Miesiąc białoruskiego przebudzenia. I co dalej?

Michał
Kacewicz
dziennikarz

9 sierpnia na Białorusi odbyły się wybory prezydenckie. Po miesiącu protestów przeciwko ich sfałszowaniu, w kraju zapanowała patowa sytuacja. Obywatele protestują i chcą odejścia Łukaszenki, a władze zmieniły taktykę i liczą na stopniowe zdławienie buntu jesienią.

Białoruskie władze po porwaniu Maryi Kalesnikawej próbowały ją wczoraj w nocy wyrzucić ją z kraju. Do próby doszło na granicy białorusko-ukraińskiej. Kalesnikawa zniszczyła jednak swój paszport i nie dała się wygnać na Ukrainę. Ta próba pokazuje, że białoruskie władze zmierzają do paraliżu działań opozycyjnej instytucji – Rady Koordynacyjnej. Od początku protestów do wyjazdu zmuszona została przecież nie tylko Swiatłana Cichanouskaja, ale i Maryja Maroz, Paweł Łatuszka, Wolha Kawalkowa. To pokazuje, że białoruskie władze od początku chciały pozbawić protest „głowy”.

Jeszcze trudniejsze okazało się spacyfikowanie samych protestów. Stosowana w pierwszych dniach taktyka masowej przemocy zawiodła. Dlatego po przegrupowaniu władza podjęła się innych działań – „krojenia salami”, czyli odkrawania poszczególnych elementów społecznej frustracji, używania kija i marchewki, oraz punktowych ataków. Kij ma postać OMON-u i innych sił bezpieczeństwa. Marchewki na razie za bardzo nie widać, bo Łukaszenki nie stać póki co na rozdawanie jakiś socjalnych profitów. Chyba, że „marchewkę” uznać mgliste obietnice zmian w konstytucji.

Łukaszenka mówi o „poczytalnej” opozycji, Cichanouskaja – że Łukaszenka musi odejść

Walka Białorusinów o wolność trochę zaczyna przypominać batalie z I wojny światowej: po pierwszych, gwałtownych starciach nastąpiła walka pozycyjna. I tak jak tamta, wielka wojna, również ta walka może potrwać tak długo, aż jedna ze zmęczonych stron zacznie popełniać błędy.

Bilans miesiąca

Pierwsze dni po wyborach 9 sierpnia pokazały gigantyczny poziom frustracji Białorusinów. Na ulice miast, ale i małych miasteczek wychodziły tysiące ludzi oburzonych ogłoszonym przez władze wynikiem wyborów (80,1 proc. dla Łukaszenki, 10,1 dla Cichanouskiej). Władze początkowo spróbowały mocnego uderzenia w protesty. Liczyły na szybką pacyfikację i zastraszenie już w pierwszych godzinach i dniach po wyborach. Czyli zastosowanie taktyki, jak w poprzednich latach.

Dodatkowo KGB zatrzymało i zmusiło do wyjazdu na Litwę Swiatłanę Cichanouską i Maryję Maroz, szefową sztabu wyborczego opozycyjnej kandydatki. We wtorek 11 sierpnia opublikowane były nagrania – apele Cichanouskiej o spokój i zaprzestanie protestów. Ewidentnie nagrane pod presją.

Wiceszef ukraińskiego MSW: Maryja Kalesnikawa nie pozwoliła wyrzucić się z kraju

Mocne uderzenie w uliczne protesty, brutalność sił bezpieczeństwa plus eliminacja z kraju Cichanouskiej zdaniem władz miały zdusić białoruski bunt. Były to błędne kalkulacje. Stało się inaczej. Białorusini nie tylko nie uwierzyli w wymuszony siłą wyjazd swojej kandydatki, ale i wzburzyli się jeszcze bardziej festiwalem przemocy. Wciąż wychodzili na ulice, a w dużych zakładach pracy rozpoczęli strajki.

Wydawało się, że tu i ówdzie monolit władzy pęka. Głośny stał się strajk pracowników rządowej telewizji, nieliczne przypadki odmowy udziału w pacyfikacjach ze strony milicjantów. Po stronie sprzeciwu opowiedział się Paweł Łatuszka, były łukaszenkowski dyplomata i urzędnik. Popłynęły słowa jednoznacznego wsparcia dla domagających się demokracji Białorusinów z Polski i Litwy (i to bardzo szybko, bo już w powyborczy wieczór).

„Sprawa jest przesądzona”. Łatuszka i Kawalkowa o upadku reżimu Łukaszenki

Warszawa i Wilno równie szybko zaczęły „budzić” Unię Europejską, by podjąć zdecydowane działania wobec reżimu Łukaszenki i zatrzymać przemoc. Wydawało się, że reżim znalazł się w defensywie. Zwłaszcza, że pojawiły się objawy paniki, a nawet histerii. Bo tylko tak można było interpretować wrzucane przez służby prasowe Łukaszenki filmiki i zdjęcia prezydenta z bronią automatyczną, w towarzystwie uzbrojonego i ubranego w szyty na miarę mundurek „specjalsa” szesnastoletniego syna, Koli. Pokazowe pogadanki prezydenta z ochraniającymi budynki rządowe OMON-owcami i słowa, że wybory już się odbyły i nigdy się nie podda – to był element zastraszania, ale też pokaz desperacji.

Łukaszenka przyleciał z automatem do protestujących

Równocześnie na ulicach zapanował festiwal względnej swobody. Protesty nie były pacyfikowane. Głównie dlatego, że były po pierwsze liczne, po drugie wyjątkowo pokojowe i z licznym (lub czasem wyłącznym) udziałem kobiet, co paraliżowało działania milicji.

Na przełomie sierpnia i września władza przeszła do ofensywy. Nie takiej jak na początku. Tym razem represje stały się punktowe. Siły bezpieczeństwa zaczęły testować rozwiązania, które mogą wprowadzić na szerszą skalę w najbliższym czasie. Takie, jak blokada informacyjna. Zatrzymywani byli dziennikarze z akredytacjami i ci z niezależnych mediów (w tym z Biełsatu). Co ważne, zatrzymań, podobnie jak ataków na wybranych z tłumu demonstrantów, dokonują na masową skalę zamaskowani i nie oznakowani ludzie.

Szef MSW: białoruska milicja jest najbardziej humanitarna na świecie

Ze strony władz to nowa taktyka. Ma po pierwsze wzbudzić dezorganizację i zwiększyć niepewność i chaos. Jest też testem prowokacji. Władze mogą się w pewnym momencie odciąć od „tituszków” i stwierdzić, że na ulicach rozrabia opozycja. W dodatku używanie zamaskowanych, ubranych po cywilnemu ludzi może zwiększyć prawdopodobieństwo wprowadzenia na białoruskie ulice Rosjan. Takie umowne „czarne” bądź „dresowe” ludziki będą trudne do zidentyfikowania i w odróżnieniu od białoruskich milicjantów nie będą mieć żądnych skrupułów w stosowaniu przemocy.

Krojenie salami

Białoruski prezydent w dniach największego kryzysu wyraźnie czekał na jedno. Na wsparcie z Rosji. Niby je otrzymał dość szybko w postaci uznania wyniku wyborów przez Władimira Putina, ale potrzebował bardziej stanowczych deklaracji. Przełomowy był 3 września, kiedy Mińsk odwiedził rosyjski premier Michaił Miszustin. Wcześniej w Moskwie szef białoruskiego MSZ Uładzimir Makiej spotkał się z Siergiejem Ławrowem. Spotkania te były przygotowaniem do kluczowej rozmowy „na szczycie” Łukaszenka-Putin.

Ma do niej dość we wrześniu na Kremlu. Białoruski prezydent bardzo liczył na takie wsparcie. Tak bardzo, że zaskoczył rosyjskiego premiera opowiadając przy nim, wyglądającą na nie uzgodnioną z Rosjanami, historię o rzekomej, przechwyconej przez białoruskie służby rozmowie między Warszawą a Berlinem. Miała ona świadczyć o tym, że Zachód spreparował dowody otrucia Aleksieja Nawalnego substancją Nowiczok.

Jak Nick i Mike rozbawili internautów. Reakcje na „przechwyconą rozmowę Berlina z Warszawą”

Puszczone potem w białoruskiej telewizji nagranie okazało się jednak humbugiem, tak nieudolną manipulacją, że stało się jedynie przyczyną drwin. Rosja może zaoferować Łukaszence nie tylko demonstracyjne spotkania, kiedy cały świat zachodni straszy go sankcjami. Putin może dać białoruskiemu prezydentowi pomoc finansową i gospodarczą, ale także know-how w walce z opozycją. Ponadto, potencjalną pomoc pod postacią wspomnianych wcześniej „czarnych ludzików”.

Niemniej istotne jest czysto wizerunkowe wsparcie na arenie międzynarodowej. Kiedy Swiatłana Cichanouskaja występuje przed Radą Bezpieczeństwa ONZ, albo spotyka się z politykami z Europy i USA, Łukaszenka jest osamotniony międzynarodowo. Pozostał mu tylko Władimir Putin. To nie jest wcale tak mało – przynajmniej w ramach świata, który narysował sobie i Białorusinom przez ostatnie ponad ćwierć wieku. Tyle, że Białorusini chcą właśnie z tego świata uciec. Wiele wskazuje na to, że ich ucieczka będzie okupiona dłużej trwającą walką.

Swiatłana Cichanouskaja w Warszawie ON-LINE

Michał Kacewicz/belsat.eu

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów