Koniec gruzińskiego marzenia?

Maciej
Falkowski
Politolog, ekspert ds. Kaukazu

Burzliwe wydarzenia w Gruzji są nie tylko przejawem kryzysu politycznego na tamtejszej scenie politycznej i ostrego konfliktu między rządzącym Gruzińskim Marzeniem i założonym przez Micheila Saakaszwilego Zjednoczonym Ruchem Narodowym. To także efekt niespełnionych przez Zachód nadziei Gruzinów na integrację ich kraju ze strukturami euroatlantyckimi.

Co się dziś dzieje w Gruzji?

Czasy, w których kraj ten gościł na paskach światowych mediów a zachodni, w tym polscy, politycy niemal na wyścigi odwiedzali Tbilisi, dawno minęły. Dziś Gruzją interesuje się mało kto. I trudno się dziwić. Zachód ma inne, ważniejsze sprawy na głowie, a i w samej Gruzji, pozornie, niewiele zmienia się od przełomowego w jej historii 2012 roku. W dobie koronawirusa i ograniczeń w lataniu, kraj ten przestał zaprzątać nawet głowy turystom spragnionym pięknych widoków, starożytnych kościołów i świetnego jedzenia.

Gruzja upraszcza zasady wjazdu obcokrajowców

Postsowiecką historię Gruzji można, w znacznym uproszczeniu, podzielić na cztery okresy: rządy Zwiada Gamsachurdii i wewnętrzny chaos (1991-1992); rozkład państwa za czasów Eduarda Szewardnadzego (1992-2003); rewolucję Micheila Saakaszwilego (2003-2012) oraz rządy stworzonego przez gruzińskiego biznesmena z Rosji Bidzinę Iwaniszwilego Gruzińskiego Marzenia. „Rewolucja róż” z 2003 roku była szokiem, szczególnie w Moskwie, i przełomowym wydarzeniem w historii całego obszaru postsowieckiego. Pierwszą z serii kolorowych rewolucji na tym obszarze. Odbudowy państwa, euforii Gruzinów, którzy uwierzyli, że mogą nie tylko żyć lepiej ale i dołączyć do struktur zachodnich, oraz bezprecedensowego wsparcia, jakie Saakaszwili otrzymał od Zachodu, nie przerwała nawet wojna z Rosją z 2008 roku.

Świat według Kremla: każda walka o wolność to spisek CIA

W 2012 roku nastąpił jednak kolejny szok – rządzący Zjednoczony Ruch Narodowy (ZRN) nieoczekiwanie przegrał wybory, a władzę przejęło dopiero co stworzone Gruzińskie Marzenie. Choć krytyka autorytarnych metod stosowanych przez ekipę Saakaszwilego praz protesty opozycji miały miejsce już wcześniej, szalę przeważyło ujawienie nagrań z tortur stosowanych przez gruzińskie struktury siłowe. W następnym roku skończyła się druga kadencja prezydencka Saakaszwilego i Misza, jak Gruzini mówią o swoim byłym przywódcy, musiał z kraju uciekać przed aresztowaniem. Robiąc karierę polityczną na Ukrainie, próbował jeszcze wpływać na bieg wydarzeń w Gruzji, ale wszyscy dość szybko zdali sobie sprawę z tego, że jego czasy bezpowrotnie minęły.

W kolejnych wyborach (2016, 2020) partia Iwaniszwilego, który po roku premierostwa wycofał się z polityki i zaczął pełnić rolę szarej eminencji, zdobywała podobną liczbę głosów (około 50%), co dawało jej możliwość samodzielnego rządzenia.

Uciekające Gruzińskie Marzenie

Zachód zaakceptował tę zmianę, odbyła się bowiem w sposób demokratyczny, a Gruzińskie Marzenie, choć wysyłało koncyliacyjne sygnały wobec Moskwy, kontynuowało prozachodni kurs i reformy wewnętrzne. Co więcej, w 2013 roku Gruzja podpisała nawet umowę stowarzyszeniową i porozumienie o wolnym handlu z Unią Europejską, a kilka lat później jej obywatele uzyskali możliwość jeżdżenia do strefy Schengen bez konieczności wyrabiania wiz.

Przez te wszystkie lata opozycja nie miała pomysłu na powrót do władzy. Gruzini nie chcieli kolejnych rewolucji, a prowadzący rozsądną politykę „marzyciele”, nie dawali powodów do pokazywania im czerwonej kartki.

Jeszcze w 2016 roku ZRN uzyskał poparcie na poziomie sprzed czterech lat (40%), ale już podczas ostatnich wyborów, które odbyły się w październiku 2020 roku, zaledwie 27%. I to mimo, że stworzył blok wyborczy z kilkoma mniejszymi ugrupowaniami. W takiej sytuacji pozostało jedynie zaostrzenie kursu – opozycja uznała wybory za sfałszowane (mimo że zachodni obserwatorzy nie mieli wobec nich poważnych zastrzeżeń) i nie przyjęła mandatów, okresowo wyprowadzając ludzi na ulice.

Protesty po wyborach w Gruzji. Policja użyła armatek wodnych

Niezależnie od demokratycznego przebiegu wyborów, faktycznie jednopartyjny parlament uderzał w legitymizację rządzących, ale i rozwiązywał im ręce. Bidzina najwyraźniej uznał, że miarka się przebrała, a pandemia stwarza dobrą okazję do pacyfikacji opozycji. Jako pretekst władze wykorzystały sprawę sprzed półtora roku, gdy w czerwcu 2019 roku opozycja zorganizowała burzliwe protesty przeciwko obecności w gruzińskim parlamencie rosyjskiego deputowanego podczas posiedzenia Międzyparlamentarnego Zgromadzenia Prawosławia.

Na czele demonstrantów stał wówczas obecny przewodniczący ZRN, zaledwie czterdziestojednoletni następca Saakaszwilego Nika Melia (objął to stanowisko w grudniu 2020 roku). Ponieważ uchylał się wpłacenia podwyższonej przez sąd kaucji w ramach wlekącego się postępowania, najpierw parlament odebrał mu immunitet, a potem, już w lutym 2021 roku został aresztowany. Jako że wraz ze współpracownikami zabarykadował się w biurze, policja użyła siły, a świat obiegły zdjęcia ludzi duszących się od gazu.

Gruzja: policyjny szturm i zatrzymanie lidera opozycji

W odpowiedzi opozycja wyszła na ulice, a na gruziński rząd posypała się fala krytyki ze strony Zachodu (w tym ambasady USA w Tbilisi, która określiła wydarzenia w Gruzji jako krok wstecz na drodze do demokracji).

Zdj. IRAKLI GEDENIDZE / Reuters / Forum

Nie ma żadnych złudzeń, że decyzja o aresztowaniu Melii miała charakter polityczny. Doprowadziła przecież do dymisji premiera Giorgiego Gacharii, który publicznie zakwestionował postanowienie sądu (jego miejsce zajął bliski współpracownik Iwaniszwilego Irakli Gharibaszwili, uznawany za „jastrzębia”). Pozostaje tylko spekulować czy Iwaniszwili kierował się wyłącznie wewnętrzną logiką polityczną, czy wziął też pod uwagę uwarunkowania zewnętrzne – ostrą krytykę Zachodu, której można się było spodziewać i symboliczny wydźwięk całej sprawy. Choć ani Gruzińskie Marzenie, ani sam Bidzina Iwaniszwili nigdy nie dali jawnego powodu do oskarżania ich o prorosyjskość czy zmowę z Kremlem, aresztowanie gruzińskiego polityka za protest przeciwko wizycie rosyjskiego deputowanego, daje dużo do myślenia.

Gruzja: premier podał się do dymisji po nieudanym aresztowaniu lidera opozycji

 

Gruziński va banque

Tak naprawdę czołowym gruzińskim marzycielem nie był bezbarwny Bidzina Iwaniszwili, lecz Saakaszwili. To on zagrał va banqe, zarówno w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Postawił gruzińskie państwo na nogi, podjął się głębokich reform wewnętrznych, przede wszystkim jednak zerwał więzy z Rosją, stawiając wszystko na jedną kartę, czyli sojusz z Zachodem.

Nie mógł tego zrobić bez wsparcia Zachodu, przede wszystkim USA i Unii Europejskiej – zarówno symbolicznego (wszyscy pamiętają przemowę George’a Busha-juniora na tbiliskim Placu Wolności, czy zainicjowaną przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego podczas agresji rosyjskiej wspólną wizytę prezydentów Polski, Litwy i Ukrainy), jak i tego konkretnego. Do Gruzji szerokim strumieniem popłynęła pomoc finansowa, umożliwiając reformy i dając Gruzinom realną poprawę warunków życia w porównaniu z nędzą, totalną korupcją i chaosem lat dziewięćdziesiątych. Pomocy zachodniej nie przerwała nawet wojna z Rosją z 2008 roku, po której powstała istniejąca po dziś dzień Misja Monitorująca Unii Europejskiej (EUMM), której zadaniem było nadzorowanie zawieszenie broni i monitorowanie gruzińskich granic.

Rosja żandarmem Południowego Kaukazu

Zarówno Saakaszwili, jak i Gruzja zapłacili za podjęte geopolityczne ryzyko bardzo wysoką cenę. O ile z utratą rosyjskiego rynku w związku z zerwaniem przez Moskwę relacji gospodarczych Gruzini sobie poradzili, o tyle z stratą Abchazji i Osetii Południowej, których niepodległość Rosja uznała w 2008 roku, musieli się de facto pogodzić. Zmierzające na Tbilisi rosyjskie czołgi udało się, dzięki zachodniej interwencji dyplomatycznej co prawda powstrzymać, w obu odciętych od reszty kraju zasiekami z drutu kolczastego republikach powstały jednak rosyjskie bazy wojskowe.

Szczególnie groźna stała się sytuacja w Osetii Południowej, której administracyjna granica przebiega zaledwie kilkaset metrów od głównej arterii komunikacyjnej kraju, łączącej zachodnią część kraju z Tbilisi, a także Azerbejdżan z Turcją. Jeśli tylko Rosjanie zechcą, w kilkanaście minut mogą przeciąć Gruzję wpół, przejmując także kontrolę nad biegnącymi przez ten kraj szlakami komunikacyjnymi (w tym rurociągami i koleją).

Żadnych marzeń, panowie!

To słynne zdanie, wypowiedziane do Polaków przez cara Aleksandra II w Warszawie 1856 roku, mogłoby równie dobrze zilustrować dzisiejszy stosunek Zachodu do Gruzji. Sęk w tym, że zachodni politycy i urzędnicy zaczęli je wypowiadać nie w 2003 roku, na początku obranej przez Gruzinów drogi, ale po kilkunastu latach od tamtych wydarzeń. Po wieloletnich wysiłkach państwa i społeczeństwa gruzińskiego, które uwierzyło, że Gruzja nie jest skazana na Rosję i że ryzyko i wysiłek reformatorski przyniosą nagrodę w postaci akcesji do Unii Europejskiej i NATO. Tak przecież zapewniali zachodni politycy.

Szef MSZ Turcji: NATO potrzebuje Gruzji

Jeszcze do niedawna trzeba było być wytrawnym analitykiem lub dyplomatą żeby w zawiłych unijnych czy natowskich dokumentach między wierszami wyczytać, że tak naprawdę szansę na przyjęcie Gruzji do NATO, a tym bardziej do UE, są niewielkie.

Gruzini nie tylko nie umieli tego robić. Po prostu za dobrą monetę brali niezobowiązujące deklaracje polityczne zachodnich przywódców, którzy ochoczo zapewniali ich, że wrota raju stoją przed nimi otworem, muszą tylko wykazać się cierpliwością i konsekwencją.

Zaczęło się to zmieniać dopiero gdy Gruzja podpisała umowę stowarzyszeniową (2013 r., weszła w życie trzy lata później), dającą zachodnim produktom praktycznie nieograniczony dostęp do gruzińskiego rynku (gruzińskim do unijnego teoretycznie też, ale konia z rzędem temu, kto wskaże jakiś inny niż wino i woda Bordżomi produkt, spełniający wyśrubowane unijne wymogi). W końcu przyszedł czas, kiedy zaczęto Gruzinom mówić wprost. Dziś chyba nawet oni sami już nie wierzą.

USA będą dalej wspierać Gruzję. Pompeo wraca z rozmów w Tbilisi

Dlaczego Zachód wywiódł Gruzję w pole? Dlaczego jej nie chciał? Bo nie chciał zadzierać z Rosją? Po części pewnie tak, ale to tylko część prawdy. Może ze względu na niski poziom życia, rozkład infrastruktury czy korupcję? Wystarczy pojechać do południowych Włoch albo Bułgarii, żeby nabrać wątpliwości. A może z powodu niekontrolowania przez władze w Tbilisi części własnego terytorium? Dlaczego więc przyjęto Cypr?

Po prostu potencjalne zyski, zarówno te polityczne (niechęć zachodnich społeczeństw do kontynuacji polityki rozszerzeniowej), jak i ekonomiczne (Gruzja to niespełna 4-milionowy rynek) nie przeważyły nad ryzykiem i przewidywanymi kłopotami. W efekcie mamy więc to, co mamy.

Cieszy się może tylko Moskwa, bo część Gruzinów już od dawna ostrożnie zerka w stronę prawosławnych braci zza Kaukazu, których pozycja po drugiej wojnie karabaskiej uległa w regionie wzmocnieniu (m.in., wprowadzenie wojsk rosyjskich do Karabachu). Tyle tylko, że nawet jeśli zdecydują się na reset w stosunkach z Moskwą, nie przehandlują niepodległości za Abchazję i Osetię Południową. Na to jest już za późno.

W świetle porażki własnej polityki wobec Gruzji, spowodowanej własnymi decyzjami i taką a nie inną percepcją regionu, obecna krytyka Gruzji za naruszanie zasad demokracji brzmi w ustach przedstawicieli Zachodu nawet nie jak ponury żart, a szczyt hipokryzji.

Protesty w Gruzji po zatrzymaniu lidera opozycji

Quo vadis Sakartwelo?

Obecne wydarzenia w Tbilisi są nie tylko przejawem konfliktu na linii władza-opozycja i coraz głębszego kryzysu politycznego w tym kraju. To także długofalowy efekt niekonsekwentnej polityki zachodniej wobec Gruzji. Rozbudzenia, a potem zgaszenia nadziei na wyrwanie się z rosyjskiej strefy wpływów i członkostwo w strukturach euroatlantyckich.

Małe państwa, jeśli chcą się rozwijać i nie są Szwajcarią, muszą funkcjonować w ramach większych organizmów politycznych. Alternatywą jest przebywanie w szarej strefie i ryzykowanie przekształceniem własnego terytorium w obszar proxy war ze wszelkimi tego stanu rzeczy konsekwencjami. Wydaje się, że Gruzini stoją obecnie przed takim właśnie wyborem.

Co będzie dalej z Gruzją? W świecie objętym lockdownem, który wielu Gruzinom odbiera nawet jedyne źródło dochodów – zyski z turystyki, oraz regionie coraz silniej obejmowanym rosyjskimi kleszczami (optymiści twierdzą, że rosyjsko-tureckimi, co jest marną pociechę) sytuacja Gruzinów zaczyna być nie do pozazdroszczenia. Prognozowanie czegokolwiek w świecie, który po pandemii (o ile kiedykolwiek się ona skończy) będzie zapewne inny niż do tej pory, jest raczej zadaniem dla astrologa niż analityka.

Tym niemniej jedno wydaje się pewne – Gruzińskiemu Marzeniu raczej nic poważnego nie grozi. W przeciwieństwie do gruzińskiego marzenia, które może okazać się ułudą.

Kaukaz Południowy czy znów Zakaukazie?

Maciej Falkowski dla belsat.eu

Maciej Falkowski – politolog, ekspert ds. Kaukazu, wieloletni analityk Ośrodka Studiów Wschodnich; w latach 2010-2013 pracownik Ambasady RP w Erywaniu, a w 2017-2019 prezes Fundacji Solidarności Międzynarodowej.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów