Kto weźmie ukraiński czarnoziem?

Na Ukrainie trwa dyskusja o reformie rolnej. Władza zmienia projekt ustawy, ale i tak zostawia furtkę pozwalającą oligarchom budować latyfundia.

Lider parlamentarnej frakcji Sługa Narodu Dawid Arachamia ujawnił kilka dni temu, że parlament zajmie się reformą rynku ziemi na początku lutego. Ukraińska Rada Najwyższa ma głosować (i najprawdopodobniej go przyjąć) w drugim czytaniu nad tzw. ustawą nr. 2178-10 o obrocie ziemią rolną. Jest ona sztandarową reformą Wołodymyra Zełenskiego. Ma zliberalizować rynek i dać możliwość zakupu ziemi uprawnej. Do tej pory obowiązuje moratorium zakazujące zakupu. Należy ona do państwa i jest jedynie dzierżawiona przez duże, oligarchiczne koncerny rolno-spożywcze.

Reforma ma jednak przeciwników i jest ostro krytykowana przez opozycję. Stała się przyczyną awantury w samym obozie władzy. Od czasu przegłosowania pierwszej wersji ustawy w listopadzie deputowani wnieśli do niej 4,5 tys. poprawek i zmienili jej sens. Nadchodząca batalia w parlamencie będzie gorąca i w najbliższych tygodniach stanie się, obok dyskusji o statusie Donbasu, głównym tematem politycznym na Ukrainie

Latyfundyści

Według pierwszej wersji projektu reformy w jednym ręku mogło się znaleźć nawet 200 tys. hektarów ziemi. Limit ten wywołał jednak protesty i oburzenie Ukraińców. Jasne było, że możliwość zakupu tak ogromnego areału oznacza, że ziemia zostanie wykupiona przez oligarchów. I to po bardzo korzystnych cenach. Spowoduje skupienie własności rolnej na Ukrainie w rękach kilku-kilkunastu rodzin.

Ołeksij Honczaruk i Wołodymyr Zełenski. Zdj. president.gov.ua

Na Ukrainie znajduje się 33 mln. hektarów gruntów rolnych. Niemal jedna trzecia gruntów to bardzo wysokiej klasy czarnoziemy. Rolnictwo na Ukrainie ma jednak problemy. Nie tyle ze względu na brak inwestycji, co niejasną sytuację prawną. Przedłużane co kilka lat moratorium na sprzedaż ziemi powoduje, że jedyną możliwością zagospodarowania ziemi jest kilkuletnia (nawet 10-15 letnia) dzierżawa. W przypadku dużych koncernów oligarchów zgoda państwa na dzierżawę warunkowana jest ich aktualną pozycją polityczną. Powoduje to, że nie mając pewności co do przyszłości dzierżawionej ziemi, stosują bardzo eksploatujące grunty technologie rolne. Często dochodzi do jej wyjaławiania.

Konflikt w Yad Vashem: Putin mówi, Zełenski milczy, Dudy nie ma

Kolejne ukraińskie władze widziały problem z ziemią i dostrzegały, że to okazja do wzbogacenia dla budżetu państwa. Ale jednocześnie z wygody, a również dzięki układom korupcyjnym tkwiły w symbiozie z oligarchią i koncernami dzierżawiącymi grunty. Petro Poroszenko już w trakcie ostatniej kampanii wyborczej w 2019 r. mówił, że trzeba uwolnić rynek ziemi. Było już za późno. Temat reformy sprawnie przejął jego następca, Wołodymyr Zełenski. Nowy prezydent miał jednak ten sam problem, co jego poprzednicy: opór społeczny. Jeszcze na początku jego prezydentury w czerwcu ubiegłego roku wg. badań grupy Rejtynh aż 73 proc. Ukraińców było przeciw wolnej sprzedaży ziemi.

Ich obawy są proste: ziemię wykupią oligarchowie. Część z nich odsprzeda ją wielkim koncernom spożywczym z USA, UE, Chin, czy krajów arabskich. A może nawet z Rosji. Już teraz, w warunkach dzierżawy, sto największych koncernów kontroluje 6,6 mln hektarów. Ukraińcy słusznie obawiali się, że powstaną wielkie latyfundia i ziemia, ukraińskie bogactwo narodowe, stanie się ostatnim cennym łupem oligarchii albo obcokrajowców. Wg. badań przeprowadzonych w styczniu przez think tank EasyBusiness 92 proc. badanych rolników nie jest ogólnie przeciw reformie rolnej. Tylu rolników chciałoby rozporządzać własną, a nie dzierżawioną od państwa ziemią. Ale z drugiej strony dla prawie połowy z nich ważne jest, czy ziemię kupuje Ukrainiec, czy obcokrajowiec. A aż 86 proc. nie chciałby sprzedać własnej ziemi niezależnie od oferowanej im ceny.

Miliardy za hektary

Tyle, że na Ukrainie prawdziwych rolników jest dramatycznie mało. Zaledwie 46 tys. To kilkanaście razy mniej niż w krajach UE. Kwestia rynku rolnego nie wywołuje też na razie dużych emocji społecznych. Owszem, Ukraińcy są przywiązani do ziemi, jako bogactwa narodowego, wielu ma wiejskie korzenie, ale awantura o reformę jest dla nich niejasna. No i wierzą w zapewnienia władzy, że sprzedaż ziemi przyniesie ogromne profity.

Ekipa prezydenta i lobbyści oligarchów, zagranicznych koncernów rzucili na stół hasło: Ukraina zarobi miliardy. Początkowo była mowa o 5 mld. USD, potem 10 mld. Taką kwotę wymienia np. Giovanni Salvetti, ekspert z grupy bankowej Rothschild. Eksperci i lobbyści międzynarodowych grup kapitałowych i rodzimych oligarchów przekonują, że Ukraina zyska dzięki sprzedaży ziemi gigantyczny kapitał na rozwój kraju. Ludzie Zełenskiego tłumaczą, że każdy Ukrainiec zarobi na sprzedaży ziemi. Choć na razie nie wiadomo, jaka będzie ustalona cena minimalna hektara (tak, by uniknąć spekulacji) . Trudno więc ocenić ile zarobi budżet. Wsparcie przyszło również z Brukseli.

– Z niecierpliwością oczekujemy zakończenia zapowiadanej przez ukraiński rząd reformy rolnej – powiedział przedwczoraj Valdis Dombrovskis, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej. UE obiecała dofinansowanie dla przyszłego systemu kontroli areałów ziemi na Ukrainie.

Ekipa Zełenskiego przez ostatnie dwa miesiące poważnie pozmieniała dotychczasowy projekt ustawy. Tak, aby maksymalnie obniżyć społeczne emocje. Obecny projekt zezwala na zakup do 10 tys. hektarów przez jedną osobę. Prawo przewiduje, że niezależnie od ilości spółek zarejestrowanych na jedną osobę, nie będzie mogła ona władać na Ukrainie większym areałem niż 10 tys. ha.

– Jeśli przedsiębiorca już ma 8800 hektarów, to będzie mógł dokupić tylko do wysokości limitu, czyli 1200 hektarów i nic więcej – tłumaczy na swoim profilu na Facebooku Ołeksij Muszak, doradca premiera ds. reformy rolnej.

To duża zmiana, bo pierwsza wersja mówiła o 200 tys. ha. W dodatku w pierwszej wersji zezwalano na sprzedaż ziemi obcokrajowcom (firmom), pod warunkiem, że mają pięcioletnie doświadczenie w branży rolnej. W praktyce taki zapis słabo chroniłby Ukrainę przed spekulantami (i np. zakładanymi tylko dla handlu ziemią spółkami rodzimych oligarchów, bo wiele z nich od lat ma firmy rolno-spożywcze działające poza Ukrainą, jak np. holding Kernel notowany na warszawskiej giełdzie). Pozwalałby budować latyfundia.

https://belsat.eu/pl/news/o-planach-na-pierwsze-sto-dni-nowego-prezydenta-mowi-doradca-wolodymyra-zelenskiego/

Dlatego w obecnym projekcie zgoda na sprzedaż obcokrajowcom będzie uwarunkowana ogólnonarodowym referendum. Problem polega na tym, że na razie w ukraińskim prawie nie ma możliwości przeprowadzenia referendum. Nowy projekt zostawia też kilka furtek dla koncentracji latyfundiów. Np. pozwala przejmować bankom zadłużoną ziemię bez limitu. Głosowania zaczną się już w najbliższy wtorek. I będzie na pewno gorąco. Chodzi przecież o ostatni, wielki skarb narodowy. A w nim każda z liczących się sił politycznych chce mieć przecież udział.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Wiadomości