Czy Łukaszenka szykuje się na ostateczną bitwę?

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Pozamykane granice Białorusi, sąsiedzi zajęci swoimi problemami, a Ameryka wyborami. Z perspektywy Łukaszenki to idealny moment, żeby ostro uderzyć w protesty.

Wczoraj po południu Białoruś zamknęła swoje granice lądowe z Polską, Litwą i Łotwą oraz z Ukrainą. Na razie dostać się można na Białoruś drogą lotniczą, przez lotnisko w Mińsku. Służby graniczne przez długi czas nie potrafiły uzasadnić zamkniętych przejść granicznych i faktu, że nie wpuszczają do kraju nie tylko obcokrajowców, ale i obywateli białoruskich. Tych ostatnich w końcu zaczęto wpuszczać – też do końca nie wiadomo, na jakiej podstawie i dlaczego przez kilka godzin nie chciano tego robić. Wszystko to działo się na tle absurdalnych oskarżeń, że przy granicy, po polskiej stronie gromadzą się jakieś bojówki.

Białoruś zamknęła granice

Wcześniej sam Alaksandr Łukaszenka kpił, że w Polsce trwają protesty z powodu sfałszowanych wyborów prezydenckich. O ile kuriozalne opinie białoruskiego prezydenta są tylko oderwaną od faktów złośliwością, to już interpretacja zamknięcia granic ma większe znaczenie.

Wydany wreszcie przez władze w Mińsku komunikat uzasadniał zamknięcie granic zagrożeniem pandemicznym. Sytuacja w Polsce rzeczywiście jest dramatyczna – dzisiejszy rekord zakażeń to już ponad 21 tys. przypadków. Zła jest również na Litwie, Łotwie i Ukrainie. Trudno jednak uwierzyć, by akurat zagrożenie koronawirusowe zza granicy stało się przedmiotem szczególnej troski władzy Alaksandra Łukaszenki. Zwłaszcza, że np. granicy z Rosją, gdzie notuje się ponad 17 tys. zakażeń dziennie, nie zamknięto. Koronawirus stał się po prostu jednym z pretekstów, by białoruskie władze przystąpiły do listopadowej kontrofensywy.

Odwrócona uwaga

Jeśli spojrzeć na dynamikę wydarzeń ostatnich dni i to, co się będzie działo w kolejnych, to widać, że Łukaszence otwiera się okienko możliwości. Ma okazję, by uderzyć w białoruskie protesty przy maksymalnie odwróconej uwadze świata. Wtedy, kiedy rządzący w Europie i Ameryce zajęci są własnymi, poważnymi sprawami.

W Polsce trwają protesty wywołane decyzją trybunału konstytucyjnego w sprawie aborcji . W dodatku sytuacja pandemiczna jest coraz gorsza i rząd zajęty jest walką z koronawirusem i wprowadzaniem kolejnych ograniczeń.

Na Litwie, drugim kraju poważnie zainteresowanym i zaangażowanym na Białorusi, dopiero co odbyły się wybory parlamentarne i jest moment przesilenia. Ugrupowanie zaangażowanego w sprawy białoruskie ministra spraw zagranicznych Linasa Linkievičiusa przegrało wybory, a on sam jest właściwie w okresie schyłkowym zarządzania dyplomacją litewską.

Na Ukrainie zaś trwa potężna awantura o decyzję sądu konstytucyjnego w sprawie organów antykorupcyjnych. Zaczynają się protesty, a prezydent Wołodymyr Zełenski i jego administracja będą zajęci w najbliższych dniach gaszeniem tego pożaru i walką z sądem konstytucyjnym.

Prezes ukraińskiego Sądu Konstytucyjnego: prezydent dąży do przewrotu konstytucyjnego

Jeśli spojrzeć dalej, to mamy Unię Europejską, w której kluczowe państwa zajęte są drugą, groźniejszą falą pandemii. Francję uderzoną dodatkowo zamachami terrorystycznymi i skupioną na nowym lockdownie. Brukselę, w której unijne instytucje na gwałt szukają planów ratunkowych dla tonących gospodarek.

I wreszcie USA przed wyborami 3 listopada zamarłe w wyczekiwaniu na kluczowy werdykt w amerykańskiej demokracji. Właśnie w USA temat białoruski nieoczekiwanie znalazł się w ostatnich dniach w agendzie kampanii wyborczej. Najpierw za sprawą zaskakującej rozmowy telefonicznej Mike’a Pompeo z Alaksandrem Łukaszenką.

Łukaszenka rozmawiał z Waszyngtonem

A potem deklaracji Joe Bidena, że należy zwiększyć sankcje przeciw Białorusi. To jeszcze nie znaczy, że uwaga Waszyngtonu skupiona jest na Mińsku. Mimo, że amerykańska dyplomacja wbrew pozorom potrafi zachowywać ciągłość swojej polityki nawet wobec zmian w administracji, to trudno się spodziewać by działała zdecydowania w dniu wyborów i okresie tuż po nich. I to niezależnie od wyniku samych wyborów.

Okno możliwości

Alaksandr Łukaszenka i jego doradcy doskonale o tym wiedzą, że właśnie teraz pandemia, kalendarze wyborcze i kryzysy polityczne odwróciły uwagę od Białorusi. Oczywiście taka sytuacja nie będzie trwać wiecznie. Białoruski prezydent nie jest jednak strategiem planującym z dużym wyprzedzeniem. Dla niego liczy się perspektywa tygodnia, może dwóch. Kieruje się krótkowzroczną zasadą „problemy jutra rozwiązuje się jutro”.

Dlatego nie będzie się dziś martwił tym, że kiedy świat rozwiąże swoje problemy, przyjdzie czas na zajęcie się Białorusią. Posypią się sankcje i wzmoże presja na Mińsk. Dziś Łukaszenkę mało to interesuje. Teraz istotne jest to, że w ciągu najbliższych kilku dni pojawiła się możliwość uderzenia na ruch protestu, przy potencjalnie najmniejszych konsekwencjach międzynarodowych.

Karbalewicz: Rosja popycha Łukaszenkę w kierunku przekazania władzy

W ostatnich dniach właśnie to robił. Temu służy potęgująca się presja na protestujących i strajki. Kolejne groźby i zastraszanie. I rotacje w strukturach siłowych. Np. ostatnia zamiana ministra spraw wewnętrznych Juryja Karajewa. Nowym ministrem został dotychczasowy szef mińskiej milicji, Iwan Kubrakou. Karajeu, który piastował urząd szefa MSW od ponad roku, nie zniknął. Został prezydenckim pełnomocnikiem na Grodzieńszczyźnie.

Tego typu przetasowania są normą w łukaszenkowskim systemie władzy. Tym razem mają dodatkowe przyczyny. Po pierwsze Łukaszenka chce, by poszerzał się krąg osób wprost odpowiedzialnych za represje. W ten sposób konsoliduje swoich pretorian.

Po drugie, rotacje (bo nie ma wątpliwości, że w tym systemie wymiana ministra pociągnie za sobą zmiany na etatach dowódców niższych szczebli), ma za zadanie dyscyplinowanie generałów i pokazywanie im, że nie ma ludzi niezastąpionych. Dodatkową rolę gra strach Łukaszenki przed wpływami rosyjskimi i sytuacją w której najwierniejsi pretorianie okazaliby się bardziej lojalni wobec Kremla, niż swojego wodza.

Łukaszenka wymienia szefa MSW – Osetyńca na Białorusina

 

Dlatego stawiając wszystko na jedną kartę i próbując zakończyć protesty masowymi represjami na dużą skalę, Łukaszenka będzie ryzykował. Jeśli nie uda mu się zakończyć fali protestów, to nawet najwierniejsi pretorianie zaczną się nerwowo rozglądać i wątpić w pomysły wodza. Wtedy nie pomogą nawet cotygodniowe zmiany personalne.

Pobłażliwości trudno oczekiwać i z tej strony, która teraz jest zajęta swoimi problemami. Jeśli białoruski prezydent postara się wykorzystać „okno”, jakie mu dały wydarzenia na świecie, to po jego zamknięciu Europa i Ameryka zaczną zadawać przecież pytania. Na krótką pamięć sąsiadów Białorusi nie ma co liczyć.

Konfabulacje Łukaszenki: żenujące, ale niebezpieczne

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów