Białoruskie władze twierdzą, że zawróciły 8 tys. potencjalnych migrantów

MSZ Białorusi oświadczyło w poniedziałek, że linie Belavia nie były zaangażowane w przewożenie migrantów, a MSZ zaostrzyło przepisy wizowe. Straż graniczna twierdzi, że do kraju nie wpuszczono 8 tys. „potencjalnych migrantów”. W tle kolejny kryzys na granicy.

MSZ kategorycznie odrzuciło oskarżenia pod adresem białoruskiego przewoźnika narodowego Belavia, twierdząc, że „nigdy nie przewoził, nie przewozi i nie będzie przewozić uchodźców czy nielegalnych migrantów”.

Putin: Rosja jest gotowa pomóc w rozwiązaniu kryzysu migracyjnego, powstałego “z winy Zachodu”

Rzecznik resortu oświadczył, że białoruskie władze w ostatnim czasie „zaostrzyły przepisy wizowe wobec obywateli szeregu państw, wprowadzono dodatkowe kontrole migracyjne na granicy, zwiększono nadzór nad firmami turystycznymi, dziesiątki z nich pozbawiając licencji”.

Tylko do Polski od początku roku próbowało nielegalnie przejść z Białorusi ponad 33 tys. osób, najwięcej – w ciągu ostatnich miesięcy. Większość z nich docierała dotąd na Białoruś drogą lotniczą.

Z relacji migrantów wynika, że uzyskanie wiz w krajach wylotu na Białoruś poprzez pośredniczące firmy turystyczne było dość prostą formalnością po opłaceniu określonej kwoty. W poniedziałkowej publikacji Deutsche Welle cytuje jednego z migrantów, że uzyskanie wizy białoruskiej kosztowało 2000 dol. i było „łatwe”.

W październiku pojawiła się informacja, że MSZ Białorusi wstrzymał możliwość wydawania wiz na lotnisku w Mińsku dla obywateli Syrii, Egiptu, Afganistanu, Pakistanu, Jemenu, Iranu i Nigerii, jednak jest to tylko jeden z możliwych sposobów uzyskania wizy.

W ostatnich dniach linie lotnicze Belavia poinformowały o wstrzymaniu przyjmowania na loty z Turcji obywateli Iraku, Syrii, Jemenu oraz na loty z Dubaju – obywateli tych samych krajów i Afganistanu. W obu przypadkach była to decyzja podjęta „na wniosek” miejscowych władz.

Wszystko wskazuje, że ważną rolę w narastaniu kryzysu migracyjnego miały białoruskie służby graniczne, które co najmniej nie przeszkadzały migrantom wkraczać do strefy przygranicznej i nielegalnie przekraczać granicy (jest to nielegalne według prawa białoruskiego), a według świadków i informacji polskich służb – pomagały migrantom lub nawet zmuszały ich do przechodzenia do krajów ościennych przez tzw. „zieloną granicę”.

Łukaszenka: nie chcemy konfliktu na granicy i możemy dostarczyć migrantów do Bawarii

Państwowy Komitet Graniczny oświadczył w poniedziałek, że oskarżenia pod jego adresem „są dziwne”, ponieważ „od sierpnia na Białoruś nie wpuszczono 8 tys. potencjalnych migrantów, a kolejne 5 tys. musiało opuścić kraj”.

Tymczasem na granicy rozgrywa się kolejna odsłona kryzysu migracyjnego, grożąca ryzykiem poważnej eskalacji. Ponad 3 tys. migrantów, którzy najpierw koczowali przy granicy „pod opieką” białoruskich służb w poniedziałek przemieściło się, również pod ich nadzorem, bezpośrednio na teren przejścia granicznego w Bruzgach. Przejścia graniczne to jedne z najbardziej chronionych miejsc w kraju i wejście na ich teren przypadkowych osób bez niezbędnych dokumentów było nie do pomyślenia jeszcze kilka miesięcy temu.

Minister obrony Polski nazwał działania Białorusi „operacją propagandową zaplanowaną przez białoruski reżim”. W Bruzgach migranci gromadzili się, siedzieli na ziemi, rozkładali namioty, demontowali ogrodzenia. Obok, nie reagując, stali białoruscy funkcjonariusze.

Od rana towarzyszyły im media białoruskie i rosyjskie, które podkreślały, że sytuacja jest „dramatyczna”, obwiniając Polskę o „nieludzkie metody”, „wystawienie policji i wojska przeciwko kobietom i dzieciom” i o to, że migranci „chcą tylko spokojnie przejść do Niemiec”, a Polska ich nie wpuszcza.

– Dlaczego dzieci mają cierpieć z powodu błędu europejskich „demokratów”? – pytała państwowa telewizja.

Znany już w Polsce Juryj Waskrasieński oświadczył, że „oszalały reżim Dudy chce, by tutaj była zbiorowa mogiła”. Na wieczór po „wiadomościach” zapowiedziano dyskusję ekspertów o „barbarzyńcach z Warszawy”. Media oficjalne przekonują, wbrew faktom, że kryzys wywołała Warszawa. Miała to uczynić, jak powtórzyli już za Alaksandrem Łukaszenką wszyscy prorządowi eksperci i dziennikarze, by „odwrócić uwagę od problemów wewnętrznych i kłótni z Unią”.

„Marsz migrantów” z obozowiska do przejścia granicznego rozpoczął się w poniedziałek dokładnie w tym samym czasie, gdy w Brukseli ministrowie spraw zagranicznych państw członkowskich podjęli decyzję w sprawie kryteriów nowych sankcji wobec Mińska, właśnie za wywołanie kryzysu migracyjnego. Alaksandr Łukaszenka zapowiedział, że odpowie na nie ostro i „nie będzie żartować”.

jb/ belsat.eu wg PAP

Wiadomości