Mińsk i Chabarowsk, wspólna sprawa?

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Białorusini nie chcą demokracji w wydaniu Kremla. Tak samo, jak wielu Rosjan. Jedni i drudzy mają przeciw sobie sojusz dwóch autokratów.

Mińsk i Chabarowsk dzieli siedem stref czasowych i tysiące kilometrów. Mińsk i Moskwę już znacznie mniej. Dalekowschodnie, rosyjskie miasto, stolica Rosji i Białorusi są sobie bardzo bliskie w ostatnich dniach. Rosjan i Białorusinów połączyło zmęczenie władzą, która już bez żadnych ograniczeń chce trwać wiecznie. Zirytowały ich te same mechanizmy wyjątkowo brutalnego lekceważenia woli części wyborców. Na Białorusi władza po prostu nie dopuściła do udziału w wyborach trójki kandydatów startujących przeciw rządzącemu od ponad ćwierć wieku prezydentowi. Dwójkę z nich aresztowała.

W Rosji władza zapewniła sukcesję gwarantującemu stabilizację systemu Władimirowi Putinowi w niedawnym referendum. Protesty w Moskwie są właśnie przeciw zmianom w konstytucji zapewniającym Putinowi praktycznie dożywotnie rządy. Na początku lipca służby zatrzymały Siergieja Furgała, gubernatora Kraju Chabarowskiego. To właśnie wywołało gwałtowne i zaskakujące protesty w Chabarowsku. Bunt na Dalekim Wschodzie, w Moskwie i Mińsku ma więc wspólny mianownik.

Wąska szczelina

Siergiej Furgał nie był ani demokratą, ani opozycjonistą. Był za to związany z tzw. nacjonalistyczną Liberalno-Demokratyczną Partią Rosji, LDPR Władimira Żyrinowskiego, czyli przybudówką partii władzy – Jednej Rosji. Wyrastał jednak z lokalnych, chabarowskich elit biznesowych i miał pewnie sporo za uszami. W czasach, kiedy rodził się rosyjski kapitalizm, dwie-trzy dekady temu biznes przeplatał się ze światem przestępczym i stosował nie raz bandyckie metody. Mimo to, kiedy po Furgała przyszło FSB oskarżając go o zlecanie morderstw piętnaście lat temu, w Chabarowsku zawrzało.

Drugi dzień wielotysięcznych manifestacji w Chabarowsku w obronie gubernatora

Władza z dalekiej Moskwy, stolicy położonej na innym kontynencie, uderzyła w miejscowego. Może nie idealnego, ale jednak kogoś, kto zdobył poparcie mieszkańców Chabarowska i był tam bardzo popularny. Chabarowski Kraj w ostatnim referendum dał zresztą do zrozumienia, co myśli o polityce Kremla. Przy znacząco niższej od średniej krajowej frekwencji 41 proc., za zmianami w konstytucji było 71 proc. mieszkańców Kraju Chabarowskiego, przeciw 26 proc. Były to rezultaty gorsze dla Putina, niż w większości regionów. Stąd w czasie protestów po zatrzymaniu gubernatora pojawiła się teoria, że uderzenie w Furgała to zemsta za referendum. Władze poważnie zaniepokoiły się trwającymi już od tygodnia manifestacjami. Rozlały się one na inne miasta regionu. W tej chwili trwają w Chabarowsku i Komsomolsku nad Amurem.

Dziś w nocy do tych miast wjechały kolumny wojska. Prawdopodobnie jest to Gwardia Rosyjska (czyli wojska wewnętrzne), ale niewykluczone, że również jednostki regularnej armii. Skala protestu musi niepokoić Kreml. Nie są to łatwe do dyskredytowania w rządowej propagandzie demonstracje opozycji. Trudno również nazwać obronę polityka LDPR, walką Rosjan o demokrację w takiej postaci, jaką rozumie Europa. Protesty w Chabarowsku to desperacka obrona coraz bardziej zamykanego okienka jakiejkolwiek samodzielności i decyzyjności poza pionowymi strukturami kremlowskiej władzy. Rosjanie na Dalekim Wschodzie walczą o resztki odpowiedzialności za własny los. Bronią polityka z partii pupila Kremla – Władimira Żyrinowskiego, a i tak są pałowani i zatrzymywani. To walka z monopolem władzy totalnej.

Oby nie tak, jak w Rosji

Trwające w różnym natężeniu od wielu tygodni protesty w białoruskich miastach również pokazują desperację. Białorusini poszli za mało znanym do niedawna blogerem Siarhiejem Cichanouskim i dwoma nomenklaturowymi aparatczykami: Wiktarem Babaryką i Walerem Capkałą. Żaden z nich nie jest zapewne spełnieniem marzeń Białorusinów. Nie jest nim również Swiatłana Cichanouskaja, żona Siarhieja. Poparcie dla tej jedynej poważnej kandydatki dopuszczonej na razie do wyborów już wyrazili pozostali, odrzuceni przez władzę kandydaci opozycji. To jedyna możliwość. Desperacka obrona niewielkiej przestrzeni w domykającym się oknie możliwości podejmowania decyzji poza systemem władzy.

Białoruś: Rada Bezpieczeństwa straszy użyciem siły

Być może dlatego władza reaguje tak brutalnie i pacyfikuje protesty. Bo widzi tę desperację. Próbuje dokleić kandydującym przeciw Łukaszence kandydatom łatkę agentów Rosji, wichrzycieli, aferzystów i zagrożenia dla porządku wewnętrznego. Białorusini nie idą za Babaryką dlatego, że chcą by było „jak w Rosji”. Albo dlatego, że chcą, żeby była u nich po prostu Rosja. Przeciwnie. Dobrze widzą co w Rosji się dzieje. I o ile większość z nich nie chce zrywać z Rosją i jest głęboko osadzona w rosyjskiej przestrzeni kulturowej, to na pewno są po tej samej stronie, co protestujący z Chabarowska, a nie po stronie Putina. Bunt przeciw Łukaszence jest naturalnie rozgrywany przez Moskwę i ma na celu pozbawienie go alternatywy wobec integracji z Rosją.

To nie znaczy, że nie jest autentyczny. Moskwa obawia się go w równym stopniu, jak protestów u siebie. Protesty na Białorusi będą korzystne dla Putina, dopóki będą na stosunkowo niewielką skalę i do tego momentu, kiedy będą prowokować Łukaszenkę do ostrej reakcji i stosowania przemocy. Kreml może i ma scenariusz awaryjny na wypadek niekontrolowanej, ulicznej rewolucji po wyborach 9 sierpnia, ale nie chce do niej dopuścić. Rewolucja, zwłaszcza u bliskiego sąsiada, obalająca wieloletni reżim, to coś z najgorszych koszmarów Putina. Dwa razy już to przeżył na Ukrainie. Białoruś byłaby jednak gorszym i bardzo zaraźliwym przypadkiem. Zwłaszcza, że w Rosji trwa właśnie proces dopychania kolanem okna zamykającego ostatnie obszary wolności.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów