Wasil: „Oni nie wiedzą, co to znaczy przysięga”. Historia nr 14 z cyklu „Miałem szczęście”

To tylko jedna z zebranych przez dziennikarzy Biełsatu relacji, które dokumentują fakty brutalnej przemocy stosowanej przez funkcjonariuszy reżimu wobec uczestników pokojowych protestów i przypadkowych osób. Swoje historie opowiedziały nam same ofiary.

Wasila, w przeciwieństwie do większości naszych rozmówców, nie zaskoczyły ani sierpniowe wydarzenia, ani późniejszy rozwój sytuacji w kraju.

– Wiedziałem, jak to będzie wyglądać. Wielu śmiało się ze słów Łukaszenki, uważali, że gada od rzeczy. Ale kiedy usłyszałem o rozstrzelaniach, od razu zrozumiałem, że on nie żartuje – mówi były żołnierz o słowach Alaksandra Łukaszenki z 4 czerwca.

Prezydent w obecności ministrów mówił o „swoim przyjacielu”, prezydencie Tadżykistanu Emomali Rahmonie, który z karabinem wjechał do Duszanbe w celu przywrócenia tam porządku.

Wasil przez trzy dni jeździł po Mińsku samochodem i obserwował protesty. 12 sierpnia zdecydował się wziąć w nich udział.

Wasil (imię zmienione). Zdj. belsat.eu

Przygotował się konfrontacji z funkcjonariuszami na ulicach. Założył wojskowe glany, wziął kask budowlany, mundur wojskowy i jeszcze kilka niezbędnych rzeczy. Jednak 12 sierpnia fala przemocy chwilowo ustała. Wyszedł więc na ulice dopiero, gdy dowiedział się, że są tam też inni byli żołnierze wojsk powietrznodesantowych.

– Chciałem pokazać ludziom, że my – byli wojskowi, którzy złożyliśmy przysięgę służenia narodowi – jesteśmy tutaj. A za to, co robili ci OMON-owcy… Było nam bardzo wstyd – wyjaśnia.

Niejednokrotnie wychodził na protesty w mundurze i wraz z kilkudziesięcioma innymi wojskowymi rezerwy próbował utrzymać porządek. 13 września, podczas „Marszu Bohaterów”, około trzydziestu byłych spadochroniarzy próbowało ochraniać protestujących w pobliżu jednego z parków w stolicy.

– Próbowaliśmy chronić ludzi, ale to nie była operacja wojskowa, było nas bardzo niewielu. Schwytano mnie, zacząłem aktywnie stawiać opór, ale natychmiast potraktowano mnie gazem pieprzowym i zaciągnięto do milicyjnego busa – mówi wojskowy wyjaśniając, dlaczego byli żołnierze nie okazali większego sprzeciwu wobec agresywnych funkcjonariuszy w cywilnym stroju.

Dwóch tajniaków zaprowadziło go do zaparkowanego obok busa. Wasil liczył na odrobinę szczęścia i spytał kierowcę, w jakich jednostkach służył, na co ten mu odpowiedział „W moim oddziale nie było zdrajców” i uciął rozmowę. Do pojazdu weszło jeszcze dwóch mężczyzn i zaczęli bić zatrzymanego.

Rysunek Wasila. Zdj. belsat.eu

Bito go celowo w tył głowy i kręgosłup.

– Uratowało mnie to, że w busie nie było na tyle miejsca, żeby się obrócić – wspomina Wasil. – Odwrócili mnie i zaczęli po mnie chodzić. Zrozumiałem wtedy, że muszę jakoś się ratować. Zostałem schwytany, trzeba było działać.

Były spadochroniarz tłumaczy, że mundurowi chcieli słyszeć krzyki i jęki, dlatego zaczął powtarzać: „Wystarczy, chłopaki, wystarczy”. Kiedy przestali bić, kazali Wasilowi zdjąć tzw „tielniaszkę” (koszulkę w paski będącą częścią stroju żołnierskiego) i rozerwali ją na strzępy. Potem mężczyznę przewieziono do aresztu przy ulicy Akreścina. Nie został tam pobity, obiecywano nawet, że wezwą lekarza, ale to nigdy nie nastąpiło. Odbył się proces, po którym Wasila odesłano do aresztu śledczego w Żodzinie na 14 dni.

W areszcie śledczym w Żodzinie było stosunkowo spokojnie. Wasil spędzał większość czasu przy oknie z książką. Zapamiętał każdy szczegół. Podwójne kraty w oknie, pęknięta szyba, a z zewnętrznej strony szary dziurawy celofan. Dzięki pięciocentymetrowej dziurze, mężczyzna mógł zobaczyć asfalt.

Zapadł mu w pamięć jeden ze strażników.

– Dwadzieścia lat, chudy, kominiarka na nim wisiała. Tylko on chodził z zakrytą twarzą. Cały czas miał w ręku pałkę i szukał pretekstu, by jej użyć – mówi spadochroniarz uśmiechając się.

Pewnej nocy ten chłopak zabrał materac Wasila bez żadnego konkretnego powodu. Rano zapytał więźniów, czy rozumieją… życie.

Wasil próbował zgłosić pobicie jeszcze odsiadując wyrok, ale funkcjonariusze aresztu śledczego w Żodzinie zażądali, by jego adwokat wysłał odpowiednie dokumenty. Oczywiście Wasil nie miał możliwości skontaktowania się z prawnikiem. Dzień po zwolnieniu z aresztu do Wasila zadzwoniła śledcza i zaproponowała, by zeznawał w sprawie pobicia. Mężczyzna wiedział, że po takim spotkaniu może nie wrócić do domu na długo. Wyjechał z Białorusi trzy dni po wyjściu na wolność.

Były wojskowy uważa, że żołnierze odbywający czynną służbę wojskową naprawdę nie mają wyboru – nie mogą odmówić wykonania rozkazu. Wasil ma jednoznaczną opinię na temat funkcjonariuszy OMON-u.

– Są oni tylko produktem ideologii. My wiemy, co oznacza przysięga. Są żołnierze i jest ludność cywilna. Nie jesteśmy zdrajcami, to oni dopuszczają się przestępstw. Staraliśmy się chronić ludzi w sposób pokojowy i nawiązać dialog z drugą stroną – usprawiedliwia się mężczyzna.

Wasil ukrywa twarz, bo ma nadzieję, że kiedyś wróci na Białoruś. Martwi się o swoich kolegów i przyjaciół wojskowych. Zapytany o to, kiedy może nastąpić jego powrót do ojczyzny odpowiada krótko, że na razie w ogóle o tym nie myśli.

Wszystkie historie cyklu „Miałem szczęście” znajdują się tu – można je przeczytać oraz ich wysłuchać.

Wiadomości