Ekspert: Łukaszenka wydaje dwa razy więcej na wewnętrzne struktury siłowe niż na obronę WYWIAD

Od półtora miesiąca Białorusini wychodzą masowo na ulice swoich miast, aby wyrazić sprzeciw wobec sfałszowanych wyborów i brutalności organów ścigania. W ten weekend zapewne dojdzie do tego także oburzenie tajnym zaprzysiężeniem Alaksandra Łukaszenki. Kto walczy z Białorusinami bezpośrednio na ulicach, kto pacyfikuje demonstracje. O to Belsat.eu zapytał eksperta Ośrodka Studiów Wschodnich Piotra Żochowskiego.

Protestujących biją i zatrzymują umundurowani oraz tajniacy. Mińsk, okolice stacji metra Niamiha. 23 września 2020 r. Alisa Hanczar/ belsat.eu

– Jakie siły widzimy na ulicach białoruskich miast w czasie demonstracji?

– Główną pięścią uderzeniową Alaksandra Łukaszenki, którą może wykorzystać w stosunku do demonstrantów, są siły Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W ich skład wchodzi OMON, czyli oddziały specjalne milicji, wyszkolone i przystosowane do blokowania i rozpędzania demonstracji. To nie są siły duże, ale duża liczebność nie jest potrzebna jeżeli chodzi o działania, które mają utrudnić demonstrantom poruszanie się po mieście, czy punktowo rozbijać demonstracje. One są dobrze wyposażone, działają z dużą determinacją, używając środków przymusu bezpośredniego, ale również broni gładkolufowej z kulami gumowymi, granatów hukowych i zapór mających utrudnić ludziom poruszanie się.

– Czy wiemy, jaka jest ich liczebność?

– To są różne szacunki, dlatego że na Białorusi utajnia się konsekwentnie liczebność struktur siłowych, a szczególnie wewnątrz jakiegoś resortu. Możemy szacować, że w Mińsku OMON liczy 1500 – 2000 funkcjonariuszy. To wystarczy, aby skutecznie przeciwdziałać demonstrantom. Ale nie wystarcza na pacyfikację.

– Ale na ulicach działa nie tylko OMON…

– Tak, to nie wszystko. Gdy demonstracje zaczęły się nasilać, ich liczebność wzrastać, Alaksandr Łukaszenka nie wydał rozkazu ich brutalnej pacyfikacji bo to by spowodowało jeszcze większy gniew społeczeństwa, ale użył wojsk wewnętrznych. W całym kraju jest około 14 tysięcy zawodowych żołnierzy MSW. Oni są dobrze wyposażeni, mają ciężki sprzęt, na przykład transportery opancerzone. Są przygotowani do wykonywania zadań specjalnych, nie tylko związanych z zapewnieniem porządku w kraju, ale też są pewnym zapleczem sił zbrojnych. I to jest taka pięść reżimu, która jest wprowadzana w przypadku naprawdę dużej destabilizacji sytuacji w mieście.

Rosyjscy żołnierze wracają z Białorusi

– Wielokrotnie straszono także użyciem zwykłej armii. Chyba nie brała ona jednak udziału w aktywnych działaniach?

– Armia białoruska łącznie z osobami cywilnymi to jest około 42 tysięcy ludzi. Część z nich to żołnierze zawodowi, a część to poborowi. Ryzyko wyprowadzenia poborowych jest zbyt duże, żeby je podejmować, część może odmówić wykonania rozkazów. Jednostki są rozmieszczone wokół stolicy i większych miast obwodowych.

Łukaszenka zaprezentował gotowość do wprowadzenia wojska do miasta, ale w sposób nieagresywny. To znaczy żołnierze weszli do Mińska i zaczęli obstawiać obelisk upamiętniający wielką wojnę ojczyźnianą w celu niedopuszczenia zbierających się w okolicy demonstrantów. Żołnierze nie używali siły, po prostu byli i demonstrowali swoją obecność, przez Mińsk przejechały bojowe wozy piechoty.

Ocenialiśmy w OSW, że do stolicy wprowadzono jeden batalion. Podobne komunikaty można było usłyszeć ze strony władz w Brześciu, czy Grodnie, ale tam doszło raczej do koncentracji sił wokół miast i raczej chodziło o demonstracje siły na zachodniej granicy. Był to komunikat wobec NATO, że Białoruś i armia białoruska, przy wsparciu potem Rosji, nie dopuści do ingerencji Zachodu na Białorusi.

– Warto chyba przypomnieć, że polityka reżimu wobec demonstrantów zmieniała się. Najpierw mieliśmy brutalną pacyfikację, a później, właściwie do teraz, są to punktowe uderzenia mające charakter niewielkiej eskalacji.

– Pierwsze dni, 9-11 sierpnia, świadczyły o tym, że Łukaszenka wydał rozkaz dosyć brutalnego rozwiązania siłowego. Ludzie mieli być poturbowani, zatrzymani i osadzeni w aresztach. Miało to objąć duże grupy społeczne. Po kilku dniach, ośrodek decyzyjny sobie uświadomił, że nawet te brutalne represje nie przyniosły oczekiwanych efektów. Protesty się nie skończyły, a gniew społeczny zaczął wzrastać. Potem przez tydzień panowała cisza, organy porządkowe zniknęły z ulic, ludzie manifestowali. Teraz Łukaszenka nie decyduje się na powrót do tych działań, które były w pierwszych dniach po wyborach.

– Dlaczego nie widzimy zdecydowanych działań służb porządkowych?

– Protesty są pokojowe. Nie ma sensu użycie siły wobec demonstrantów, którzy chodzą po mieście, formują kolumny, przemieszczają się, ale nie ma radykalizacji. Oni podchodzą do kordonów OMONu, porozmawiają, wycofują się, nie wykazują agresywnych zachowań. Nie ma pretekstu żeby uderzyć. Użycie siły w nadmiernej skali, mającej rozbić kilkudziesięciotysięczną manifestacją, byłoby kontrproduktywne. W ogóle uważam, że to oznaczałoby wojnę uliczną w Mińsku. Dla reżimu to niczego by nie rozwiązało, a tylko wzmogło protesty.

Pokojowy protest 23 września w Mińsku, zdj.: Biełsat

Zastosowano inną praktykę: protesty trwają, co niedziela duże grupy ludzi formują kolumny, a organy porządkowe obstawiają miasto, wręcz sterują przemarszem kolumny. Podczas demonstracji dochodzi do incydentów, pojedynczych zatrzymań, nie ma skoncentrowanego uderzenia. Za to gdy demonstracja się kończy, rozchodzi się, zaczyna się polowanie na protestujących, czyli pojedyncze grupy funkcjonariuszy zatrzymują prawdopodobnie wytypowanych wcześniej, podczas obserwacji manifestacji, najbardziej aktywnych uczestników. To jest skala kilkuset osób.

– Reżim się wycofuje? Bierze demonstrantów na przeczekanie?

– Reżim się nie wycofuje, ale stosuje metodę dokręcania śruby po jednym gwincie co tydzień. Widzimy stopniowy wzrost represyjności, ale on nie jest gwałtowny. W czwartek prokuratura zapowiedziała wyłapywanie blogerów i zaostrzenie kar administracyjnych dla osób, które chodzą na protesty z dziećmi, grozi się odebraniem dzieci. To jest przemyślana strategia punktowego zastraszania społeczeństwa. Na wyższych uczelniach pojawiają się milicjanci, funkcjonariusze służb przeprowadzający rozmowy profilaktyczne. Podobnie jest w zakładach pracy, tam trwa cały czas presja zewnętrzna żeby ludzi złamać, żeby nie decydowali się na protesty.

Białoruskie władze: żaden uczestnik protestów nie pozostanie bezkarny

– Nie wspomnieliśmy o jeszcze jednej grupie, która pojawia się na ulicach. Są to funkcjonariusze bez jakichkolwiek oznaczeń. Kim oni są?

– Oni są ubrani po cywilnemu, mają pałki, są to ludzie młodzi i w średnim wieku. Na Białorusi nie ma takich struktur, jak ORMO w PRL. Pojawienie się tych ludzi oznacza, że MSW zdecydowało się uruchomić swoje rezerwy, byłych funkcjonariuszy, którzy są już na emeryturach. Na Białorusi są organizacje weteranów. Płk Pawluczenko, który był oskarżany o udział w zabójstwach politycznych pod koniec lat 90. jest szefem jednej z nich, o nazwie Honor. W momencie kryzysu angażuje się ludzi, którzy nie są czynnymi funkcjonariuszami, ale są nadal związani z resortem.

W pacyfikacjach uczestniczą też ubrani po cywilnemu funkcjonariusze Głównego Zarząd ds. Walki z Przestępczością Zorganizowaną i Korupcją [GUBAZIK – przyp. red.]. To świadczy o tym, że mobilizuje się już wszystkie struktury MSW, również policyjne.

Pamiętajmy też, że Władimir Putin zaoferował pomoc jednostek policyjnych Alaksandrowi Łukaszence i jeśliby naprawdę zabrakło sił, być może, we wschodnich obwodach Białorusi zobaczylibyśmy rosyjski OMON, wchodzący obecnie w skład Gwardii Narodowej.

Wielka Brytania, USA i Kanada zapowiedziały sankcje przeciwko ludziom Łukaszenki

– Pojawia się teraz kluczowe pytanie. Ile kosztuje utrzymanie tych sił porządkowych na Białorusi?

– Fenomenem Białorusi jest to, że w odróżnieniu od każdego innego kraju, wydatki na bezpieczeństwo wewnętrzne państwa są większe niż na obronność. Na armię, nie licząc wsparcia Moskwy, budżet białoruski w zeszłym roku wydał około 620 milionów dolarów. Na sektor bezpieczeństwa: prokuraturę, MSW, KGB i inne niemal dwa razy więcej, czyli 2,2% PKB.

– Czy pana zdaniem teraz te wydatki wzrosły?

Patrząc na te służby w działaniu, to są one bardzo dobrze wyposażone i wyszkolone. Porównując na przykład OMON w 2010 i 2020, to widać duży postęp. Musiano w to dużo zainwestować. Biorąc pod uwagę podwyżki pensji, nie sądzę, żeby dodrukowanie pieniędzy było dużym problemem. Pytanie tylko, na ile i jak długo reżim jest w stanie utrzymać te organy w dobrym stanie. Chodzi nie tylko o pensje, ale też amunicję, wymianę sprzętu, umundurowania itp.

W środę przeciwko demonstrantom wysłąno importowane armatki wodne. Pojazdy są produkowane w Zjednoczonych Emiratach Arabskach na kanadyjskiej licencji. Zdjęcie: belsat.eu

– A jak jest z wytrzymałością psychiczną samych OMONowców? Publikowane są ich zdjęcia, nazwiska, czasem nawet adresy zamieszkania. Czy ta presja psychiczna może przynieść jakiś efekt?

– Powstanie cyberpartyzantki na Białorusi, bo to ona jest za to odpowiedzialna, jest wydarzeniem historycznym. W tym kraju istnieje bardzo silna branża IT, która dawała duże dochody do budżetu państwa. Na początku protestów okazało się, że większość tych ludzi jest przeciwko Łukaszence. Zaczęli wyjeżdżać, ale też podejmować działania w sieci, które mają utrudnić życie reżimowi. Zaczęło się od blokowania niektórych stron państwowych, między innymi, MSW, urzędów podatkowych. W najbliższym czasie na pewno zobaczymy wiele innych takich działań.

Cyberpartyzanci zaczęli też stosować technologię identyfikowania funkcjonariuszy, którzy są zaangażowani w brutalne działania przeciwko społeczeństwu. Są robione zdjęcia podczas ich działań, zdzierane kominiarki, ale nie tylko fizycznie, ale też wirtualnie. Cyberpartyzanci wykorzystują oprogramowanie identyfikujące dane biometryczne i porównujące zdjęcia z zakrytą twarzą i bez.

To jest trudne bo teraz wielu funkcjonariuszy usuwa swoje zdjęcia z portali społecznościowych. Ale tu chodzi nawet nie o skuteczność, nawet jeśli ona jest niska. To jest bardzo ciekawa taktyka stopniowego zachwiania morale struktur siłowych. To, że ci ludzie noszą kominiarki, boją się identyfikacji, to jest manewr, który można wpisać jako działania psychologiczne. Kluczowe jest jednak to, czy funkcjonariusze mają przekonanie, że reżim jest stabilny, skuteczny i nie ma szans na przegraną. Dopóki ono będzie, oni będą trwać.

Kultura białoruskiego sprzeciwu: milicyjne więźniarki i pałki stają się częścią sztuki ulicznej

Z Piotrem Żochowskim z OSW rozmawiał Piotr Pogorzelski

belsat.eu

Wiadomości