ugrupowanie i przystępuje do marginalnej wówczas, prorosyjskiej Partii Socjalistów (PSRM) w której chwilę później obejmuje przywództwo. Tymczasem kraj od miesięcy trwa w kryzysie politycznym. Rządząca koalicja proeuropejska, choć posiada większość w parlamencie nie jest w stanie zgromadzić niezbędnych 3/5 głosów by wyłonić nowego prezydenta. Nad Mołdawią wisi widmo przedterminowych wyborów.

To wtedy, ku powszechnemu zaskoczeniu, Dodon wraz z dwójką wspomnianych już parlamentarzystów postanawia poprze proponowanego przez proeuropejski rząd kandydata na prezydenta. W rezultacie, w marcu 2012 roku, po niemal trzech latach kryzysu politycznego i „bezkrólewia”, głową państwa zostaje słaby, pozbawiony zaplecza i ambicji politycznych sędzia Nicolae Timofti. Po stolicy zaczynają krążyć plotki, że decyzja Dodona o odejściu z PCRM oraz poparciu Timoftiego – a więc de facto o uratowaniu koalicji proeuropejskiej przed możliwą utratą władzy – była wynikiem porozumienia między liderem Socjalistów a Vladem Plahotnikiem, potężnym oligarchą, kontrolującym jedną z partii koalicyjnych. Mówiono nawet o konkretnej kwocie. Dodon miał rzekomo sprzedać swój głos na Timoftiego za trzy miliony dolarów.

Interesy i strach

Od tego czasu współpraca między Dodonem a Plahotniukiem tylko się zacieśniała. Kooperacja z tym najpotężniejszym i najbogatszym Mołdawianinem, podobnie jak wcześniej ze sprawującymi władzę komunistami była sposobem na realizację ambicji Dodona oraz zapewniała mu dostęp do kontrolowanej przez Plahotniuka administracji publicznej oraz innych zasobów oligarchy.

Instrumenty te miały kluczowe znaczenie dla sukcesu Dodona. W 2014 roku kontrolowany wówczas przez Plahotniuka mołdawski wymiar sprawiedliwości niemalże w przededniu wyborów parlamentarnych wyeliminował z nich „Partię Patria” kierowaną przez Renato Usatiego – nota bene, tego samego, który w I turze trwających własnie wyborów prezydenckich odebrał Dodonowi aż 17% poparcia. Ugrupowanie to dominowało wówczas na mołdawskiej prorosyjskiej lewicy i cieszyło się wyraźnie większą popularnością niż PSRM.

W efekcie skreślenia Patrii z list Dodon oraz jego partia zdołali przejąć znaczną część zorientowanego na Moskwę elektoratu, a Socjaliści stali się największą siłą polityczną w parlamencie. Dodon odwdzięczał się Plahotniukowi pomagając mu zawłaszczyć władzę w kraju na przełomie 2015 i 2016 roku. W zamian Plahotniuc pomógł Dodonowi zdobyć fotel prezydenta. Nie tylko zaoferował mu w tym celu dyskretne wsparcie ze strony aparatu administracyjnego państwa oraz kompleksu medialnego należącego do oligarchy, ale także zmienił w konstytucję, przywracając – korzystny dla Dodona – bezpośredni model wyboru głowy państwa.

Mołdawski kartel

Igor Boțan, popularny mołdawski analityk i politolog nazwał powstały w ten sposób system „kartelem politycznym”, w którym zarówno Plahotniuc wraz z pozostającym pod jego silnym wpływem Dodonem zawłaszczyli zarówno scenę partyjną jak i debatę publiczną. Każdy z nich formalnie reprezentował przeciwstawne skrzydło mołdawskiej polityki. Plahotniuc oraz jego Partia Demokratyczna reprezentowała opcję prozachodnią, zaś PSRM stanowiła głównego obrońcę idei bliskiej współpracy z Rosja. Konflikt ten nagłaśniały z lubością media należące do obydwu polityków.

Wobec takiego starcia tytanów wszystkie inne siły w parlamencie, w tym realna opozycja proeuropejska, wydawały się marginesem. I o to chodziło Plahotniukowi i Dodonowi. Tak oto niepopularny w społeczeństwie i na Zachodzie Plahotniuc zyskał „wroga”, straszak, przed którym mógł „bronić” proeuropejskich wyborców i całego kraju. Wedle jego własnej narracji stawał się on niekochanym, lecz „jedynym skutecznym” gwarantem, tego że Mołdawia nie wejdzie w strefę wpływów Kremla.

A Dodon? Ten miał go przede wszystkim uwiarygodniać, ostentacyjnie podkreślając swoją prorosyjskość oraz niechęć wobec rządzących, formalnie proeuropejskich władz działających pod kontrolą oligarchy.

System prawie idealny

Po objęciu funkcji prezydenta Dodon regularnie zaczął spotyka się z Władimirem Putinem i nie szczędził wysiłków mających na celu zbliżenie, a docelowo włączenie swego kraju do lansowanej przez Rosję Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej. Im bardziej demonstracyjne były gesty Dodona wobec Kremla, tym ostrzej reagował na nie mołdawski rząd. I tak system ten działał przez kolejne miesiące.

Wydawało się, że Dodon nie przejawiał szczególnej chęci do uniezależnienia się od relacji z Plahotniukiem. Osiągnął właściwie wszystko. Sam piastował eksponowane stanowisko, de facto kierował też największym ugrupowaniem w parlamencie. Jednocześnie – jako reprezentant opozycji – nie ponosił odpowiedzialności za sytuację w kraju. Jego status materialny również nie był zły.

Powszechnie spekulowano, że prezydent może być zaangażowany w niektóre schematy korupcyjne prowadzone przez Plahotniuca oraz, że otrzymuje bezpośrednie wsparcie finansowe z Rosji. Do ostatniego zarzutu Dodon zdaje przyznawać się zresztą sam podczas nagrywanej ukrytą kamerą rozmowy z Vladem Plahotniukiem.

W poszukiwaniu patronów i partnerów

Nieformalne porozumienie między socjalistami a demokratami Plahotniuca funkcjonowało właściwie nieprzerwanie od 2016 aż do połowy 2019 roku. Niespodziewanie dla wszystkich zakończyła je w czerwcu ubiegłego roku interwencja Rosji, UE oraz USA. Aktorzy ci – z różnych przyczyn zainteresowani usunięciem Plahotniuka z mołdawskiej sceny politycznej – po wyborach parlamentarnych w lutym 2019 roku zdołali przekonać socjalistów do zawarcia koalicji nie z Demokratami a proeuropejskim blokiem ACUM.

Nie było to zadanie łatwe. Lokalni mołdawscy politycy twierdzą, że Dodon był przerażony perspektywą wypowiedzenia wojny potężnemu oligarsze. Ostatecznie patronat ze strony wielkich graczy międzynarodowych (szczególnie Rosji) zdołał popchnąć mołdawskiego prezydenta do bodaj najodważniejszej decyzji w jego politycznej karierze.

Udało się. Plahotniuc uciekł z kraju i wedle dostępnej dziś wiedzy z uzyskanym przed kilkoma miesiącami tureckim paszportem znajduje się obecnie w Stambule. Socjaliści zaś, po ledwie pięciomiesięcznej, czysto taktycznej i bardzo niewygodnej dla nich koalicji z ugrupowaniami proeuropejskimi powołali pod koniec ubiegłego roku własny rząd przy wsparciu osieroconych przez oligarchę demokratów.

Ryzykowna pozycja

Wraz z odsunięciem od władzy Plahotniuca Dodon po raz pierwszy w swej piętnastoletniej karierze zdołał wywalczyć sobie pozycję głównego gracza w mołdawskiej polityce. Zdaje on sobie jednak sprawę z kruchości swojej pozycji. Nie tylko ma on realne szanse na przegraną z Mają Sandu w II turze niedzielnych wyborów prezydenckich, ale także będzie musiał zmierzyć się w nadchodzących wyborach parlamentarnych nie tylko z proeuropejską opozycją, ale także z rywalizującym z nim ugrupowaniem Renato Usatiego.

Przed II turą wyborów prezydenckich w Mołdawii: Zachód vs Rosja

 

Wiele wskazuje przy tym na to, że obecny prezydent aktywnie szuka sprzymierzeńców zarówno wśród lokalnych elit politycznych (w tym u wciąż posiadającego pewne wpływy w kraju Plahotniuca) jak i już tradycyjnie na Kremlu. Wydaje się więc, że konieczność mniej lub bardziej formalnego podzielenia się władza przez Dodona jest tylko kwestią czasu.

Mołdawia, wbrew wszystkim trudnościom jakie dotykały ten kraj w ciągu trzech dekad jego niepodległego bytu i mimo fascynacji niektórych jej polityków „modelem białoruskim” zdołała uchronić się przed trwałym autorytaryzmem. Choć próby silnej koncentracji władzy w jednym ręku podejmowali zarówno Voronin jak i Plahotniuc to ostatecznie działania te zawsze kończyły się porażką i dojściem do władzy innych (choć niekoniecznie nowych) elit.

Mołdawski model demokracji

Ważną rolę gra w tym fakt, że wyniki przeprowadzanych w Mołdawii wyborów – mimo różnego typu nadużyć i machinacji – są co do zasady szanowane. Niestety, ten specyficzny mołdawski pluralizm ma jednak poważną wadę. Nie wynika on bowiem z istnienia silnej presji oddolnej oraz aktywności społeczeństwa obywatelskiego będącego w stanie wywierać skuteczny nacisk na klasę polityczną, ale ze swoistej równowagi koterii politycznych i biznesowych. Walczące między sobą grupy, niekiedy przy wsparciu z zewnątrz, wchodzą w sytuacyjne sojusze i rywalizują między sobą o wpływy i kontrolę nad aparatem państwowym, co daje im wymierne korzyści, w tym przede wszystkim korzyści finansowe.

Nade wszystko grupy te są zaś zainteresowane wypchnięciem z politycznego mainstreamu i rozegraniem tych sił (jak partia Mai Sandu), które mógłby stanowić faktyczne zagrożenie dla tak funkcjonującego układu. Przykładem tego był krótki żywot koalicji PSRM i ACUM z 2019 roku. W efekcie, choć krajem kierują regularnie różne ekipy to zainteresowane są one nie budową stabilnego i trwałego państwa, a doraźnym zyskiem.

Kamil Całus dla belsat.eu

Autor jest ekspertem Ośrodka Studiów Wschodnich oraz autorem wydanej w tym roku książki „Mołdawia. Państwo niekonieczne”.

Więcej tekstów autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów