Co się stanie po 9 sierpnia? Powyborcze scenariusze dla Białorusi

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Od emocji Łukaszenki, nerwów Cichanouskiej i nadziei Białorusinów zależy, który scenariusz spełni się w przyszłym tygodniu. Każdy z nich będzie miał ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa Europy.

Wygłoszone we wtorek orędzie Alaksandra Łukaszenki było sygnałem. Tuż po nim okres poluzowania i zgody na w miarę swobodną, jak na białoruskie warunki, kampanię wyborczą się skończył. Władze zaczęły blokować wiece Swiatłany Cichanouskiej pod pretekstem robót budowlanych, czy naprędce organizowanych koncertów. Zaczęły się łapanki zbierających się przeciwników prezydenta i sztabowców Cichanouskiej. W ten sposób białoruskie władze rozpoczęły przygotowania do realizacji scenariusza pacyfikacji prawdopodobnych, powyborczych protestów. Teraz potrzebować będą jedynie „casus belli”, czyli pretekstu do uderzenia.

Koparki, myśliwce i OMON – start kontrofensywy Łukaszenki

Scenariusz siłowy

Użycie siły do pacyfikacji powyborczych protestów jest bardzo prawdopodobne. Do tego prowadzi logika prowadzonej przez Łukaszenkę kampanii. Jest ona tak naprawdę scenariuszem, którego celem i tragiczną pointą może być tylko agresja wobec oponentów. W tym scenariuszu było tężejące z każdym tygodniem zastraszanie. I coraz mocniejsze groźby. Straszenie „majdanem”, „kolorową rewolucją”, wojną domową, obcą interwencją, najemnikami i dywersantami miało, jako oczywisty cel wzbudzenie lęku wśród Białorusinów. Było podbudowane zapewnieniami prezydenta, że jest gotowy walczyć.

I demonstracją siły: pokazami wojsk specjalnych, odbywającymi się właśnie ćwiczeniami wojskowymi, oraz łapanką na rzekomych dywersantów, czyli najemników z tzw. grupy Wagnera. W połączeniu z deklaracjami, że na Białorusi ktoś ingeruje. Prezydent ani razu nie oskarżył i – biorąc pod uwagę jego interesy związane z Rosją – nie zrobi tego.

Białoruskie wojsko ćwiczy obronę przed dywersantami. Tuż przed wyborami

Wskazywanie, że opozycja działa na zlecenie zewnętrzne nie jest nowością. Władza robiła to już w poprzednich wyborach. Tym razem robi to bardziej stanowczo, by rozwiązać sobie ręce w przypadku siłowej rozprawy. Gdyż będzie się wtedy przed Białorusinami i światem powoływać na walkę z wrogiem zewnętrznym prowadzącym wewnętrzną destabilizację państwa za pomocą protestów.

Władze zapewne postarają się rozładować napięcie. Wyniki niedzielnych wyborów będą pewnie ogłoszone po kilku dniach. Tak było np. w 2010 r., kiedy oficjalne wyniki zostały podane pięć dni po wyborach. Wtedy jednak opozycja zorganizowała dużą, kilkudziesięciotysięczną manifestację już w wyborczą niedzielę 19 grudnia. Władze natomiast bardzo brutalnie spacyfikowały ten protest. Zatrzymano wielu protestujących i opozycyjnych kandydatów na prezydenta. Trudno przewidzieć, jakie emocje wezmą górę w niedzielnych wyborach. Swiatłana Cichanouskaja i jej sztab mogą spróbować ograć Łukaszenkę.

Pokazali to już w przypadku odwołanych wieców w ostatnich dniach, kiedy sztab opozycyjnej kandydatki nie dążył do konfrontacji na ulicy. Mimo prób prowokowania ze strony władz, Cichanouskiej udało się utrzymać nerwy na wodzy.

Wiec Cichanouskiej odwołany. Kandydatka próbuje spotkać się jednak z wyborcami

To może świadczyć o wiedzy jej sztabu na temat skali poparcia Białorusinów i poczuciu siły oraz psychologicznej przewagi nad władzą. Bo to prezydent zaczyna działać nerwowo. Jeśli tak jest to bardzo prawdopodobne, że opozycja nie będzie dążyła do oczywistej konfrontacji w powyborczy wieczór, kiedy siły bezpieczeństwa będą przygotowane na pacyfikację. Z punktu widzenia logiki Łukaszenki rozbicie jednej, nawet bardzo dużej demonstracji w Mińsku i pokazowa brutalność byłyby korzystne. Tak robił w poprzednich latach. Gorzej dla niego, kiedy opozycja przetrzyma te dni nie dając się sprowokować i postanowi prowadzić „długi marsz” na wymęczenie.

Długi marsz

Tego scenariusza władze będą starały się uniknąć za wszelką cenę. Dlatego służby Łukaszenki postarają się o serię prowokacji i nawet najbardziej absurdalnych pretekstów, by szybko spacyfikować nastroje protestu. Jeśli im to się nie uda, pewna swojej psychologicznej przewagi opozycja będzie korzystać z oczywistego po wyborach nastroju wzburzenia wśród Białorusinów wynikami wyborów.

Jeśli (a to jest bardzo prawdopodobne) Centralna Komisja Wyborcza ogłosi wyniki na poziomie 70-80 proc. poparcia dla prezydenta i upokarzająco niski wynik Cichanouskiej, to wzburzenie będzie tym silniejsze. Wtedy opozycja może podjąć strategię na wyniszczenie. Strajki, protesty w mniejszych miejscowościach i marsze, których celem będzie pokazanie, że większość Białorusinów jest przeciw prezydentowi, a wyniki wyborów były w oczywisty sposób sfałszowane.

Senat USA wzywa Białoruś do przeprowadzenia uczciwych wyborów

Dla białoruskich struktur siłowych będzie to trudne wyzwanie. Z doświadczeń ukraińskich dobrze wiedzą, że utrzymanie w stanie pełnej mobilizacji nawet stosunkowo licznych sił policyjnych (milicja, OMON, SOBR, wojska wewnętrzne) nie jest możliwe. Zawsze nadchodzi moment zmęczenia. Z kolei zaangażowanie regularnych sił zbrojnych, poza siłami specjalnymi, jest dla władzy problematyczne. To jednak użycie armii z poboru przeciw własnym obywatelom.

Nie jest to oczywiście całkowicie niemożliwe – w przypadku dużej prowokacji i oskarżeń jakiś, obcych agentów o dywersję, prezydent może wezwać armię na pomoc. Może to być np. wybuch w tłumie, albo atak na funkcjonariuszy z użyciem broni palnej. W takim przypadku Łukaszenka będzie miał rozwiązane ręce, by wyprowadzić armię z koszar. Mimo, że byłoby to ryzykowne.

Wojsko, milicja czy KGB – kto obroni Łukaszenkę?

Gdyby opozycji udało się przeciągnąć protesty na kilka tygodni lub dłużej, to pojawi się spora szansa na stopniowe osłabienie władzy Łukaszenki. I to takie, które będzie prawdziwe i zdolne do rozpoczęcia procesu dekompozycji monolitu władzy. Jej fundamentem jest bowiem przekonanie nomenklatury i struktur bezpieczeństwa, że lider panuje nad sytuacją. Kiedy administracja i struktury siłowe zobaczą, że lider słabnie i nie kontroluje wydarzeń, monolit zacznie się rozpadać. Tak to wyglądało w czasie wszystkich tzw. „rewolucji” w ostatnich latach.

W oczekiwaniu niedzieli

Takie scenariusz będzie niekorzystny dla Rosji – straci kontrolę nad wydarzeniami. Moskwa nie chce przecież dopuścić do niekontrolowanego przewrotu. W rosyjskim interesie jest osłabienie Łukaszenki, przez pokazanie, że w rzeczywistości nie cieszy się tak dużym poparciem, jak w wynikach wyborów. I zademonstrowanie, że nie do końca panuje nad sytuacją w kraju. Ten cel Rosjanie już osiągnęli. Białoruski reżim sam do takiej sytuacji doprowadził, a Moskwa jej sprzyjała.

Drugi rosyjski cel to odebranie Łukaszence możliwości „zwrotu na Zachód”, bądź przynajmniej budowania, w pozorowanych nawet rozmowach z Zachodem, alternatywy dla bliskich relacji z Rosją. Ten cel Moskwa może osiągnąć, kiedy Łukaszenka siłą i bardzo brutalnie spacyfikuje protesty. I niezależnie od tego, czy Rosja przyczyni się do jakiejś prowokacji, która zmusi białoruskie siły bezpieczeństwa do użycia przemocy na dużą skalę, czy Rosjanie zrobią to wspólnie z białoruskimi władzami, albo zwyczajnie poczekają, aż ludziom Łukaszenki puszczą nerwy, to swój cel Władimir Putin osiągnie.

Godzina ze Swiatłaną Cichanouską. Biełsat odwiedza sztab kandydatki FOTOREPORTAŻ

Jego białoruski partner znajdzie się na łasce i niełasce Kremla. Siłowy scenariusz będzie trudny dla Europy i szerzej, Zachodu. UE i USA już stanęły przed trudnym wyborem: wsparcie, lub przynajmniej neutralność wobec Łukaszenki, albo mocne wsparcie dla opozycji z pełną świadomością, że to może ułatwić Moskwie rozgrywkę, której ostatecznym skutkiem będzie pełna kontrola nad Białorusią i wciągnięcie jej w proces integracyjny na rosyjskich warunkach. Co w dłuższej perspektywie oznaczać będzie poważną zmianę w architekturze bezpieczeństwa Europy.

Zachód wybrał na razie postawę wyczekującą. Wynika to z pewnością z braku pełnej wiedzy i chaosu informacyjnego. A również zwykłej obawy, że upadek Łukaszenki wykorzysta Rosja, która ma najsilniejsze karty na Białorusi: lojalne elity, ludzi w nomenklaturze, służbach i armii.

Szefowie dyplomacji Francji, Niemiec i Polski zaniepokojeni „rozwojem wydarzeń na Białorusi”

To wszystko prawda, ale logika wydarzeń rewolucyjnych i emocji społeczeństwa, jak pokazały choćby wydarzenia na Ukrainie, wymyka się spod kontroli. I oprócz kalkulacji polityków, oraz rozpisanych w ich gabinetach scenariuszy, są jeszcze nadzieje Białorusinów na zmianę. To ta nadzieja, a nie kalkulacje geopolityczne napędza entuzjazm i będzie paliwem dla protestów powyborczych. W tym sensie białoruskie społeczeństwo już wygrało, gdyż zaczyna się „liczyć” i dostrzegać, że zmiany chce większość. Dzisiejsze emocje narastały latami i były uwolnione w ostatnim czasie.

Teraz pora, by te emocje dostrzegł zarówno Zachód, jak i ta część białoruskiej nomenklatury, która koniunkturalnie tkwi przy Łukaszence. Oddawanie tej nadziei do zarządzania Putinowi jest równie dużym błędem, jak wiara, że Łukaszenka nie dogada się z prezydentem Rosji, kiedy tylko utrzyma swoją władzę. Wejście zachodnich dyplomatów i polityków do gry i wywarcie presji na Łukaszenkę, by zaczął rozmawiać z opozycją może być początkiem najbardziej optymistycznego dla Białorusi scenariusza.

Zbigniew Rau: Kompromis w Mińsku jest nieunikniony

Na razie jednak białoruskie władze wydają się odrzucać opcję „okrągłego stołu”. Stawiają na scenariusz siłowy. Doświadczenie ukraińskie pokazało, że ten moment musi nadejść, kiedy obie strony znajdą się w klinczu. I to będzie najbardziej newralgiczny czas, kiedy byle prowokacja, bądź przypadek zadecydują o zwycięstwie jednej, lub drugiej strony.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów