Białoruskie smaki w kremlowskiej kuchni. Co upichcili kucharze Putina?

Aleksandr
Podrabinek
Rosyjski dziennikarz, dysydent

Tematem numer jeden w relacjach Mińska i Moskwy wciąż jest oczywiście zatrzymanie „wagnerowców” na Białorusi. Bądźmy szczerzy, nikt nie spodziewał się czegoś takiego. Nie jest jeszcze do końca jasne, co „kucharze” Putina szykują w kremlowskiej „kuchni”. Nie wiemy też, jak bardzo ostatni dyktator Europy był zaangażowany w tę operację specjalną. Być może pewnego dnia się dowiemy.

Wybawca narodu i jego propagandowy koktajl

Teraz da się stwierdzić, że można było spodziewać się od Łukaszenki czegoś podobnego. Takiego niewielkiego posunięcia antyrosyjskiego. Przypomnijmy sobie, że przed ostatnimi wyborami prezydenckimi w 2015 roku, kiedy Alaksandr Łukaszenka ubiegał się o piątą kadencję prezydencką, nie wahał się on użyć antyrosyjskiej retoryki, aby zaprezentować się jako wybawca narodu. Odrzucając chciwe ambicje Putina związane ze zjednoczeniem Rosji i Białorusi, Łukaszenka powiedział: „Mieszkamy w jednym budynku, ale każdy w swoim mieszkaniu”.

Więc także teraz, w przeddzień wyborów prezydenckich, musiał oświadczyć przed białoruskim narodem: „To nie opozycja, to ja sprzeciwiam się dyktaturze Moskwy, to ja opowiadam się za niepodległością Białorusi i nikt nigdy nie zrobi tego lepiej ode mnie. Czy Swiatłana Cichanouskaja poradzi sobie z tak poważnym zagrożeniem militarnym? Bycie prezydentem to nie jest zajęcie dla kobiety.” Nie ma wątpliwości, że Łukaszenka wyciśnie z tej niezwykłej sytuacji politycznej wszystkie możliwe soki propagandy i obróci całą sprawę na swoją korzyść.

Swiatłana Cichanouskaja dla Biełsatu: „Ludzie nie lubią tego prezydenta”

Ingerencja, tranzyt czy współpraca?

Stwierdzenie Łukaszenki, o tym, że Rosja wysłała na Białoruś dwustu najemników w celu zdestabilizowania sytuacji w przededniu wyborów, nie jest w zasadzie bezpodstawne. Przynajmniej jeśli weźmiemy pod uwagę wydarzenia z przeszłości. W 1940 r. obecność sowieckich baz wojskowych i Armii Czerwonej na Litwie, Łotwie i w Estonii zapewniła aneksję tych państw. W 2014 roku ta sama historia powtórzyła się na Krymie. Wszyscy dobrze o tym pamiętają, więc wersja bezpośredniej ingerencji Moskwy na rzecz aneksji Białorusi nie prezentuje się aż tak nierealnie.

Inna wersja wydarzeń jest taka, że Białoruś była dla bojowników przystankiem w drodze do Afryki. Potwierdził to pisarz i były funkcjonariusz OMON Zachar Prilepin, który sam walczył po stronie donieckich separatystów i rozpoznał w niektórych z zatrzymanych swoich byłych kolegów. Oczywiście, nie można bezwarunkowo wierzyć temu pisarzowi. Ale warto zauważyć, że bojownicy Prigożina przylatują na Białoruś praktycznie się nie z tym nie kryjąc. Pokazują się w pełnym umundurowaniu, niemal całkowicie pewni swojego bezpieczeństwa. Czy zachowaliby to w ten sposób, gdyby naprawdę chcieli zorganizować na Białorusi przewrót? Raczej nie.

Rosyjski konsul: zatrzymani „wagnerowcy” mieli lecieć do Ameryki Południowej

Istnieje jeszcze wersja bardziej spiskowa, ale też niepozbawiona zdrowego rozsądku. Według tej wersji cała ta sytuacja to wspólna operacja specjalna Moskwy i Mińska. Ma ona na celu podniesienie prestiżu Łukaszenki i przedstawienie go jako zdeterminowanego i twardego polityka, który potrafi poradzić sobie z każdym poważnym problemem. Za tą wersją przemawia również fakt, że Moskwa dotąd nie skomentowała oficjalnie tego, co się stało.

Psy wojny do osobistego użytku

Osobiście najbardziej skłaniam się ku wersji, która zakłada, że bojownicy z Grupy Wagnera podążali swoimi codziennymi gangsterskimi szlakami przez Białoruś i kraje trzecie, ale zostali przejęci przez prezydenta Łukaszenkę i wykorzystani na jego użytek. Cóż, ciężko nie skorzystać z takiej okazji – propagandowy sukces sam wpada w ręce. Czujny prezydent oraz lojalna wobec niego milicja i KGB skutecznie demaskują spisek przeciwko Białorusi! Poza tym, nie jest to zły powód, aby ograniczyć opozycję w kwestii organizowania wydarzeń publicznych. Rzekomo w interesie ich własnego bezpieczeństwa.

Najemnicy z grupy Wagnera to cenny dar Moskwy dla mińskiego reżimu

Oficjalne wyjaśnienie białoruskich władz na temat tego, jak udało im się zdemaskować bojowników, jest urocze: „Przyjezdni zwrócili na siebie uwagę nietypowym dla rosyjskich turystów zachowaniem i jednakowym militarnym ubiorem. Nie pili alkoholu, nie odwiedzali lokali rozrywkowych, przemieszczali się oddzielnie, starali się nie zwracać na siebie uwagi”.

Trzeba przyznać, że jest to wspaniałe świadectwo wysokiego profesjonalizmu białoruskich funkcjonariuszy: „wagnerowcy” przyciągali uwagę, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Nie upijali się i nie spacerowali, jak to często bywa u rosyjskich turystów. Myślę, że Łukaszenka jest w pełni świadomy wszystkich ruchów rosyjskich prywatnych firm wojskowych na terenie Białorusi. Gdzie, kiedy i w jakim celu. Nigdy nie sprzeciwiał się swojemu „starszemu bratu” w tych delikatnych sprawach. A tu proszę, nagle sprzeciw!

Jeśli rzeczywiście tak było, to po wyborach, a może nawet przed nimi, Łukaszenka będzie kontynuował grę – wypuści „psy wojny” w dalszą podróż do Sudanu lub Libii, albo zwróci ich bezpiecznie Moskwie. A potem długo będzie się chwalił, jak z poświęceniem i umiejętnie powstrzymał kolejną próbę rzucenia Białorusi na kolana przez jej wrogów.

A jeśli nie, to żołnierzy fortuny czeka ogromna porażka w postaci procesu w Mińsku lub ekstradycji do Kijowa za przestępstwa na Ukrainie. Moskwa raczej nie stanie za nimi. Zużyte zasoby ludzkie zostaną spisane na straty nieodwracalne.

Rosyjscy najemnicy jako zakładnicy Łukaszenki i karta przetargowa dla rozmów z Putinem

Aleksandr Podrabinek dla vot.tak-tv, belsat.eu

(ksz)

Inne teksty autora – w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów