Ameromajdan i bumerang kolorowych rewolucji

Piotr
Pogorzelski
dziennikarz Biełsatu, autor podcastu Po prostu Wschód

Propaganda żyje uproszczeniami. Tak też jest w przekazie medialnym po wydarzeniach na Kapitolu. Agresja demonstrantów i odpowiedź uzbrojonych funkcjonariuszy w oczach Kremla to kolejny „majdan”, który wraca bumerangiem do Stanów Zjednoczonych po tym, jak podburzały one do protestów w Gruzji, na Ukrainie, czy całkiem niedawno na Białorusi.

W rosyjskiej, czy białoruskiej propagandzie nie ma miejsca na takie kwestie, jak motywacje demonstrantów, służb porządkowych, a także wydarzenia, które poprzedziły protesty (demokratyczne wybory) i które po nich nastąpiły (ostatecznie Donald Trump zapowiedział spokojne przekazanie władzy). Propagandziści działają według prostej zasady: tam demonstrują, policja bije i nikt tego nie potępia, a u nas (w Rosji, czy na Białorusi), gdy ludzie protestują, a nasza policja, czy milicja bije, to spotyka się od razu z oburzeniem Zachodu i Stanów Zjednoczonych. To podwójne standardy – mówią otwarcie.

Na białoruskim froncie

Czołowy białoruski propagandysta Ryhor Azaronak w telewizji STV mówi z pełnym przekonaniem, że „miński OMON w porównaniu z odważnymi amerykańskimi policjantami to klub dżentelmenów” i wybiera do swojego komentarza najbrutalniejsze kadry ze Stanów Zjednoczonych przeplatane słowami potępienia dla działań demonstrantów płynącymi z ust światowych polityków.

– Kapitol został obroniony z bezprecedensową brutalnością. Dziś kongresmeni potwierdzili zwycięstwo Joe Bidena w wyborach, w których uczciwości chyba nikt na świecie nie wierzy. Ale ONZ nie zwołuje pilnego posiedzenia. Ambasadorzy mocarstw zachodnich nie przynoszą kwiatów na miejsca zgonu demonstrantów. Wszyscy po cichu i pokornie się na to zgadzają – mówi Azaronak.

Dziennikarz nie zauważa, albo udaje, że nie zauważa, żadnych różnic między wydarzeniami w Stanach Zjednoczonych i na Białorusi, gdzie Alaksandr Łukaszenka otwarcie sfałszował wybory, a oddani mu funkcjonariusze strzelali do demonstrantów podczas pokojowych protestów.

Ryhor Azaronak, zdj.: ctv.by

ONT, inny białoruski kanał telewizyjny, mówi o wstydzie i upadku amerykańskiej demokracji, podwójnych standardach i prezentuje wypowiedzi rosyjskich ekspertów. Wśród nich przedstawiona jako amerykanistka Weranika Kraszeninnikowa.

– To co widzieliśmy, to próba zbrojnego przewrotu, faszystowskiego przewrotu. To co widzimy, to współczesny amerykański faszyzm na początku swojego rozwoju. I w tym jest podobny do Majdanu – mówi.

Dziennikarze nie wspomnieli, że jest ona doradczynią generalnego dyrektora agencji informacyjnej Rossija Siegodnia i członkinią rady najwyższej rządzącej partii Jedna Rosja.

Weranika Kraszeninnikowa, zdj.: ont.by

Na tle tego rodzaju komentarzy wypowiedzi Alaksandra Łukaszenki brzmią dość delikatnie.

– Kto by pomyślał, że […] będą szturmować Kapitol, cytadelę światowej demokracji, jak im się wydawało. Nikt. Choć Trump ma tu trochę racji, ale źle się stało, że szturmują i giną ludzie – powiedział.

Łukaszenka porównuje szturm Kapitolu do protestów na Białorusi

Rządzący na Białorusi od razu odniósł się jednak do sytuacji w jego kraju i nielicznych w ostatnim czasie protestów.

– Proszę was tylko o jedno, żebyście mnie zrozumieli i nie potępiali. Jestem człowiekiem pokoju, ale nie mogę pozwolić, żeby moje prezydenckie życie skończyło się tym, żeby ktoś tu przyszedł i w tak otwarty sposób zniszczył tę naszą siedzibę. I powinniśmy się zebrać i przekonać tych, którzy teraz tego nie rozumieją. Nie potrzebne są nam wojny i zamieszki – dodał.

Moskwa: majdan, Ukraina, USA

Dla tych wszystkich, którzy mówią, że wydarzenia na Białorusi, czy Ukrainie jednak różnią się od tych w Stanach Zjednoczonych, odpowiedź ma dziennikarka agencji News Front, znana między innymi z życzliwego relacjonowania działań prorosyjskich separatystów w Zagłębiu Donieckim, Julia Witiaziewa. Podkreśla ona, że właśnie teraz zajmuje się tym Waszyngton.

– Chce on udowodnić, że wydarzenia w Stanach Zjednoczonych różnią się od protestów w byłym Związku Radzieckim. Że mityngi rosyjskiej opozycji to rządy prawa, do których, jak się okazuje nie mogą pretendować niektórzy Amerykanie – pisze.

Zdaniem urodzonej w Odessie dziennikarki, wydarzenia w Stanach Zjednoczonych otrzeźwią zwolenników prozachodniej demokracji, którzy zobaczą, jak wygląda naprawdę wygląda ich „wzorzec” i „ideał”.

Białoruskie media: Łukaszenka dostał od Trumpa prezent na święta

Ten wpis bardzo spodobał się Władimirowi Sołowiowowi – gwieździe rosyjskiej telewizji Rossija 1, który prowadzi, między innymi, program „Rosja, Kreml, Putin” poświęcony działalności prezydenta. Na swoim własnym kanale Telegram przekazuje dalej właśnie tego rodzaju wpisy. Dostaje się też, i to już bezpośrednio od samego Sołowiowa, Wołodymyrowi Zełenskiemu, który skrytykował wydarzenia w Waszyngtonie.

– Czyli Zełenski jest mimo wszystko przeciwko Majdanowi? – pyta retorycznie Sołowiow.

Władimir Sołowiow w swoim programie. Źródło: youtube.com

Komentarze w popularnej „Komsomołce” wyglądają na tym tle dość łagodnie.

– Niezdolność amerykańskiego systemu politycznego do pokojowego i legalnego przekazania władzy zerwała kruchą zasłonę z jak się okazało niezbyt udanego przykładu demokracji, który był narzucany zarówno samym Amerykanom, jak i światu – pisze dziennikarz Aleksiej Osipow.

Rozmawiający z nim ekspert wypowiada się w tej sprawie znacznie ostrożniej.

– Trump 4 lata temu rozpoczął proces zmiany istniejącego systemu światowego, politycznego i gospodarczego. A na jego czele stoją Stany Zjednoczone. Nie można zniszczyć wszystkiego dookoła, tak żeby nie dotknęło to USA – mówi politolog Igor Szatrow.

Inny rozmówca dziennika, dyrektor Instytutu Badań Politycznych Siergiej Markow, znany ze swojej bezpardonowej walki ze wszelkimi kolorowymi rewolucjami, stawia sprawę ostro.

– Jest taka zasada: polityka zagraniczna prędzej, czy później staje się polityką wewnętrzną. Stany Zjednoczone przez wiele lat wspierały antydemokratyczne reżimy, przede wszystkim, oczywiście, potworną, marionetkową juntę w Kijowie, która niszczy naród represjami i dyktaturą – przekonuje.

Siergiej Markow twierdzi jednocześnie, że w Waszyngtonie nie dochodzi do kolorowej rewolucji, a miała miejsce prowokacja oponentów Donalda Trumpa. Jego zdaniem, wybory zostały sfałszowane i powinien być on wybrany na drugą kadencję, a Stanach Zjednoczonych zaczyna się dyktatura…

Szef komisji spraw zagranicznych Dumy: USA nie mogą już narzucać standardów wyborczych

Znana z ciętego języka rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa tym razem powiedziała jedynie, że system wyborczy w Stanach Zjednoczonych jest przestarzały i nie odpowiada demokratycznym standardom, „tworząc możliwości dla wielu naruszeń”.

W tym duchu wypowiedział się też przewodniczący komisji Dumy Leonid Słucki z populistyczno-nacjonalistycznej Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (LDPR) Władimira Żyrinowskiego.

– Teraz już Stany Zjednoczone z pewnością nie będą mogły narzucać innym krajom standardów wyborczych i pretendować do miana światowego „kaganka demokracji” – podkreślił Słucki.

Członek rządzącej Jednej Rosji, Konstantin Kosaczow, przewodniczący komisji spraw zagranicznych w Radzie Federacji, wyższej izbie rosyjskiego parlamentu, oznajmił ze swej strony, że „amerykańska demokracja zaczęła kuleć na obie nogi”.

– Demokracja amerykańska straciła prawo do wyznaczania kursu, a tym bardziej do narzucania go innym – dodał.

Skrytykował także ustępującego prezydenta Donalda Trumpa, którego oskarżył o „samouwielbienie, ekscentryzm i awanturniczość”.

Cieszą się też inni oponenci USA

Wydarzenia w Waszyngtonie z satysfakcją odnotowała nie tylko rosyjska i białoruska propaganda. To, w jak złym świetle stawiają Amerykę wydarzenia na Kapitolu, mówił kilka godzin po nich republikański senator Marco Rubio.

– W Pekinie przybijają piątki, bo wskazują na nas i mówią: to dowód na to, że przyszłość należy do Chin, a Ameryka się cofa. Rosyjski prezydent Władimir Putin i przywódca duchowy Iranu ajatollah Chamenei też się cieszą z tego, co się dzieje z Wielkim Szatanem – podkreślił.

Optymizm gospodarczy Rosjan na poziomie sprzed ery Putina

I rzeczywiście, na przykład, w chińskiej oficjalnej prasie można było przeczytać o upadku amerykańskiego systemu politycznego, który zniszczy globalny wizerunek Stanów Zjednoczonych. Podkreślano, że zamieszki to wyraz braku zaufania do amerykańskich polityków. Chińskie MSZ sugerowało, że Waszyngton stracił moralne prawo do krytykowania Pekinu za prześladowanie prodemokratycznych demonstrantów w Hongkongu.

Gdy Donald Trump wygrał wybory w 2016 roku, w Moskwie zapanowała radość. Gdy odchodzi ze stanowiska radość panuje już nie tylko w rosyjskiej stolicy, ale też w Teheranie i Pekinie. I nie tylko dlatego, że Iran i Chiny liczą na bardziej owocną współpracę gospodarczą i zawieszenie toczonych z tymi państwami wojen sankcyjnych i handlowych, ale też dlatego, że ostatnie działania Donalda Trumpa na stanowisku prezydenta dały tym państwom ogromną broń propagandową.

I nie chodzi tylko o zdjęcia z zamieszek na Kapitolu, które będą przypominane setki, jeśli nie tysiące razy w rosyjskiej, czy chińskiej telewizji, za każdym razem, gdy Waszyngton skrytykuje brutalność tamtejszych organów ścigania. Tego rodzaju zdjęć te telewizje mają tysiące. Teraz jednak do zamieszek doszło na tle deklaracji Donalda Trumpa o sfałszowaniu wyborów, a zatem nabrały one trochę innego wymiaru. Po każdych kolejnych „wyborach” na zarzuty o fałszowanie rezultatów, Moskwa i Mińsk będą mogły odpowiedzieć zgodnie ze starą sowiecką tradycją: „a w Ameryce biją Murzynów”.

Piotr Pogorzelski/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów